sobota, 10 lipca 2010

Quebec (tydzien trzeci)

W Kanadzie siec Moteli 6 nam sie urwala. Postanowilismy zdac sie na pana Tomka i poszukac noclegu w GPSie. Wywiozl nas w jakis ciemny zaulek, pod budynek, ktory nie zdradzal zadnych cech toczacego sie w nim zycia. Nie zaryzykowalismy, zaczelismy rozgladac sie po okolicy i nasz wybor padl na Motel de la Gare w Richmond. Juz sama nazwa wskazywala, ze czas sie przestawic na francuski i przy wejsciu wisial telefon i numer. Zadzwonilam, poprosilam o otwarcie drzwi, koles odpowiedzial, ze przyjedzie pare minut… W tym czasie na korytarzu pojawil sie jakis zaspany gosc w pidzamie. Generalnie zapowiadalo sie ciekawie tudziez oryginalnie ;-) Wlasciciel dotarl, okazalo sie, ze warunki w srodku sa ok i zostalismy na noc. Przy check-in’e jeszcze nas prosil o wbicie szpilki w wielka mape swiata na Polsce, bo robi sobie nieformalne statystyki pochodzenia swoich gosci. Wynikalo, ze nie bylismy pierwsi!



Sobota, 26 czerwca

Miasto Quebec, prowincja Quebec. Autorzy przewodnikow, ktorzy porownuja je do Paryza, chyba nigdy nie byli we Francji. Na pewno jest pod silnymi wplywami frankofonskimi, ale klimatem przypomina bardziej Annecy, a nie stolice. Za to jest czarujace. Tak nam sie spodobalo, ze postanowilismy znalezc sobie jakis nocleg w centrum, zeby zobaczyc troche nocnego zycia, a nie, jak zwykle, wyjezdzac na przedmiescia. Chodzilam zatem kolejno po hotelikach i ostatecznie nasz wybor padl na jeden z bardziej odjechanych miejsc jakie tam widzialam. Klimatem przebijalo kamienice Madame De Ro, w ktorej mieszkalam w BXLi (choc rozklad i schody byly niemal identyczne). Otworzyl mocno wiekowy pan (az sie balam, ze sie przewroci ciagnac ciezkie drzwi), wlascicielem okazal sie troche mlodszy facet wygladajacy jakby cala noc spedzil na mocno zakrapianej imprezie, a z drzwi z boku wychylila sie starsza babcia. Przeszlo mi przez mysl, ze to jakis dom spokojnej starosci, ale sie okazalo, ze to bardzo towarzyscy rodzice. Pokoj okazal sie w porzadku (choc pelno bylo w nim bibelotow i na drzwiach mielismy przyczepiona sztuczna roze) i moglismy spokojnie poswiecic sie zwiedzaniu.



Quebec da sie przejsc wszerz i wzdluz w pare godzin i to zatrzymujac sie na kawe i obiad. Troche w nim kiczu, ale wrazenie sprawia bardzo pozytywne. Po poludniu okazalo sie, ze juz nie mamy co robic i pojechalismy nad Montmorency Falls (84 metry wysokosci, o 30m wiecej niz Niagara!). Po schodkach po prawej stronie mozna sie wspiac na gore i wejsc na mostek nad wodospadem. Byla walka z lekiem wysokosci, ale wszyscy stawilismy dzielnie czola wyzwaniu! Za to spowrotem  z kuzynka wybralismy sciezke, ktora czasem stopien nachylenia miala podobny do schodow i trzeba bylo przyjac technike, jak w zjezdzaniu na nartach (wezykiem od jednego brzegu do drugiego), coby nie zleciec na leb na szyje (szlysmy oczywiscie w sandaleczkach). Za to widzialysmy pierwszego chipmunka (pregowca, jak Chip i Dale) i cos wiekszego, ale nie wiemy co ;-) I cudna tecze nad Quebec’iem!!!


Zas co do nocnego zycia, to utknelismy w porcie na happeningu artystycznym i kiedy o 23ciej chcielismy isc na drinka, okazalo sie, ze wszystkie knajpy juz zamykaja.




Niedziela

Bez sensu jest zwiedzac Kanade nie zahaczajac choc troche o tamtejsza przyrode. Na niemal wszystkich drogach szybkiego ruchu sa ostrzezenia przed losiami, jeleniami i sarnami, a nawet w rzekach wystepuja…wieloryby! Przykladem jest bialucha (w staronordyckim zwano ja ‘wieloryb trup’ z uwagi na bialy kolor), ktora przypomina ksztaltem delfina, licznie wystepuje w St Lawrence river i wystarczylo dojechac do miejscowosci Saint-Siméon i odplynac troche od brzegu, zeby ja zobaczyc. Populacja bialuch w tej okolicy gwaltowanie spada (z 5000 w 1900 roku do 700 obecnie), wiec mielismy szczescie obserwujac kilka z nich. Baraszkowaly sobie tuz kolo nas, czasem przeplywaly pod lodka i budzily mnostwo emocji. Zal nam tylko bylo, ze nie widzielismy takiego ladego ogona pletwala blekitnego, ale za to w miedzyczasie moglismy podziwiac piekne wybrzeze Charlevoix. Lacznie wycieczka statkiem L'Explorathor dla 48 osob (bylo nas o polowe mniej) trwala 2 i pol godziny.





Pozniej promem przeplynelismy z autem na druga strone rzeki i pelni wrazen obralismy kurs na poludniowy zachod.


Poniedzialek

Montreal. Szczerze mowiac, troche mnie rozczarowal. Spodziewalam sie czegos pomiedzy Quebec'iem a ktoryms z duzych miast amerykanskich, a tu bylo szaro, buro, brudnawo, pelno sypiacych sie domow z powybijanymi oknami na wybrzezu itp. Z ciekawostek: wsrod straganow przy rzece napotkalismy stoisko z niewiarygodnie drogim... bursztynem z Baltyku!!!

Za to zachwycilam sie najstarszym i najwazniejszym kosciolem Montrealu, czyli katedra Notre Dame. Największy w Ameryce Polnocnej, budowany przez prawie cały XIX. Neogotyckie wnetrze zdobi mnostwo drewnianych rzezb oraz bajkowe blekitno-zlote podswietlane polichromie imitujace sklepienie ozdobione gwaizdami. Prawdziwa perelka.

Drugim bardzo pozytywnym aspektem byl Festival International de Jazz de Montréal (czy ja juz kiedys nie pisalam, ze mam szczescie calkiem przypadkiem pojawiac sie w roznych miejscach w najlepszym mozliwym momecie ;-)). W 2004 roku zostal wpisany do Ksiegi Guinessa jako najwiekszy festwal jazzowy na swiecie. Zgromadzil 3000 artystow z 30 krajow, skladal sie z 650 koncertow, w tym 450 bezplatnych na swiezym powietrzu i 2.5 miliona widzow (w tym 34% to turysci). Swietnie zorganizowany, z fajna atmosfera. Specjalnie wydzielono czesc miasta, gdzie ustawiono kilka scen i miejsc na mniejsze pokazy artystyczne. Najpierw widzielismy kilka prob, zas wieczorem wysluchalismy 3 grup:

  • Louiz Banks And Joe Alvarez with Naad Brahma z muzyka z Indii i wspolczesnym jazzem
  • Makaya (z instrumentalna muzyka kreolska)

  • Lulu Hughes et le Montreal All City Big Band (przyklad kanadyjskiej solistki, ktora najpierw wydala mi sie okropna krzykliwa baba, a z kazda piosenka moje uznanie dla niej roslo plus swietna orkiestra skladajaca sie z 5 trabek, 5 puzonow, 5 saksofonow, pianisty, perkusisy, gitarzysty i basisty - wszyscy w wieku 17-23 lat)
Okazalo sie, ze calkiem przypadkiem hotel zarezerwowalismy bardzo blisko festiwalu, wiec moglismy zostac do konca i spacerkiem wrocic do siebie.

Wtorek

Montreal c.d.

W 1976 roku obyly sie tu Igrzyska Olimpijskie i miasto do dzis dnia splaca dlug zaciagniety na sfinansowanie inwestycji. Poszczegolne czesci parku zaadoptowano do roznych celow, m.in. w hali wyscigow kolarskich zbudowano Biodome, czyli symulacje roznych stref klimatycznych - od dzungli tropikalnej do wiecznej zmarzliny. Kiedy tam poszlismy, okazalo sie, ze z powodu strajku jest zamkniete.



Chcac-nie-chcac wjechalismy na Montreal Tower - najwyzsza na swiecie pochyla wieze (175 m) skad mielismy doskonaly widok na...smog nad miastem ;-) Potem zas przeszlismy sie po wspanialym ogrodzie botanicznym - w imponujacej czesci chinskiej zlapal nas deszcz i mielismy prawdziwie azjatyckie klimaty.


środa, 7 lipca 2010

Wschodnie wybrzeze USA (tydzien drugi)



Sobota, 19 czerwca

Waszyngton. Wybory prezydenckie w Ameryce mialy miejsce w sobote i w pierwszej kolejnosci udalismy sie do Ambasady. O glosowaniu juz pisalam, za to dzis moge jeszcze dodac, ze w tym miescie krzyzyk postawilo ok. 700 Polakow i byl to jedyny punkt wyborczy w USA, w ktorym Jaroslaw Kaczynski nie zdobyl wiekszosci glosow (224 w stosunku do 339 dla Komorowskiego).


Pozniej dojechalismy do centrum i udalismy sie na zwiedzanie. Slonce prazylo od samego rana, bylo dobrze ponad 30 stopni w cieniu, troche ulgi przyniosla nam tylko wizyta w klimatyzowanym Capitolu (przy czym kuzyn zostal, bo przy rewizji na wejsciu nie chcial oddac pasty do zebow, a wszelkie plyny i zele byly zabronione). Najpierw pokazano nieco propagandowy film o wielkosci i wspanialosci kraju, a nastepnie z przewodnikiem przespacerowalismy sie po poszczegolnych pomieszczeniach i zobaczylismy rotunde od srodka (wydala sie troche mala).

Po wyjsciu beztrosko skierowalismy sie ku memorialom poszczegolnych prezydentow:


Jeffersona


Roosevelta – swietny! 



Lincolna




i Weteranow z Vietnamu nie zdajac sobie sprawy, jak duzo chodzenia jest przed nami. Przy Potomacu spotykalismy grupki ludzi bioracych udzial w triatlonie i grajacych na trawnikach (a my sie rozplywalismy z goraca). Przy Bialym Domu wymieklismy i ucieklismy z miasta do uroczego miasteczka Alexandria, gdzie energii juz tylko starczylo nam na wypicie piwa i polozenie sie na trawce przy rzece. Jak ochlonelismy, pojechalismy do Motelu 6 (w Waszyngtonie) i tam czekaly na nas dwie niespodzianki: primo - bylo na tyle wczesnie, ze moglam zrobic pranie (wylal mi sie plyn do kapieli w walizce i wszystko mialam w mydlanych plamach) i secundo – bylo na tyle pozno, ze w basenie pod motelem juz nikt nie plywal i mielismy ponad pol godziny na pluskanie sie w wodzie. Tylko tego nam bylo potrzeba! A do tego Murzynek w recepcji twardo gadal do mnie… po rosyjsku ;-)



Niedziela


Dawno temu, uczac angielskiego, przerabialam tekst o Amiszach. Teraz mialam realna szanse spotkac ich na zywo! Pojechalismy do Lancaster, gdzie rzekomo mialo ich byc mnostwo, a tu wtopa. Podreptalismy do informacji turystycznej, zapytac, gdzie mozna ich zobaczyc, a tam… Amisz! Skierowano nas do Lancaster County Visitors Center (przy drodze 30 i Greenfield Road), gdzie zaraz zaczynala sie wycieczka busikiem po Pensylvania Dutch County (miedzy Bird-in-Hand, Intercourse i Brownstown). Czad! Co prawda kierowca prowadzil tak szybko, ze sie nie dalo robic zdjec, ale za to widzielismy dziesiatki Amiszow, w galowych czarno-bialych strojach, kapeluszach i czepkach na glowie, w ich bryczkach konnych i na skuterach (polaczeniu roweru z hulajnoga). W niedziele nie pracuja, tylko odwiedzaja sie nawzajem i gdzieniegdzie bylo widac kilkunastoosobowe zgromadzenia na gankach.








Po poludniu pojechalismy do Filadelfii, gdzie na szczescie postanowilismy zobaczyc memorial Thadeussa Kosciuszki, bo w tamtej okolicy byly najladniejsze, stylowe domki. Mijalismy tez Independance Hall, dom Betsy Ross - szwaczki, ktora uszyla pierwsza flage USA, Chinatown i popularna Elfreth's Alley. Spacer zakonczylismy przy najwiekszej swiatyni masonskiej i pieknym ratuszu.
















Poniedzialek, 21 czerwca

Moje urodziny ;-) Rano utknelam przy komputerze na mailu i facebooku czytajac wpisy z zyczeniami (poranek w Stanach, to popoludnie w Europie, wiec wszyscy zdazyli sie dopisac). Jeszcze pospiesznie zarezrwowalam hotel przy Central Parku i pojechalismy do Nowego Jorku!

Tego dnia postanowilismy troche wyluzowac, a i tak obeszlismy prawie cale miasto. Zaczelismy od Battery Park, gdzie kolejka do promu na Liberty Island do Statuy Wolnosci troche nas zniechecila, kupilismy tylko bilety na nastepny dzien na 8.30 rano i skierowalismy sie na polnoc. Broadwayem doszlismy do Wall Street, obfotografowalismy sie przy byku i sklepie Tiffaniego, przy World Trade Center poszlismy na piwo i idac dalej ‘zaliczalismy’ kolejne wiezowce, Fifth Avenue i piekny Grand Central Terminal. Jak zaczelo sie sciemniac, obejrzelismy kolorowy i tetniacy zyciem Times Square i zupelnie po ciemku wjechalismy na Empire State Buildnig (rewelacja!!! choc 'tylko' 449 metrow). Na koniec zjedlismy urodzinowa kolacje przy muzyce na zywo i dobrze po polnocy wrocilismy do hotelu.




Wtorek

Pobudke mielismy o 6.45, zeby dojechac do Statuy. Byla to sluszna decyzja, bo z rana nie stalo sie w kolejach, za to znowu przeszlismy skrupulatna kontrole i rewizje (kuzynke jeszcze w tajemniczy sposob z nieznanej przyczyny... przedmuchali), kazano zostawic wszystkie torebki i plecaki i z samym aparatem moglismy isc dalej. Statua okazala sie byc ciut mniejsza, niz sie spodziewalam, ale za to wrazenie robil widok Manhattanu (spojrz na dwa zdjecia i znajdz roznice).





Potem poplynelismy na Ellis Island, gdzie docierali kiedys emigranci z Europy i w ogromnym muzeum znalezlismy duzo ulotek po polsku, typu:



Jak wrocilismy na lad, bylismy juz tak zmeczeni, ze reszta sil poszlismy obejrzec Most Brooklyn'ski, ale nie chcialo nam sie nawet na niego wchodzic, podjechalismy pod ONZ i postanowilismy uciec od goraca i schronic sie w Guggenheim Museum (budynek projektowany znowu przez Franka Lloyda Wrighta - niektorzy moga go kojarzyc w filmu ‘International’). Wnetrze ma ksztalt ogromnej spirali, wiec najpierw wjezdza sie winda do gory, a nastepnie schodzi pochyla podloga na sam dol ogladajac dziela sztuki wspolczesnej.

Stamtad bylo juz blisko do naszego hotelu (musielismy tylko przejsc przez Central Park) i poswiecilismy jedyny wieczor na nic-nie-robienie podczas calej wycieczki (ja mialam dzieki temu wreszcie czas na wypisanie kartek). A NY to niby miasto, ktore nigdy nie spi:  http://www.youtube.com/watch?v=B1mqJWotuAE ;-)



Sroda

Moj kuzyn rano zalozyl koszulke z 20 km w BXLi i poszedl biegac po Central Parku, a ja z kuzynka powedrowalysmy szukac tam rzezb. Znalazlysmy ich mnostwo, przy czym najlepsze to:

Alicja w Krainie Czarow


i Andersen czytajacy basn o Brzydkim Kaczatku. 


Przeszlysmy tez przez Strawberry Fields - niegdys ulubione miejsce Lennona, obecnie poswiecone pamieci artysty.

Po spacerze uznalismy, ze niezbedne minimum atrakcji w Nowym Jorku zostalo przez nas zaliczone (i to chyba nawet z nawiazka) i ze spokojnym sumieniem mozemy ruszyc dalej. Zreszta ja stwierdzilam, ze miasto bardzo przypomina mi Bruksele, tylko jest duuuuuuuuzo wieksze – wszedzie lezaly takie same torby ze smieciami, wciaz natykalismy sie na zabytkowa kostke brukowa, w pubach krolowala Stella Artois, a po calym miescie rozsiane byly sklepy Leonidasa, Neuhausa i Godivy. Nawet Central Park z biegaczami skojarzyl mi sie z Cinquantenaire (tez wszyscy poruszaja sie w kierunku odrotnym do wskazowek zegara).


Na zdjeciu kolejno: Flatiron Building (dom-zelazko z 1902 roku), odbudowa World Trade Center, Empire State Building, Chrysler Building, Rockeffeller Center, Muzeum Guggenheima, zolte taksowki na Times Square, Statua Wolnosci, Brooklyn Bridge, siedziba ONZ, Central Park i mozaika 'Imagine' ku czci Lennona.

W poludnie pojechalismy w kierunku Bostonu i zahaczylismy o outlet w Wrentham. Pozniej trafilismy na bardzo odjechanego recepcjoniste w Motelu 6, ktory po raz pierwszy zazadal paszportow calej naszej trojki. Na nasze zdziwienie, uslyszelismy lordowski glos kolesia: 'Yes, in this establishment we need all the passeports'.




Czwartek


Boston. Znowu upal nie do wytrzymania. Za to zwiedzanie jest zaskakujaco proste, bo wystarczy isc wzdluz 4-kilometrowej czerwonej linii i po drodze mija wszystkie zabytki: stare cmentarze, koscioly i budynki zwiazane z historia kraju i 'herbatka bostonska'. Kolo poludnia znalezlismy knajpke z telewizorem i obejrzelismy niemal caly mecz, pijac kolejne piwa (generalnie zupa chmielowa byla naszym glownym pozywieniem podczas calej wycieczki). Dzieki temu dalsze zwiedzanie nabralo zupelnie nowego wydzwieku, lekko bujalo i najbardziej podobalo nam sie USS Constitution (fregata z 1797 roku, ktora jest najstarszym amerykanskim plywajacym statkiem wojennym i byla niepokonana w 33 bitwach). Nagle niebo zasulo sie chmurami i spotkala nas ulewa, ktora co prawda znacznie poprawila jakos powietrza, ale za to przeszkodzila nam w planach kupienia sobie koszulek z Harvardu dla mnie, Bostonu dla kuzynki i MIT (Massachusetts Institute of Technology) dla kuzyna. Biegiem wrocilismy do auta, ja jeszcze po drodze wypatrzylam sklepik z Tshirtem dla siebie i skierowalismy sie ku Albany.



Piatek

Adirondack Mountains, a wlasciwie tylko malownicze Lake George i pobliski fort, gdzie trafilismy akurat na przygotowania do weekendowego Fort Ticonderoga's annual Grand Encampment of the French & Indian War. Zjechaly sie dziesiatki Amerykanow, ktorzy rozstawili namioty, poprzebierali sie we wdzianka z epoki i czekali na turystow, ktorzy chcieli sie z nimi fotografowac. Ci, co udawali Europejczykow, byli bardzo wymyslnie ubrani, zas w przypadku Indian za stroj robila czasem tylko skapa opaska na biodra ;-)


Przeprawilismy sie  promem na druga stone rzeki i ruszylismy na polnoc ku Kanadzie!

Przejechalismy przez ten tydzien przez stany: West Virginia, Maryland, Pennsylvania, New York, Connecticut, Massachusetts i Vermont. I do tego przyjemnosc podrozowania nam wzrosla, bo do naszego zwariowanego TomToma zaladowalismy glos lektora filmowego - Tomasza Knapika. Teraz za kazdym razem, jak sie gubilismy, pan Tomek niezasluzenie od nas obrywal ;-) I tylko na koniec dnia po slowach 'Dotarles na miejsce' brakowalo nam zdania 'Czytal Tomasz Knapik'.

wtorek, 6 lipca 2010

No-plan-improvisation-vacation (tydzien pierwszy)

Lacznie cala podroz obejmowala dystans 7500 km w 23 dni. Przejechalismy przez 10 stanow w USA i dwie prowincje w Kanadzie.

Czwartek, 10 czerwca

Na lotnisku odnalezlismy sie bez problemu i od razu skierowalismy sie do Hertza po auto. Wypozyczenie samochodu z GPSem znacznie podwyzsza koszty (15 dolarow za dzien) i bardziej sie oplaca dojechac ‘na czuja’ do miasta i kupic za 100 dolcow np. TomToma z mapa Kanady i USA. To tez uczynilismy. Stosunkowo tanie noclegi w Toronto oferuje latem Uniwersytet - warunki troche jak w Polsce w latach 80tych, pokoje 1-2 osobowe. Za to warto zawczasu sie zaopatrzyc w przejsciowke na amerykanskie kontakty (sklepy w Toronto w najlepszym przypadku maja w ofercie przelaczniki w druga strone - z kanadyjskich na nasze).



Piatek

Toronto: spacer wsrod budynkow Uniwersytetu (akurat trafilismy na swiezo upieczonych absolwentow w togach), Chinatown, stary i nowy ratusz, pasaze handlowe tworzace podziemne miasto, Rogers Centre, czyli stadion z rozsuwanym dachem. Upal nas troche rozleniwil i w poludnie przeplynelismy na wyspe na jeziorze Ontario z malowniczym widokiem na CN Tower i centrum miasta. Na plazy po zachodniej stronie wyspy spieklismy sie jak raki. Przez to przez kilka nastepnych dni wygladalismy na rodowitych Indian. A na kolacje podreptalismy do dzielnicy Little Italy, gdzie ja moglam nawet zjesc bruschette, z ktorej zeskrobalam caly ser ;-)


Sobota

Przejazd do Sault Ste.Marie, dokad przed kilkudziesieciu laty udal sie brat mojego dziadka i do dzis sa tam kolejne pokolenia Wieczorynek. Po drodze chcielismy sie zatrzymac w Sudbury, gdzie centrum wydawalo sie byc opuszczone jak w amerykanskich westernach. W domu handlowym wialo pustka. Ucieklismy stamtad, az sie kurzylo.


Niedziela

W Soo mieszka nadal dosc duza grupa rodakow. Maja swoja kaplice wybudowana przez Polakow dokladnie 50 lat temu oraz klub (z orlem na tle liscia klonowego). Dorabiaja sobie robieniem pierogow i golabkow, ktore ciesza sie uznaniem rowniez wsrod Kanadyjczykow. Moje kuzynostwo, choc jezyka nie zna, w pelni przyznaje sie do swoich europejskich korzeni. No i okazalo sie, ze choc cale zycie spedzilismy prawie nic o sobie nie wiedzac, wspolne geny mamy i wizyta udala sie doskonale.


Poniedzialek

Lake Superior Provincial Park, czyli przejazd w kierunku Wawa. Mniej wiecej w polowie drogi, na Agawa Rock zachowaly sie slady wczesniejszej kultury Indian Odzibuejow - kilkusetletnie malowidla przedstawiaja zwierzeta i sceny ilustrujace indianskie legendy. Dojscie jest dosc karkolomne - po sliskich kamieniach nad urwiskiem, ale piekna okolica i swietne wrazenia.




Wieczorem wzielismy zas udzial w probie Royal Canadian Legion Branch 25 Drum & Trumpet Band. Orkiestra siedziala w polkolu, a my zostalismy posadzeni na krzeselkach w samym srodku (takim miejscu dla dyrygenta) i po kazdym kawalku z uznaniem bilismy brawo. Dostalismy tez specjalne odznaki z okazji ich 75-lecia, ja sie zalapalam na rocznicowa koszulke, a potem poszlismy ze wszystkimi na piwo i bylismy glowna atrakcja wieczoru (zwlaszcza fakt, ze przyjechalismy z Polski, Niemiec i Belgii). Jeden starszy pan szpanowal, ze byl w Europie i wie, ze tam ludzie sie witaja i zegnaja cmokajac sie w policzek i wywolal tym spore niedowierzanie i zaskoczenie wsrod reszty. W salce obok urzadzono wystawe odznak i tam w jednej gablocie znajduja sie krzyze czynu bojowego i legitymacje naszego Wuja.

Wtorek

W Soo przekroczylismy granice (po uiszczeniu oplaty 6 usd na osobe, zostawieniu po raz kolejny odciskow palcow i przeskanowaniu calego samochodu) i rozpoczelismy przeprawe przez stan Michigan od Mackinac Bridge (2626 m) - trzeciego najdluzszego mostu wiszacego na swiecie.

Tuz za nim znajdowal sie Fort Colonial Michilimackinac z poprzebieranymi statystami. Tutaj kiedys spotykali sie Indianie z handlarzami skor, a pozniej zostal zajety przez francuskich i brytyjskich oficerow. Nastepnie skierowalismy sie na zachod na wybrzeze Jeziora Michigan. W Traverse City (miasteczku podobnym do naszego Sopotu) zjedlismy lunch, w Ludington przeszlismy sie wsrod wydm i do malowniczej latarni morskiej. Na koniec zlapala nas straszna burza i nieco wczesniej niz planowalismy, zaczelismy szukac noclegu. Nasz wybor padl na Motel 6 (za pokoj teoretycznie 4-osobowy - dwa podwojne lozka, z wlasna lazienka i dostepem do internetu zaplacilismy ok 50 dolarow - to byl nasz najtanszy nocleg podczas calej podrozy, ale pozostalismy wierni tej sieci moteli przez kolejne tygodnie).

Sroda

Chicago, Illinois. To jest chyba moje ulubione miasto amerykanskie, ze wszystkich, ktore widzialam. Zreszta chicagowska szkola architektury, ktora pod koniec XIX wieku odrzucila historyczne zdobienie, zamieniajac je na motyw pionowych rzezb tworzonych przez filary, luki i okna, zapoczatkowala nowy trend w miastach na calym swiecie.

Zwiedzanie zaczelismy od Sears Tower (110 pieter i 443 metry wysokosci, co czyni go najwyzszym budynkiem w Ameryce Polnocnej do linii dachu), gdzie wykazalam sie ogromnym bohaterstwem wychodzac na szklana podloge ;-)

Nastepny w kolejnosci byl Millenium Park otwarty w 2005 roku.

W fontannie Crown  kapaly sie dziesiatki dzieciakow, a na dwoch wiezach wyswietlano twarze osob, ktore co pewnien czas zamienialy sie w gargulce plujace woda.


Mnostwo frajdy z robieniem fotek naszych odbic w krzywym zwierciadle mielismy przy Cloud Gate - wielkiej fasolce odbijajacej wiezowce i niebo oraz - pod odpowiednim katem - przechodniow. Zas w sali koncertowej na swiezym powietrzu (Jay Pritzker Pavilion) wieczorem odbyla sie inauguracja nowego sezonu koncertow i siedzac na trawniczku wysluchalismy 'Czterech Por Roku' Vivaldiego. Reszte dnia spedzilismy przechadzajac sie 'w ciemno' po miescie i nabrzezu i podziwiajac wiezowce i waskie przejscia miedzy nimi (tak przypadkiem zawedrowalismy do czaderskiego House of Blues).

Zas na obiad sprobowalam slynnej chicagowskiej pizzy na bardzo cienkim spodzie (zupelnie nie przypomina swojego wloskiego odpowiednika).





Czwartek

Niedaleko Chicago, w Oak Park, znajduje sie Dzielnica Historyczna Franka Lloyda Wrighta i Szkoly Preriowej. W projektowanych przez Wrighta budynkach linie pionowe i zwisajace okapy byly zainspirowane krajobrazami dzikiego Zachodu. Wszystkie domy sa doskonale oznaczone i przechadzac sie po okolicy natknelismy sie rowniez na miejsce urodzenia Ernesta Hemingway'a. Architekt w 1909 roku odszedl od zony i 6 dzieci, wywolujac skandal, ktory skutecznie zakonczyl jego kariere w konserwatywnym Oak Park. Z pozniejszych projektow najbardziej znane jest Fallingwater, gdzie planowalismy sie jeszcze udac po drodze.

Pozniej wrocilismy do Chicago obejrzec ponoc najwieksze na swiecie Akwarium z ogromna rafa koralowa i oceanarium, gdzie zobaczylismy bialuchy, charakterystyczne dla Kanady (niestety najpierw sie trzeba bylo wystac poltorej godziny w kolejce, ale za to znajdowalismy sie w pieknych okolicznosciach przyrody z widokiem na port i skyline miasta).

Po obiedzie w bardzo odjechanej knajpce (w menu byl dopisek, ze nie serwuja alkoholu, ale mozna przyniesc swoj i z przyjemnoscia udostepnia szklanki), zaczelismy przejazd przez Michigan, Indiane i Ohio w kierunku Waszyngtonu i nocowalismy w Toledo.

Piatek

Zeby sobie urozmaicic nudny przejazd na wschodnie wybrzeze, wymyslilismy, ze zatrzymamy sie w miescie Heinz'a (tego od keczupow) - Pittsburgh'u. Powiem szczerze, ze wywolalo ono nas bardzo mieszane uczucia. Cale centrum przechodzilo gruntowny remont i kiedy przez platanine drog i autostrad doszlismy do cypla z zabytkowa fontanna, okazalo sie, ze ja zdemontowano do renowacji i zostawiono napis: 'Czy jestes przyjacielem fontanny?'.

Najciekawszy (choc bardzo kontrowersyjny) byl budynek PPG (Pittsburgh Plate Glass) ze szklanymi gotyckimi wiezami.


Niestety zmarnotrawilismy tam sporo czasu i kiedy zjechalismy z autostrady do Fallingwater,  zobaczyc widowiskowy dom nad 6-metrowym wodospadem zaprojektowany przez Wrighta, okazalo sie, ze brame wjazdowa juz zamykano i pozwolono nam tylko wykrecic na terenie posiadlosci. Za to objechalismy malowniczy Park Stanowy Ohiopyle, do zludzenia przypominajacy nasze Bieszczady. A ja na wzgorzach wypatrzylam misia Yogi (byl jak zywy!), reklamujacego pobliski Jellystone Park ;-)

Kolejne zaliczane przez nas stany to Pennsylvania i Maryland, az do Waszyngtonu.

Pourlopowo

I wrocilam! Po najdluzszych prawdziwych wakacjach (bez zadnych zwolnien lekarskich) jakie dotychczas mialam. Koncepcja podrozy do Kanady urodzila sie jakies pol roku temu, szybko zwerbowalam do towarzystwa moich krewnych i… pomysl umarl. Az do drugiej polowy marca, kiedy kuzyn wreszcie podjal decyzje do nas dolaczyc i przyslal kluczowa wiadomosc:


uwaga uwaga...




nadeszla wielkopomna chwila...

.
.
.
. (buduje napiecie)
.
.
.
planowanie podrozy do kanady czas zaczac !
jedziem!


Dodatkowo dorzucilismy do listy miejsc do zobaczenia kilka miast USA i wkrotce mielismy kupione bilety na samoloty (kazdy z nas mieszka w innym kraju i wylatywalismy z Warszawy, Frakfurtu i ja z Paryza – przy okazji: Air France ma bardzo konkurencyjne oferty na podroze laczone TGV z Brukseli i samolot z Paryza – odprawa ma miejsce juz na Dworcu Midi i na lotnisku tylko sie nadaje bagaz). Do Toronto w trojke dolatywalismy mniej wiecej w tym samym czasie, tam czekal na nas samochod i mielismy 24 dni na zwiedzanie! Dla mnie bylo to dodatkowe wyzwanie, bo to moja pierwsza wycieczka bez planu i wczesniej zarezerwowanych noclegow, a ja co prawda jestem elastyczna, ale spontanu musialam sie dopiero nauczyc. Poszlo zaskakujaco gladko ;-)

Niestety nie obylo sie bez problemow. Dwie noce przed wyjazdem zlapalo mnie cos w rodzaju grypy brzusznej. Rano zrobiono mi na badania, wieczorem dowiedzialam sie od lekarza, ze mam stan zapalny (prawdopodobnie przeziebienie dalo powiklania) i dostalam antybiotyk. Szybko polknelam pierwsza tabletke i pare godzin pozniej zaczelam niemal tracic przytomnosc z bolu i wpadac w panike. O polnocy dotarlam na pogotowie i 6 godzin przed rozpoczeciem podrozy lezalam wciaz na ostrym dyzurze z kroplowka i totalna rozterka, co robic (generalnie mialam wrazenie powtorki z listopada, kiedy na 12 dni wyladowalam w szpitalu). Ostatecznie zadecydowalo przeswiadczenie, ze skoro zrezygnuje z mojej pierwszej podrozy za ocean, wtedy jesli kiedys bede planowac kolejna, to umre ze stresu, zeby sie nie pochorowac. Przeszlam jeszcze dluga rozmowe z nefrologiem i wspolnie ustalilismy, ze moge leciec, ale mam sie przygotowac na ciezka przeprawe, rozne ewentualnosci i zabrac ze soba tone lekow.
No i cale szczescie, ze sie zdecydowalam!!!

Po paru dniach glodowki wszelkie dolegliwosci minely (wyleczylam sie chyba sila woli), podroz minela sprawnie (kolo mnie nikt nie siedzial i moglam niemal lezec w samolocie), a na miejscu mialam tyle wrazen, ze zapomnialam wogole, ze cos mi dolega. Zreszta u mnie zwykle adrenalina robi swoje i poziom mobilizacji do wyzwan mam ponadprzecietny. Nawet teraz sie smieje, ze 6-godzinna zmiana czasu przechodzi u mnie niezauwazalnie i dostosowuje sie perfekcyjnie (w obie strony, bo dzis teoretycznie obudzilam sie o 1.15 w nocy czasu amerykanskiego, ale i tak rzeska i swieza dotarlam do pracy).

A wyjazd byl genialny!!!

Zmienilam calkiem zdanie o Amerykanach, zaczely mi sie podobac wiezowce (choc wczesniej zawsze unikalam miast i preferowalam nature), weszlam do szklanego klocka wystajacego z Sears Tower na 103 pietrze na wysokosci 412 metrow i na mostek nad najwyzszym wodospadem w Quebecu, odkrylam wiele wspolnych cech z Wieczorynkami zyjacymi na drugim koncu swiata, szukalam losiow, tropilam wieloryby i glaskalam rekiny, plywalam statkiem pod Niagara, zaopatrzylam sie w kiel niedzwiedzia i indianski lapacz snow, moczylam nogi w Jeziorze Ontario i Erie, bylam na Festiwalu Jazzowym w Montrealu i inaugauracji sezonu letnich koncertow w Millenium Parku w Chicago, pilam wino lodowe i robilam mnostwo innych fascynujacych rzeczy. Ale o tym bedzie nastepny wpis, jak tylko uporzadkuje wszystkie wrazenia. Bo moje 3200 zdjec juz obejrzalam ;-)

niedziela, 20 czerwca 2010

Jestesmy z Europy...

... czyli o tym, jak to jest byc we wlasciwym miejscu we wlasciwym czasie ;-)


Po przejechaniu 3000 km po Kanadzie i USA, dzis rano dotarlismy do Waszyngtonu i w pierwszej kolejnosci udalismy sie do polskiej ambasady zaglosowac w wyborach prezydeckich (w Ameryce, z racji przesuniecia czasu, maja one miejsce juz dzis, w sobote). I ja i moi wspolpodroznicy zawczasu zaopatrzylismy sie w stosowne zaswiadczenia (ja musialam sie zarejestrowac i wyrejestrowac w Brukseli) i moglimy sie zglosic do dowolnego lokalu wyborczego na calym swiecie. Waszyngton calkiem niezle sie wpasowal w nasz grafik i pare minut po 9tej bylismy na 16th Avenue. I na wejsciu zlapal nas dziennikarz z mikrofonem i pytaniem:

- A skad panstwo tutaj dzis dojechali?
- Hmmm, nooo, tak wlasciwie to... z Europy ;-))) Z Belgii, Niemiec i Polski.

Dziennikarz zwatpil. Potem jeszcze pogadalismy o tym, ze podrozujemy, ze to nie moje pierwsze glosowanie poza Polska, ze to nasz obywatelski obowiazek itp. Krzyzyki postawione, teraz czekamy na wyniki i kontynuujemy nasza japonska wycieczke Ameryka Polnocna w 3 tygodnie. Poki co wrazenia mamy bardzo pozytywne.

Zreszta przy wchodzeniu do Kapitolu, straznicy spojrzeli na nas i tez spytali: 'Wy to chyba z Europy jestescie?'.  No nie da sie ukryc.

I jedna ciekawostka - amerykanskie piwa: Kölsch/Belgian Style. Ameryka nie Ameryka, od Belgii i Niemiec uciec sie nie da.