Ciocia-emerytka, ktora w tym roku zostala kapitanem klubu golfowego;
Wujek-dowcipnis, ktory z wielkim zapalem uczy Anglikow polskiego, np.ze przy podawaniu czegos nalezy powiedziec ‘prosie’, a kanapka z serem to w skrocie ‘sranapka’. Ostatnio ma nadwyrezone kolano i jak nie ma gdzie zaparkowac przed polem golfowym, to staje na miejscu dla niepelnosprawnych, zostawia kartke ‘Temporarily disabled’ (czasowo niepelnosprawny) i kustykajac wysiada;
Wujek, ktory zalozyl sobie ‘Ex-file’, czyli album ze zdjeciami bylych partnerow mojego kuzynostwa. Jak sie okazuje osoby towarzyszace zmieniaja sie u nich dosc czesto i jesli na grupowych zdjeciach stoja z boku, to mozna ich czasem po prostu odciac, natomiast jak sa w srodku, to fotki trafiaja do slynnego w rodzinie achiwum;
Kuzyn, ktorego partnerka jest wykradziona buddyjska zakonnica i teraz sie ukrywaja w poprzednim domu panny mlodej ;-) Mowi troche po polsku i ostatnio pracowal na budowie i sie mnie pytal, czy naprawde w mowie potocznej wtraca sie co chwila ‘k…a mac’;
Kuzynka, ktora przez pol roku chodzila z mezem na kurs polskiego – pojechali potem na narty w Tatry i co chcieli sprobowac powiedziec cos po naszemu, to ponoc natychmiast reagowano: ‘Are you English? Let’s speak your language’;
Kuzyn, ktory pracuje jako specjalista od oswietlenia na trasie koncertowej znanej piosenkarki i teraz krazy po Ameryce - z trudem udalo mu sie przyleciec na wesele.
I wiele innych rownie barwnych i ciekawych osob.
A jak wygladala impreza?
Wszystko zaczelo sie w piatek o 14tej, kiedy to Panna Mloda eskortowana przez swojego tate wkroczyla do sali weselnej, gdzie najpierw odbyla sie oficjalna czesc zaslubin. Zlozenie przysiegi poprzedzilo uroczyste odczytanie tekstu ‘Zakochiwanie sie jest jak posiadanie psa’ i wiersza ‘Hug O’War’ w wykonaniu 6-letniego syna kuzyna, ktory najbardziej byl przejety faktem, ze zaczal mu sie ruszac pierwszy zab. Potem przez godzine pstrykano setki zdjec gosci – w tym kobiet w kapeluszach i fascinators - i moglismy zasiasc do stolu.
Kazdy mial swoje wyznaczone miejsce – na moim talerzu byla karteczka z imieniem, a kolo mnie np.miala usiasc, cytuje, ‘Ciocia of the Bride’. Poza tym kazdy dostal wymyslne pudelko z ‘wedding favors’ – w naszym przypadku byly to roznokolorowe cukierki. Wsrod gosci krazyla ksiega z zyczeniami i maz kuzynki, u ktorego mozna bylo obstawiac, ile czasu beda trwac przemowienia (ja dalam im 13 minut, rekordzista ponoc zaryzykowal z 70).
Po obiedzie (zupa, drugie danie, lody i sery) nastapily przemowy. Pierwsza, niezapowiedziana, byla w wykonaniu babci, ktora wspominala swoje malzenstwo. Drugi w kolejnosci byl tata Panny Mlodej. Najpierw zaznaczyl, ze cala impreza nie odbylaby sie, gdyby nie pomoc swiadkowej, cioci (of the bride) i jego karty kredytowej. Natomiast najbardziej wszystkich rozbawil przypominajac, jak to jego corka wykazala sie kiedys ogromna sila przekonywania i po tygodniu stali sie z ciocia dumnymi wlascicielami jej ukochanego psa. Nie wiedzial wczesniej, co bedzie odczytywane przed przysiega, ale jak tylko uslyszal porownanie zakochania sie do posiadania psa, zaczal sie zastanawiac, co w takim razie stanie sie wkrotce z jego swiezo upieczonym zieciem i czy juz maja dla niego szykowac miejsce w domu ;-) Nastepne bylo przemowienie Pana Mlodego, ktory podziekowal gosciom za przybycie i swiadka, ktorego ja osobiscie nie zrozumialam, bo – jak mi pozniej wytlumaczono – mowil w dialekcie Barnsley i rodowici Anglicy tez mieli problemy.
Lacznie przemowienia trwaly 26 minut i 36 suekund (wygrala osoba, ktora obstawila 26 i pol minuty).
No a potem byly juz tylko tance i picie do 1 w nocy.
Nastepnego dnia, kiedy powoli dochodzilismy do siebie po calej zabawie, dowiedzielismy sie, ze ciocia z wujkiem wykupili ubezpieczenie slubne na wypadek jakby zdjecia robione przez fotografa nie wyszly. W takiej sytuacji ubezpieczenie pokryloby koszt przygotowania powtorki imprezy i dodatkowej sesji zdjeciowej!!! I znowu by sie trzeba bylo upic… ;-)
Jako ze z wesela wszyscy glownie zapamietaja watek o psie, wklejam jeszcze ponizej odczytany w trakcie uroczystosci wiersz:
Falling in love is like owning a dog
by Taylor Mali
First of all, it's a big responsibility,
especially in a city like New York.
So think long and hard before deciding on love.
On the other hand, love gives you a sense of security:
when you're walking down the street late at night
and you have a leash on love
ain't no one going to mess with you.
Because crooks and muggers think love is unpredictable.
Who knows what love could do in its own defense?
On cold winter nights, love is warm.
It lies between you and lives and breathes
and makes funny noises.
Love wakes you up all hours of the night with its needs.
It needs to be fed so it will grow and stay healthy.
Love doesn't like being left alone for long.
But come home and love is always happy to see you.
It may break a few things accidentally in its passion for life,
but you can never be mad at love for long.
Is love good all the time? No! No!
Love can be bad. Bad, love, bad! Very bad love.
Love makes messes.
Love leaves you little surprises here and there.
Love needs lots of cleaning up after.
Sometimes you just want to get love fixed.
Sometimes you want to roll up a piece of newspaper
and swat love on the nose,
not so much to cause pain,
just to let love know Don't you ever do that again!
Sometimes love just wants to go for a nice long walk.
Because love loves exercise.
It runs you around the block and leaves you panting.
It pulls you in several different directions at once,
or winds around and around you
until you're all wound up and can't move.
But love makes you meet people wherever you go.
People who have nothing in common but love
stop and talk to each other on the street.
Throw things away and love will bring them back,
again, and again, and again.
But most of all, love needs love, lots of it.
And in return, love loves you and never stops.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz