wtorek, 30 września 2008

Happy Together

W zeszlym tygodniu polecialam na wesele mojej kuzynki do Wielkiej Brytanii. Bylam jednym z bardzo nielicznych gosci, ktorzy na ta okazje przybyli ‘zza morza’. Oprocz mnie stawilo sie ok.70 osob, w tym wszyscy moi angielscy krewni, m.in.:

Ciocia-emerytka, ktora w tym roku zostala kapitanem klubu golfowego;
Wujek-dowcipnis, ktory z wielkim zapalem uczy Anglikow polskiego, np.ze przy podawaniu czegos nalezy powiedziec ‘prosie’, a kanapka z serem to w skrocie ‘sranapka’. Ostatnio ma nadwyrezone kolano i jak nie ma gdzie zaparkowac przed polem golfowym, to staje na miejscu dla niepelnosprawnych, zostawia kartke ‘Temporarily disabled’ (czasowo niepelnosprawny) i kustykajac wysiada;
Wujek, ktory zalozyl sobie ‘Ex-file’, czyli album ze zdjeciami bylych partnerow mojego kuzynostwa. Jak sie okazuje osoby towarzyszace zmieniaja sie u nich dosc czesto i jesli na grupowych zdjeciach stoja z boku, to mozna ich czasem po prostu odciac, natomiast jak sa w srodku, to fotki trafiaja do slynnego w rodzinie achiwum;
Kuzyn, ktorego partnerka jest wykradziona buddyjska zakonnica i teraz sie ukrywaja w poprzednim domu panny mlodej ;-) Mowi troche po polsku i ostatnio pracowal na budowie i sie mnie pytal, czy naprawde w mowie potocznej wtraca sie co chwila ‘k…a mac’;
Kuzynka, ktora przez pol roku chodzila z mezem na kurs polskiego – pojechali potem na narty w Tatry i co chcieli sprobowac powiedziec cos po naszemu, to ponoc natychmiast reagowano: ‘Are you English? Let’s speak your language’;
Kuzyn, ktory pracuje jako specjalista od oswietlenia na trasie koncertowej znanej piosenkarki i teraz krazy po Ameryce - z trudem udalo mu sie przyleciec na wesele.

I wiele innych rownie barwnych i ciekawych osob.

A jak wygladala impreza?

Wszystko zaczelo sie w piatek o 14tej, kiedy to Panna Mloda eskortowana przez swojego tate wkroczyla do sali weselnej, gdzie najpierw odbyla sie oficjalna czesc zaslubin. Zlozenie przysiegi poprzedzilo uroczyste odczytanie tekstu ‘Zakochiwanie sie jest jak posiadanie psa’ i wiersza ‘Hug O’War’ w wykonaniu 6-letniego syna kuzyna, ktory najbardziej byl przejety faktem, ze zaczal mu sie ruszac pierwszy zab. Potem przez godzine pstrykano setki zdjec gosci – w tym kobiet w kapeluszach i fascinators - i moglismy zasiasc do stolu.

Kazdy mial swoje wyznaczone miejsce – na moim talerzu byla karteczka z imieniem, a kolo mnie np.miala usiasc, cytuje, ‘Ciocia of the Bride’. Poza tym kazdy dostal wymyslne pudelko z ‘wedding favors’ – w naszym przypadku byly to roznokolorowe cukierki. Wsrod gosci krazyla ksiega z zyczeniami i maz kuzynki, u ktorego mozna bylo obstawiac, ile czasu beda trwac przemowienia (ja dalam im 13 minut, rekordzista ponoc zaryzykowal z 70).

Po obiedzie (zupa, drugie danie, lody i sery) nastapily przemowy. Pierwsza, niezapowiedziana, byla w wykonaniu babci, ktora wspominala swoje malzenstwo. Drugi w kolejnosci byl tata Panny Mlodej. Najpierw zaznaczyl, ze cala impreza nie odbylaby sie, gdyby nie pomoc swiadkowej, cioci (of the bride) i jego karty kredytowej. Natomiast najbardziej wszystkich rozbawil przypominajac, jak to jego corka wykazala sie kiedys ogromna sila przekonywania i po tygodniu stali sie z ciocia dumnymi wlascicielami jej ukochanego psa. Nie wiedzial wczesniej, co bedzie odczytywane przed przysiega, ale jak tylko uslyszal porownanie zakochania sie do posiadania psa, zaczal sie zastanawiac, co w takim razie stanie sie wkrotce z jego swiezo upieczonym zieciem i czy juz maja dla niego szykowac miejsce w domu ;-) Nastepne bylo przemowienie Pana Mlodego, ktory podziekowal gosciom za przybycie i swiadka, ktorego ja osobiscie nie zrozumialam, bo – jak mi pozniej wytlumaczono – mowil w dialekcie Barnsley i rodowici Anglicy tez mieli problemy.

Lacznie przemowienia trwaly 26 minut i 36 suekund (wygrala osoba, ktora obstawila 26 i pol minuty).

No a potem byly juz tylko tance i picie do 1 w nocy.

Nastepnego dnia, kiedy powoli dochodzilismy do siebie po calej zabawie, dowiedzielismy sie, ze ciocia z wujkiem wykupili ubezpieczenie slubne na wypadek jakby zdjecia robione przez fotografa nie wyszly. W takiej sytuacji ubezpieczenie pokryloby koszt przygotowania powtorki imprezy i dodatkowej sesji zdjeciowej!!! I znowu by sie trzeba bylo upic… ;-)

Nowo poslubiona para zapomniala jedynie pokroic tort, do ktorego specjalnie zakupiono przez internet figurki Panny Mlodej z blond wlosami i… lysiejacego Pana Mlodego – obie postacie byly wierna kopia mojej kuzynki I jej meza. Kolorystyka tortu, wystroju sali i kreacji czesci gosci byla utrzymana w brazach i zieleni (ja z oliwkowym motywem na sukience niespodziewanie nawet niezle sie wpasowalam).

Jako ze z wesela wszyscy glownie zapamietaja watek o psie, wklejam jeszcze ponizej odczytany w trakcie uroczystosci wiersz:

Falling in love is like owning a dog
by Taylor Mali

First of all, it's a big responsibility,
especially in a city like New York.
So think long and hard before deciding on love.
On the other hand, love gives you a sense of security:
when you're walking down the street late at night
and you have a leash on love
ain't no one going to mess with you.
Because crooks and muggers think love is unpredictable.
Who knows what love could do in its own defense?

On cold winter nights, love is warm.
It lies between you and lives and breathes
and makes funny noises.
Love wakes you up all hours of the night with its needs.
It needs to be fed so it will grow and stay healthy.

Love doesn't like being left alone for long.
But come home and love is always happy to see you.
It may break a few things accidentally in its passion for life,
but you can never be mad at love for long.

Is love good all the time? No! No!
Love can be bad. Bad, love, bad! Very bad love.

Love makes messes.
Love leaves you little surprises here and there.
Love needs lots of cleaning up after.
Sometimes you just want to get love fixed.
Sometimes you want to roll up a piece of newspaper
and swat love on the nose,
not so much to cause pain,
just to let love know Don't you ever do that again!

Sometimes love just wants to go for a nice long walk.
Because love loves exercise.
It runs you around the block and leaves you panting.
It pulls you in several different directions at once,
or winds around and around you
until you're all wound up and can't move.

But love makes you meet people wherever you go.
People who have nothing in common but love
stop and talk to each other on the street.

Throw things away and love will bring them back,
again, and again, and again.
But most of all, love needs love, lots of it.
And in return, love loves you and never stops.

piątek, 26 września 2008

środa, 24 września 2008

Filmowo

Wlasciwie to nie znam zbyt wielu belgijskich filmow. Wczoraj udalo mi sie znalezc projekcje ‘Milczenia Lorny’ z angielskimi napisami. Byla to historia Albanki, ktora zamieszkala w Brukseli dzieki fikcyjnemu malzenstwu z Belgiem. Nowe obywatelstwo wedlug glownej bohaterki mialo otworzyc mnostwo nowych mozliwosci, dac szczescie i pieniadze. Tymczasem jej malzonek pada ofiara morderstwa, a ona ma poslubic Rosjanina, ktory dzieki niej tez sie stanie obywatelem UE i za ta przyjemnosc slono zaplaci. Film trudny, ale dobrze opowiedzany. Na festiwalu w Cannes dostal nagrode za scenariusz.

My tu sobie zyjemy na swojej planecie Schuman, a tuz obok funkcjonuja mafia, przekrety i porachunki. Zreszta dopiero co padl wyrok w sprawie Adama G, za napad i spowodowanie przed dwoma laty smierci 17-latka, który nie chcial oddac swojego odtwarzacza mp3. Wszystko się dzialo w bialy dzien na Dworcu Centralnym.

Drugi ‘tutejszy’ film, ktory dobrze kojarze i bardzo lubie, to ‘Odette Toulemonde’. Przy czym jest on produkcji francuskiej, ale akcja rozgrywa sie w Brukseli (tym razem pieknie przedstawionej) i Charleroi. Glowna bohaterka jest ekspedientka w domu towarowym Inno (Lorna pracowala w prasowalni) i choc jej zycie prywatne tez nie jest pelnia szczescia, to znajduje odskocznie czytajac ksiazki Balthasara Balsana, nie przewidujac nawet, ze ich drogi kiedys sie zejda. Film jest oparty na opowiadaniu Erica-Emmanuela Schmitta - czysta fikcja, dosc cukierkowo przedstawiona, choc bardzo pozytywna i optymistyczna.

Jest jeszcze trzeci film – ‘In Brugge’ – produkcji amerykanskiej, ale wszystko dzieje sie w Belgii. Slyszalam jednak o nim tyle negatywnych opinii od znajomych, ze go sobie odpuscilam.

niedziela, 21 września 2008

Niedziela bez samochodu

A wlasciwie rowerowy weekend ;-)

Wczoraj sie zaczelo przejazdzka drezynami po Ardenach. Wyruszylysmy z Warnant, po 4 km byla krotka przerwa w Falaën i potem pedalowanie 3 km do Maredsous. Niby niedaleko, a podroz dala sie nam troche we znaki. Na miejscu mialysmy dluzsza przerwe, w znacznej czesci poswiecona na szukanie klasztoru, az wreszcie wymyslilysmy, ze zamiast isc szosami bez pobocza, bezpieczniej i ciekawiej bedzie sie wspiac na dosc wysoka i stroma skarpe (jak zwykle nie moglo zabraknac elementow survivalowych). W Maredsous kolo opactwa jest godna polecenia knajpka, gdzie mozna kupic tamtejsze piwo i deske z serami i posilone i pelne nowych sil wrocilysmy na drezyny. Ja jeszcze mialam troche problemow z ruszeniem, bo najpierw sie zorientowalam, ze mam polamany pedal i poprosilam o wymiane, zaraz potem okazalo sie, ze spadl mi lancuch, a na koniec nie moglam ruszyc, bo facet z obslugi przyblokowal mi kolo rownoczesnie prowadzac wielka dyskusje i zartujac, ze jestem okropna psuja. Jak juz ruszylysmy zorientowalysmy sie, ze droga powrotna jest glownie z gorki i pedzilysmy szybciutko, co chwila sie zderzajac od tylu - za kazdy taki wybryk jest ponoc mandat po kilkanascie euro, do tego bylysmy po spozyciu alkoholu, ale po 18.30 juz nie bylo zadnych amatorow drezyn poza nami, wiec mamy nadzieje, ze nikt postronny nie zauwazyl ;-)


Dzis natomiast w Brukseli jest niedziela bez samochodu. Od 9 rano do 19 jedynymi pojazdami na ulicach sa autobusy, pojedyncze taksowki i ogromne ilosci rowerow. Czasem dochodza jeszcze osoby na rolkach, jak jeden kolega z choru, ktory zamaszyscie wjechal dzis rano na probe do salki przy kosciele i z nas zakpil, ze nie wzial butow do zalozenia na msze. Dzien taki jak dzis ma tyle samo zwolennikow (bo to frajda i swietna promocja ruchu na swiezym powietrzu), co krytykow (rowerzysci jezdza jak szaleni, nie przestrzegaja przepisow i prawdopodobnie ryzyko wypadku jest wieksze niz w normalny dzien). Ja jedynie przejechalam sie do parku, gdzie po odstaniu ok.godziny w kolejce mozna bylo swoj rower zarejestrowac i wygrawerowac.Fajne trasy do pedalowania opanowaly setki cyklistow, wiec nie bylo zbyt wiele przyjemnosci z wycieczki i dosc szybko wrocilam do domu.




Podobno w ciagu ostatnich kilku lat udzial rowerzystow w ruchu ulicznym w Brukseli wzrosl od 1% do 4% (cel na najblizsze lata to 6%), a na tym tle coraz lepiej wyglada ilosc pracownikow Komisji Europejskiej, dojezdzajacych do pracy rowerem - ponoc ok. 16%. W okolicach Instytucji sciezek jest faktycznie sporo, na ulicach jednokierunkowych rowerzyci czesto moga jezdzic w obie strony. Duza uwage przywiazuje sie tu do ekwipunku - odblaskowej kamizelki, przypinek do nogawek, zeby sie nie ubrudzily od lancucha i kaskow. W czasie deszczu dochodza jeszcze pelerynki przeciwdeszczowe. I choc do Holendrow nam jeszcze bardzo daleko, to co dzien widac sporo ubranych w garnitury urzednikow na swoich dwukolowcach.





Wydzimdzirymdzi

W ‘Gazecie Wyborczej’ pojawil sie artykul o negatywnym wplywie kreskowek na rozwoj dziecka (Jak Jasiek...). Gdzie te czasy kiedy my ogladalismy ‘Bolka i Lolka’ czy ‘Misia Uszatka’? Teraz co prawda mowi sie o szkodliwosci tych bajek - ze teletubis Tinky Winky nosi damska torebke, ze Zwirek i Muchomorek to narkomani (caly czas w pidzamach i biali jak sciana), ze Bolek i Lolek to homoseksualisci, a Tola to tylko przykrywka ;-)

Kiedys mielismy dyskusje, jak dalece edukacyjna role pelnil Rumcjas. Nie dosc, ze zwalczal uklad, zabieral bogatym i dawal biednym, to np. mozna bylo uslyszec tekst: ‘S'il vous plait – zaklnal siarczyscie Ksiaze Pan’. Zatem nie tylko dzieci uczono pieknej francuzczyzny (to znaczy ‘prosze’), ale jeszcze propagowano bardzo przyzwoite slownictwo. Teraz za to sie natknelam na ksiazke ‘Jak przeklinac? Poradnik dla dzieci’ i choc podobno wystepuja tam powiedzonka typu ‘Pucho marna!’, to o jezyku Ksiecia Pana autor pewnie nie pomyslal.

A co do oceniania zachowan dzieci, to ostatnio czytalam dobry dowcip:

Blondynka rozpoczela prace jako szkolny psycholog.
Zaraz pierwszego dnia zauwazyla chlopca, ktory nie biegal po boisku razem z innymi chlopcami tylko stal samotnie. Podeszla do niego i pyta:
- Dobrze sie czujesz?
- Dobrze.
- To dlaczego nie biegasz razem z innymi chlopcami?
- Bo jestem bramkarzem!

Konczac zacytuje jeszcze przeklenstwo mojej malej znajomej z Polski: ‘O kurczaczek!!!’.

czwartek, 18 września 2008

Imiennik

Opublikowano wlasnie dane statystyczne http://www.statbel.fgov.be/figures/d22a_fr.asp o najczesciej wystepujacych w Belgii imionach i okazalo sie, ze w samej Brukseli najwiecej nowo narodzonych chlopcow w 2007 roku otrzymalo imie… Mohamed (nie da sie ukryc, ze Arabow jest tu bez liku). W skali calego kraju wygrali Nathan, Lucas i Noah. Wsrod dziewczynek na prowadzenie wysuwaja sie Emma, Louise i Sarah.

Inne ciekawe imiona to: Alaska, Creator, Hallelujah, Bambi, December, Euro i Mel-Gibson.

Sprawdzilam tez statystyki dla Polski http://gorny.edu.pl/imiona/. Wsrod dziewczynek kroluja Julia, Ola i Zuzia, a chlopcow Jakub, Mateusz i Bartek.

A najoryginalniejsze to: Jarzyna, Wisenna, Telimena, Samira, Toro, Torkil, Myszon i Odo.

Wsrod Epsek moim zdaniem wygrywaja Agnieszki (na moim pietrze w pracy sa obecnie 3 Agi na 5 Polek). Przynajmniej wiekszosc obcokrajowcow wie mniej wiecej jak to imie wymowic (z reguly wychodzi im jakas ‘Aneska’), choc jesli chodzi o pisownie, to wciaz mnie zaskakuja swoja kreatywnoscia. I pomylki tez sie zdarzaja dosc ciekawe. Raz z moja imienniczka bylam na przesluchaniu do musicalu - jak doszlysmy do 2 etapu i kolezanka pierwsza sie zglosila, to po wystepie zapytano ja, gdzie jest jej siostra. Kiedy indziej w aptece wystawiono mi fakture na kogos o moim imieniu, ale innym nazwisku i kiedy wrocilam po korekte, farmaceuta niewinnie zasugerowal, ze moze ja i druga Aga jakas rodzina jestesmy ;-)

środa, 17 września 2008

Moj tydzien


Mialam ten rysunek wrzucic na bloga pare dni temu, bo wiekosc zajec pozapracowych (francuski, niderlandzki, pilates, polska schola i chor miedzynarodowy) zaczela mi sie na poczatku wrzesnia. Ale mimo mocnych postanowien pilnosci i zaangazowania wraz z nowym rokiem szkolnym moja obecnosc na zajeciach pozostawia wiele do zyczenia, przy czym na wszystko mam doskonale usprawiedliwienia.

I tak, tydzien temu zamiast na konwersacjach z francuskiego bylam w kinie na ‘MammaMia’ (swietny film) tlumaczac sobie, ze zawsze moge poczytac napisy po francusku. Na Trebunie Tutki poszlam kosztem proby scholi, ale repertuar na niedziele na szczescie juz znalam, a posluchanie dobrej muzyki na zywo przeciez pozytywnie wplywa na umiejetnosc spiewania. Zreszta oba wyjscia mialy dodatkowy plus w postaci spotkania znajomych, zatem nie mecza mnie zbyt duze wyrzuty sumienia.

Zamiast wtorkowego pilatesu wybralam koncert Kaczmarka, a cotygodniowa godzine gimnastyki zastapilam probnymi zajeciami z jazz dance w poniedzialek (i pewnie bede na to chodzic teraz troche bardziej regularnie, bo to tez duza frajda i tym sposobem mam szanse – przynajmniej w teorii - dbac o forme nawet intensywniej niz sie poczatkowo zapowiadalo ;-0).

W przyszlym tygodniu mam 2 dni urlopu i lece do Anglii, wiec znowu pare zajec mi wypadnie. I jak tu byc wzorowa uczennica / chorzystka / osoba dbajaca o zdrowy styl zycia?!?!?!

PS Moje wagarowanie ma swoje granice w przypadkach, kiedy nieobecnosc na zajeciach grozi wyrzuceniem z choru i nie dopuszczeniem do koncertu lub wykresleniem z grupy z kursu jezykowego. I mam nowe postanowienie - pilna i zaangazowana bede od pazdziernika!!!