... czyli o gustach sie nie dyskutuje.
Bylam dzis na konwersacjach w Maison de la Francité. W pieknych pokojach (ktore mialy czasy swietnosci dawno za soba, ale nadal robily wrazenie), z freskiem na suficie, siedzielismy przy ogrodowych stolach na skladanych plastikowych krzeslach ;-) Ale przeciez nie o wystroj wnetrz tu chodzilo, tylko o dalszy rozwoj mojego francuskiego.
Konwersacje zapowiadaly sie znakomicie, bo przy moim stole siedzial tylko facet o pochodzeniu kanadyjsko-chinskim i osoba prowadzaca (stolow byly 4 i malo osob sie stawilo, wiec mielismy doskonala okazje sobie porozmawiac). Tyle, ze mi co rusz argumentow brakowalo. Moj wspolrozmowca stwierdzil m.in., ze w Brukseli najbardziej lubi... pogode (bo nie ma zadnych tajfunow, cyklonow i trzesien ziemi). Z kolei Belgijka, co z nami siedziala i prowadzila spotkanie, byla w Polsce pare miesiecy w latach 80tych, zwiedzala Krakow, Zakopane, Wroclaw i pare innych miast i od tego czasu jest pelna zachwytu dla... komunizmu - bo takiego dostepu do kultury, tanich biletow do kin, teatrow, to ona nigdy nigdzie indziej nie widziala.
No coz, mam tylko nadzieje, ze nastepnym razem trafie do innego stolika... ;-)
czwartek, 4 września 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz