wtorek, 12 października 2010

Moskiewskie to i owo

I wrocilam. Cala, choc nie calkiem zdrowa, bo niczym bomba biologiczna przetransportowalam w sobie jakiegos rosyjskiego wirusa, do Brukseli wrocilam z goraczka, katarem i bolem gardla, wczoraj jeszcze powloklam sie do pracy zrobic najpilniejsze rzeczy (i kto wie, czy nie rozsialam przy tym kilku zarazkow), a dzis juz postanowilam sie wygrzac i polenic w domu.

Poza przeziebieniem (po prawie pieciu latach w wilgotnej Brukseli klimat kontynentalny z suchym rzeskim powietrzem, temperaturami kolo zera w nocy i pieknym sloncem w dzien najwyrazniej mi nie sluzy), wyjazd udal sie wspaniale! Moskwa miejscami jest miastem 'jak z bajki', mimo ze czesto przypominala nam Polske, szara i kolorowa, czysta, przestrzenna, choc pelna ludzi i samochodow, oplywajaca w luksusy, choc widac, ze wielu mieszkancow ledwie wiaze koniec z koncem. Slowem - doskonaly i bardzo ciekawy wybor na dlugi weekend!!!

Lot trwal 3,5 godziny i przy dwugodzinnej zmianie strefy czasowej  prawie caly czwartek nam minal na podroz. Ale dokonalismy wielu interesujacych spostrzezen. Na przyklad jadac pociagiem z lotniska  Domodjedowo na dworzec Pawelecki nie moglam sie oprzec wrazeniu, ze krajobraz jest mi znany od lat i do zludzenia przypominal trase Warszawa - Lodz.  Podobne nasypy wzdluz torow, lasy brzozowe lsniace sie wszystkimi odcieniami zolci i brazow, zza ktorych im blizej miasta, tym bardziej wyraznie zarysowywaly sie bryly blokow mieszkalnych. W pewnej chwili wrecz sie czulam na Lodz Niciarniana. Za to jak tylko dotarlismy na miejsce i rozejrzalam sie dokola, to stwierdzilam, ze okolica wyglada wypisz wymaluj jak dworzec Lodz Fabryczna kilkanascie lat temu. Kioski z mydlem i powidlem, smutni, przemeczeni ludzie spieszacy na pociag i nieduza cerkiew w poblizu. Za to przejscia podziemne to juz wierna kopia warszawskiego Dworca Centralnego ;-) Tylko bukwy zamiast naszego alfabetu.

Pierwszego dnia niewiele udalo nam sie zobaczyc, za to dlugo szukalismy jakiejs restauracji z lokalnym jedzeniem, ktorego sie nie uswiadczy w tejze czesci miasta. Jedyny wybor jaki mielismy to La Pizza czy sushi ;-) Na dobre zakonczenie wieczoru poszlismy do Swiss Hotel na drinki z przepieknym 360 stopniowym widokiem na miasto noca, a znajomy Irlandzczyk udzielil nam mnostwa porad i podzielil sie swoimi wrazeniami po kilku latach spedzonych w Moskwie.

W piatek przystapilismy do zwiedzania. Najpierw zjedlismy sniadanie w 'tradycyjnej rosyjskiej kawiarni' o nazwie... Starbucks ;-) Potem powedrowalismy ku Nowej Galerii Trietiakowskiej i Cmenatrzysku Obalonych   Pominkow (o tym drugim miejscu jeszcze osobno napisze). Nastepny w kolejnosci byl nowo odbudowany Sobor Chrystusa Zbawiciela, Park Gogolewski (z pomnikiem laureta nagrody Nobla Michaila Szolochowa), Arbat (z pomnikiem Okudzawy w nonszalanckiej pozie, sklepami z matrioszkami i domem Puszkina), kilka siostr Stalina przypominajacych nasz Palac Kultury, Patriarsze Prudy i muzeum Bulhakowa. I kolacja, tym razem z trojka Rosjan, z ktorymi komunikowalismy sie w trzech jezykach: po polsku, rosyjsku i angielsku.


Na sobote zostawilismy sobie najwazniejsze zabytki. Skoro swit podjechalismy pod Mauzoleum Lenina na Placu Czerwonym. W okolicy zaczal sie zbierac tlum gapiow, przy czym my bylimy pierwsi, wybila 10ta, a tu nic. Nagle jeden ze straznikow z niewinna mina zapytal: 'Wy czekacie na otwarcie? To tam jest kolejka' i machnal reka na grupke ludzi ustawionych kilkaset metrow dalej. No i caly tlum sprintem pobiegl, w efekcie na nic sie zdala wczesna pobudka, bo przed nami i tak byla godzina stania i czekania na swoja kolej (a w rekach dzierzylismy kubki obrzydliwej kawy z McDonalda w ramach sniadania, na ktore juz zabraklo czasu). Po kilkudziesieciu minutach oczekiwan, zdeponowaniu bagazy, telefonow i aparatow, nadszedl ten wyczekiwany przez nas moment, weszlismy do mauzoleum, w ktorym nic nie bylo widac po palacym sloncu, na ktore napatrzylismy sie na zewnatrz. Najpierw po omacku przedreptalismy paroma korytarzami, bacznie obserowani przez sztywnych zolnierzy i na koniec przez okolo 20 sekund, idac wolnym krokiem na przod, moglismy sobie zerknac na Lenina wygladajacego jak woskowy manekin w szklanej trumnie, niczym Krolewna Sniezka. I tyle. Za budynkiem przeszlismy jeszcze wzdluz grobow Stalina, Brezeniewa, Gagarina i innych osobliwie zasluzonych. Przy kazdym z nich wetknieta byla wiazka sztucznych czerwonych gozdzikow.



Spory niedosyt po wizycie wynagrodzil nam za to znajdujacy sie naprzeciw ponad stuletni dom handlowy GUM i bajkowy Sobor Wasyla Blogoslawionego z 1552 roku (zgodnie z legenda jego tworce po budowie oslepiono, zeby nie mogl juz stworzyc niczego piekniejszego). Przed nim stoi pomnik rzeznika Kuzmy Minina i kniazia Dymitra Pozarskiego, upamietniajacy wspolorganizatorow i dowodcow oddzialow, ktore w 1612 roku wyrzucily z Kremla okupujacych go Polakow.  Po obiedzie szybciutko 'zaliczylismy' Kreml, przeszlismy kolo Teatru Bloszoj, hotelu Metropol, dawnej siedziby dowodztwa KGB na placu Lubianka, Muzeum Sztuki Wspolczesnej z pomnikiem Luzkowa przy wejsciu, az do Nowaja Opera, gdzie zostalismy na 'Demonie'.

W niedziele mielismy plan udac sie na Plac Czerwony i sfotografowac sie tam 10.10.10 o 10.10 pod Brama Spasska, ale lenistwo wygralo (godzina 10ta w Moskwie, to 8 naszego czasu i jak sobie wyliczylismy, o ktorej musielibysmy wstac, entuzjazm blyskawicznie sie z nas ulotnil). Za to poszlismy na hotelowe sniadanie ze sledziami, cieplymi kielbaskami, pieczonymi ziemniakami z bekonem plus oczywiscie muesli i croissanty. Nastepnie pojechalismy na wycieczke metrem, z przystankami na niemal kazdej stacji, a na koniec zobaczylismy Monaster Nowodiewiczy, zalozony w 1524 roku na pamiatke odebrania Smolenska z rak Litwinow. I weekend sie skonczyl.

Z kwestii organizacyjnych:
  • mieszkalismy w nowo otwartym hotelu Ibis, doskonale usytuowanym 10 minut pieszo od metra czy Dworca Paweleckiego, na ktory dojezdza sie pociagiem z lotniska.
  • tradycyjnej rosyjskiej kuchni mozna sprobowac w bardzo fajnej sieci restauracji Ёлки-палки (jolki palki) - polecam zwlaszcza zupe solanke z roznymi kawalkami miesa, pielmieni (rodzaj nalesnikow) z miesem czy grzybami i wareniki z kartoszka, czyli odpowiednik naszych ruskich pierogow. I do tego koniecznie kwas do popicia!!! Zas nazwa sieci, doslownie: choinki - kijki, to rodzaj lagodnego przeklenstwa po rosyjsku, cos w rodzaju naszego 'kurcze blade' ;-)
  • najlepszy kurs wymiany euro na ruble byl na Arbacie i przy metrze Majakowskaja
  • bilet do opery, z calkiem dobrymi miejscowkami, kosztowal nas 200 rubli (5 eur) od osoby. W identycznej cenie w przerwie sprzedaja malutkie kanapki z lososiem lub kawiorem.


Na nastepna wizyte w Moskwie zostaly mi:
  • Orunzejna Palata na Kremlu
  • podobno bardzo malownicza wycieczka statkiem po rzece Moskwa
  • Galeria Trietiakowska lub Muzeum Sztuk Pieknych im.Puszkina
I generalnie Rosja bardzo mi sie spodobala. Nastepny w planie (na blizej nieokreslona przyszlosc) jest Sankt Petersburg!

niedziela, 3 października 2010

Gospel For Life

Teraz zajme sie kryptoreklama, zeby zapewnic widownie dla wspanialego przedsiewziecia przynoszacego radosc 'artystom', przyjemnosc sluchaczom, a przychod z koncertu ma zostac przekazany w ramach Action Damien na zwlaczanie gruzlicy w Afryce (Ojciec Damian z Molokai, ktory poswiecil sie, by niesc pomoc chorym na trad, uznany za najwiekszego Belga w historii, ogloszony swietym w ubieglym roku, jest patronem wielu tutejszych akcji charytatywnych).



W sumie planowane jest 13 koncertow w roznych belgijskich miastach, przy czym szczegolnie polecam ten w Bazylice Koekelberg w Brukseli, ktory odbedzie sie w sobote 27 listopada, bowiem ja bede jedna z ponad stu osob w chorku ;-) Dzis mielismy pierwsza probe i przyznam szczerze, ze juz niektore kawalki wychodza nam pieknie, mozna sie wykrzyczec dowoli, a ogolny entuzjazm powoduje, ze nawet jak ktos sie zapomni czy pomyli, to inni zaraz go zaglusza, wiec nie ma stresu, tylko mnostwo usmiechu i zapalu. Echo nioslo sie dlugo, a jak do tego dojda solisci, gitary, perkusja i inne gadzety, to juz wogole bedzie super!!!



Wiecej informacji i mozliwosc zakupu biletow na stronach: http://www.gospelforlife.be/ i www.070.be

I na zachete nagranie z zeszlego roku (ci, co zdecyduja sie na obejrzenie ponad 9-minutowego filmiku, niech skupia sie na partiach choralnych i wyobraza sobie, jaka wspaniala przygoda jest w czyms takim uczestniczyc!):




Dyryguje Didier Likeng (wiele razy pojawia sie w nagraniu), z ktorym mielismy swego czasu warsztaty gospelowe w naszej scholi (a dzis poznalismy jego mame!), do tego on jest autorem wiekszosci aranzacji. W repertuarze w tym roku znajduje sie m.in. "Imagine" Johna Lennona.

Polecam goraco!!!

Brukselskie babie lato

Wczoraj po raz pierwszy w tym sezonie odkrecilam lekko kaloryfery, a dzis, na przekor pesymistycznym prognozom pogody, wyszlo slonce i w poludnie bylo 21 stopni w cieniu!!!

W sam raz na jesienny spacerek. Bo choc balkon mam wciaz w kwieciu, to usiedziec na nim nie sposob. 


Brukselski akordeon - z reguly te ulice sa skapane w deszczu, a nie w sloncu ;-)


Swieto Ambiorixu i doroczne brokanty


Place Jean Rey



Parc Leopold


Étangs d'Ixelles



Abbaye de la Cambre



 Bois de la Cambre


I cos na szarugi jesienne. Ostatnio u znajomych probowalam polskich miodow: rzepakowego i spadziowego. Tutaj takich sie nie uswiadczy, za to na ryneczku podczas spaceru zakupilam francuskie wynalazki: lawendowy i sosnowy (ten ostatni podobno jest doskonaly na kaszel i najlepiej go wyjadac lyzka prosto ze sloika, a nie dosladzac nim herbaty). 


A odruch zbierania kasztanow mi zostal od podstawowki ;-)

wtorek, 28 września 2010

Gdzie diabel mowi dobranoc

Za tydzien lecimy do Moskwy. Zaczelam juz zakrojone na szeroka skale przygotowania od ponownej lektury ‘Mistrza i Malgorzaty’ Bulhakowa. Co prawda tam rzeczywstosc miesza sie z fantazja, ale juz zlokalizowalam na mapie Patriarsze Prudy, na ktorych rozpoczyna sie akcja powiesci. Ponoc niewiele sie zmienily przez ostatnie kilkadziesiat lat i brakuje tylko budki z napiem 'Piwo i napoje chlodzace', gdzie sprzedawano cieply napoj morelowy i tramwaju, ktory ucial glowe Berliozowi. Sa za to lawki, na ktorych mozna zasiasc twarza do stawu, a plecami do Bronnej. Zas nieopodal, na ulicy Sadowej numer 50, w fatalnym mieszkanu, miesci sie muzeum pisarza, z kotem Behemotem i graffitti przedstawiajacym sceny i bohaterow ksiazki.

Boje sie jednak, ze na tak dokladne zwiedzanie miasta zabraknie nam czasu (pierwszenstwo jednak ma Kreml i mauzoleum z martwym Leninem), ale w okolicy na pewno bedziemy, bo mamy juz zakupione bilety do Novaya Opera (w Bolshoi nie bylo juz wolnych miejsc). W repertuarze jest zagadkowo brzmiaca opera ‘Demon’ A.Rubinsteina. No i mialam zagwozdke. Bo jako prawie lodzianka, Artura Rubinsteina znam nie od dzisiaj, na Piotrkowskiej stoi jego fortepian, nawet filharmonia nosi jego imie, ale zawsze bylam przekonana, ze byl on wybitnym pianista, a nie kompozytorem. Przeczytalam dokladnie jego biografie i nigdzie nie znalazlam zadnej wzmianki, ze popelnil jakies wlasne dzielo. Wreszcie tknelo mnie przeczucie, ze moze jest jeszcze jakis inny A.Rubinstein. I bingo! Na imie mial Anton. Byl Rosjaninem i stworzyl opere na bazie wiersza Lermontowa.  

Zatem nawet jesli nie trafimy na slady Wolanda, diabla od Mistrza i Malgorzaty, to na pewno dowiemy sie wiecej o demonie, co sie zakochal w Gruzince Tamarze. A czarownice, po lipcowej podrozy do Oudewater w Holandii, moge sobie tym razem wyjatkowo odpuscic - latanie po Moskwie mi nie grozi, bo mam przeciez certyfikat, ze nie uniose sie na miotle ;-)

Teraz  zas przerabiam ‘Imperium’ Kapuscinskiego. Przewodnik po miescie musi jeszcze poczekac na swoja kolej. 

niedziela, 26 września 2010

Teatralnie

Zaczelam nowy sezon teatralny. Udalo mi sie nabyc abonament po bardzo korzystnej cenie, do teatru mam kilkaset metrow, wiec po kolacji i herbatce wedruje kilka minut i po chwili znajduje sie w innym swiecie. Zwlaszcza, ze Théâtre le Public dba o widza, az milo. Mozna sie wczesniej spotkac w kawiarence, albo po prostu rozejrzec dokola i poszukac nawiazan do poszczegolnych produkcji. Na przyklad wezmy sale kameralna, w ktorej wystawiano Intox - swietna sztuke o etyce dziennikarskiej, dywagujacej o tym, jak daleko mozna sie posunac, zeby zdobyc posluch i publike. W samym przedstawieniu pokazano kilka fragmentow programow telewizyjnych, jako przyklad nabijania nas w butelke. A przed wejsciem, kiedy stalismy w kolejce, mozna bylo obejrzec taki oto plakat:

KAZDEGO DNIA PIORE MOJ MOZG W TELEWIZJI

czy poczytac o swinskiej grypie (kazdy pamieta panike, jaka wywolano na poczatku roku, po czym mniej wiecej od maja sprawa przycicha i zniknela z pierwszych stron gazet jeszcze szybciej niz sie pojawila). Bo roznica miedzy informacja a intoxem jest czasem niezauwazalna. Jesli zas kogos przedstawienie bardziej zainteresuje, moze sobie sciagnac ze strony kontekst i nawiazania, do ktorych siegnieto w produkcji - tak sie dowiedzialam np. o Pallywood, czyli swiadomej manipulacji mediow ze strony palestynskiej w celu zdobycia sobie przychylnosci w wojnie z Izraelem (choc w sumie proceder znany nie od dzis, bo przeciez sami mielismy propagande PRLu). 

Druga sztuka, ktora widzialam w zeszlym tygodniu to Sincèrement.  Piekna ciepla opowiesc o dwojce przyjaciol. Czasem do smiechu, czasem do zastanowienia. Po wejsciu na krzeslach widzowie mieli porozkladane przypadkowe pytania: 'Kim chciales zostac w przyszlosci, jak byles dzieckiem?', 'Jakie jest twoje najwazniejsze spelnione marzenie?' czy 'Jaki jest najszczesliwszy moment w twoim zyciu?'. Podczas przedstawienia w pewnym momencie zapalono swiatla i widzowie (z bardzo fajnym rezultatem) stali sie na moment aktorami. Pozniej bohaterowie analizowali te pytania sami - a to ze Jacques Brel ponoc powiedzial, ze zawsze najbardziej chcial zostac tym kim jest / byl, a to ze dla dwoch aktorow (w rzeczywistosci rowniez bliskich przyjaciol, bo wykorzystano sporo ich starych prywatnych wspolnych zdjec) najwazniejsza chwila byla nieudana randka z niejaka Rachela, ktora sie nie stawila na spotkanie i to zapoczatkowalo ich znajomosc. Sztuka o tym, ze lubimy miec iluzje, ze nasz los jest w naszych rekach, a w rzeczywistosci mamy wplyw na bardzo niewiele rzeczy... I ze trzeba sie cieszyc z tego co sie ma, bo choc przyjaciel nie jest wolny od wad, to wspaniale, ze jest. 

A odchodzac nieco od tematu teatru, nastepnego dnia ide ze znajoma na kawe, a ona mi opowiada, ze w nocy jej sie snilo, jak to zwolalismy zebranie, bo ja mam miec goscia i wspolnie musimy ustalic trase zwiedzania Brukseli. Po zawilej dyskusji wyznaczylismy 30 kilometrowy szlak, na co ja zaprotestowalam, ze to za malo, bo przejdziemy w pare godzin i co my bedziemy dalej robic. W ostatecznosci trasa liczyla 50 km i znajoma po przebudzeniu nie mogla uwierzyc, ze to sen, bo cala historia byla tak realna i tak jej sie wbily w glowe wszystkie argumenty (lacznie z rezerwacja - sic!- lunchu w McDonaldzie), ze miala doskonale przygotowany plan. To dopiero przyjaciele, na ktorych mozna polegac o kazdej porze dnia i nocy!!! ;-)

Nastepna w kolejnosci sztuka, na ktora sie wybieram to Les combustibles na podstawie scenariusza belgijskiej pisarki Amélie Nothomb, ktora czytalam calkiem niedawno. Juz w podstawowce pisalo sie wypracowania/opowiadalo na pytania, jaka ksiazke zabralabys ze soba na bezludna wyspe. Tu problem jest nieco inny - wobec przejmujacego zimna, ktore ksiazki poswiecisz najszybciej na rozpalke, zeby zapewnic sobie chwile ciepla. Ja poki co wywalilam na smietnik wszystkie moje studenckie notatki. Zas na codzien mam obiekcje nawet przy pozbywaniu sie starych gazet. Baaa, ja to nawet trzymam stare bilety do teatru, bo moze mi sie przydadza jako zakladka ;-)))

I tu moj wpis zatoczyl kolo. Teraz sobie wypiore mozg, bo wlasnie spostrzeglam, ze leci jakis stary odcinek 'M jak milosc' na TV Poloni...

czwartek, 23 września 2010

Do you want to know more about Belgium?

Dni dziedzictwa

Kalendarzowa jesien rozpoczela nam sie burza z piorunami, nadciagaja deszcze i ochlodzenie i chyba juz definitywnie rozstajemy sie z latem. A u mnie wciaz cos sie dzieje. Choc ciesze sie, ze jeszcze zauwazam zmiany por roku ;-)

Dopiero dzis mam czas przysiasc i opisac ostatni weekend, ktory laczyl Dni Dziedzictwa (czyli mozna bylo zajrzec do budynkow na codzien zamknietych dla zwiedzajacych), Dni Folkloru (na Grand Place prezentowalo sie m.in. woj. zachodniopomorskie) i niedziele bez samochodu. Z mniejszych imprez, flamandzkojezyczny Dom Kultury dla dzieci na mojej ulicy mial otwarte drzwi i caly dzien plataly sie tlumy maluchow, jezdzacych w malych autkach, skaczacych na dmuchanym zamku itp oraz arabska knajpa pod moim domem zorganizowala uroczysta inauguracje po remoncie. 

Ja mialam goscia, wiec po pretekstem zwiedzania miasta moglam spokojnie przejsc sie po kilku ‘zabytkach’.


Na pierwszy rzut poszla Bourse, czyli gielda (stworzona w latach 1868-1873). Budynek znam doskonale, zamkniety na 3 spusty, lekko podniszczony z zewnatrz, zawsze myslalam, ze jest on pozostawiony sam sobie. A tu sie okazalo, ze nic bardziej blednego. A do tego, ku mojemu zaskoczeniu, wnetrze jest w stosunkowo dobrym stanie. Gielda brukselska samodzielnie funkcjonowala do 2000 roku, a nastepnie razem z paryska i amsterdamska stworzyla wspolna platforme handlu Euronext, 6 lat pozniej przejeta przez New York Stock Exchange. Dzis pracuje w niej ok.30 osob, zamiast chaosu znanego z filmow o Wall Street, dzialalnosc maklerow stracila swoj rozmach i efekt i siedza oni przed komputerami. Tylko przy wejsciu wisi symboliczny dzwonek. Zas imponujace sale Bourse’y z glownym holem z rzezbami Augusta Rodina sa wynajmowane na imprezy takie jak wesela czy bankiety.



Nieopodal znajduje sie drugi symboliczny budynek – teatr La Monnaie, otwarty w 1856 roku. Podobno moze pomiescic 1700 osob, choc robi dosc kameralne wrazenie. Od 4 lat probuje sie tam wybrac na opere, ale ciagle borykam sie z brakiem biletow, ktore sa na piniu rozdzielane miedzy posiadaczy abonamentow. Za to sala jest naprawde piekna, z wielkim malowidem na suficie, loza dla rodziny krolewskiej itp. Zdjecia z renowacji sprzed kilku lat mozna zobaczayc tu : http://www.buildingsagency.be/detailfoto_fr.cfm?realisatie=69&foto=01-Trm_B_050825_32A.jpg


Nastepna w kolejnosci byla Krolewska Akademia Wojskowa, na obrzezach parku Cinquantenaire, tuz kolo kosciola Dominikanow. W zeszlym roku swietowala swoje stulecie (sama szkola istnieje juz od 1834 roku, ale dopiero na poczatku XX wieku przeniosla sie do eleganckich budynkow przy Renaissancelaan). Nauka trwa tam 5 lat – po 3 uzyskuje sie tytul licencjata, pozniej – magistra. Sa 4 specjalizacje : naziemna, morska, powietrzna i medyczna. Kandydaci musza przejsc wstepne badania lekarskie, badania psychologiczne,  testy sportowe (bieg przez 18 minut z predkoscia do 14,4 km/h, pompki i brzuszki przez minute) i egzamin z drugiego jezyka i matematyki. Studia sa bezplatne, a do tego studenci dostaja wynagrodzenie, ktore w przypadku odejscia z akademii z przyczyn innych niz zdrowotne nalezy pozniej zwrocic.

Dla zwiedzajacych przygotowano nieduza wystawke ukazujaca historie uczelni, ale przyznam szczerze, ze nie robi ona zbyt oszalamiajacego wrazenia i zdecydowanie bardziej oplaca sie udac do pobliskiego muzeum wojskowego (gdzie oczywiscie tez poszlam, bo to ostatnio moje ulubione muzeum ;-).




Natomiast najbardziej kontrowersyjnym budynkiem jest Palac Sprawiedliwosci. Z zewnatrz wyglada paskudnie, od lat trwa renowacja, ktora sie pewnie bedzie ciagnac kolejne 50 lat, za to w srodku zachwyca rozmachem i rozmiarem (jest wiekszy niz Bazylika Sw.Piotra w Rzymie i sklada sie z 27 duzych sal sadowych i 245 mniejszych pomieszczen). Jego inauguracja odbyla sie w 1883 roku, do dzis cieszy sie fatalna opinia, bo wielu oskarzonych zbieglo z przesluchan (ostatnio chyba nawet pare miesiecy temu). Ale zobaczyc zdecydowanie warto!!! Zreszta jest to najwieksza budowla, ktora powstaja w XIX wieku i pretenduje do listy UNESCO.  Zdjecia z przeprowadzanych remontow i nie tylko sa tutaj : http://www.buildingsagency.be/detailfoto_fr.cfm?realisatie=39&foto=05a_SalledpPerdues_02_A.jpg




A stamtad mozna sie udac w kierunku synagogi i Konserwatorium Krolewskiego. Zawsze jest mi smutno, gdy tam przechodze. Piekny budynek, niestety majacy czasy dawnej swietnosci daleko za soba, dzis jest obrazem nedzy i rozpaczy. To chyba najbardziej zaniedbana sala koncertowa w miescie, choc gdyby cos z nia zrobic, naprawde wywieralaby znowu ogromne wrazenie. Jak weszlismy, na glownej sali akurat orkiestra cwiczyla symfonie ‘Z nowego swiata’ Dvoraka. I musze przyznac, ze czesto proby podobaja mi sie bardziej od oficjalnych koncertow. Co prawda trzeba sie liczyc z przerwami i od czasu do czasu slychac glos dyrygenta, ale za to pelno jest emocji, detali, ktore pozniej gdzies umykaja. Zreszta to wcale nie musi przeszkadzac, a wrecz pomaga zwrocic uwage na szczegoly.  Podczas oficjalnego wystepu do glosu dochodzi stres, trzeba sie skupic na calosci i nierzadko zapomina sie o drobiazgach, ktore sie cwiczylo. Podobnie u nas. Ostatnio uczylismy sie Ave Verum Corpus Mozarta i przy umiejetnym dyrygowaniu i podszeptach wyszlo nam naprawde pieknie. Mozna bylo skoncentrowac sie na sluchaniu siebie nawzajem i prawdziwej przyjemnosci samego spiewania.

Ja natomiast goraco polecam takie bliskie spotkania z architektura w BXLi (bo nie kazdy ma okazje byc na probie choru czy orkiestry). Choc wszystkie te budynki powstaly mniej wiecej w tym samym czasie i reprezentuja podobny pompatyczny styl, sa mila odskocznia od tutejszych nudnych biurowcow. A jak do tego dojdzie jeszcze piekna pogoda, tlumy rowerzystow i zwiedzajacych, wychodzi calkiem fajny weekend.

Choc chaotyczny! W Bourse dolaczylismy do grupy flamandzkojezycznej, dla ktorej w ostatnej chwili zabraklo przewodnika i zapytano, czy wszyscy sie zgadzaja na wyklad po francusku. Zatem bylam w specjalnej frankofonskiej grupie Flamandow. A moj znajomy, Niemiec mieszkajacy w Anglii, ktory nie mowil w zadnym z tych oficjalnych 'brukselskich' jezykow, o gieldzie wiedzial wiecej niz przewodniczka. Po czym poszlismy na polska impreze z bigosem i pierogami. Dziedzictwo dziedzictwem, ale znakiem naszych czasow jest szeroko pojeta internacjonalizacja i mialam jej w ten weekend pod dostatkiem ;-)

PS Wszystkie fotki tradycyjnie pochodza ze strony: http://cartes-postales.delcampe.be/

PS2 I jeszcze mala dygresja o umiedzynarodawianiu. W przerwie na niderlandzkim poszlam do kafejki z Belgiem i Tajwanczykiem. Panowie ostro probowali dyskutowac w naszym lekcyjnym jezyku. Nagle jeden sie mnie pyta:

- Uit welk land kom je? (skad pochodzisz?)
- Uit Polen.
- Dzien dobry - mowi Belg.
- Dziekuje - odpowiada Tajwanczyk.
- Taaaak - znowu Belg.
- Krakow!
- Lodz!
- Polanski. Kieslowski!

Ja zaniemowilam. Okazalo sie, ze obaj panowie sa milosnikami naszego pieknego kraju, obaj nawet byli w Lodzi, a Tajwanczyk (obecnie juz bedacy Belgiem) po zajeciach przybiegl do mnie, pokazal mi swoja torbe i z duma oznajmil ' Ik heb dat in Krakow gekocht!' (kupilem to w Krakowie). Nie moglam mu niestety sie zrewaznowac tajwanskim zegarkiem ;-)