Wraz ze zblizaniem sie 1 wrzesnia na naszych spotkaniach przy lunchu zaczely przewazac tematy szkolno-wychowawcze. Wszystkie dzieci Epsow zostaly przywiezione spowrotem do Brukseli, wyprawki zakupione (np.dla pierwszakow oprocz podrecznikow i lektur obowiazkowych nalezy przygotowac bibule krepe w 8 kolorach, klej typu wikol do klejenia muszelek, 3 rodzaje pedzli, farby, szpulke nici zwyklych i typu kordonek, patyczki do liczenia - co w razie potrzeby mozna zastapic patyczkami kosmetycznymi pofarbowanymi lakierem do paznokci ;-)). Zajelismy sie zatem omawianiem problemow wychowawczych, obcych rodzicom wychowujacym dzieci w Polsce, a dla nas wazkich i trudnych do rozwiazania.
Dzieci urzednikow maja prawo do uczeszczania do szkoly europejskiej, sekcji polskiej. Wczesniej jednak posylane sa do tutejszych zlobkow i przedszkoli, gdzie niekoniecznie ucza sie jezyka ojczystego. I mamy juz przypadki, ze maluchy, wrociwszy z przedszkola, zaczynaja spiskowac przeciwko rodzicom... po francusku. A nawet jak nie kombinuja niczego po kryjomu, to bawiac sie ze soba w obcym jezyku tez nie sa muzyka dla rodzicielskich uszu. Kolezanka na kursie jezykowym sie zalila, ze jej 3letnia corka regularnie ja wysmiewa, jak zaczyna mowic po niderlandzku, bo maly brzdac doskonale slyszy wszelkie bledy w wymowie. Jakkolwiek doceniamy fakt, ze dzieci beda kiedys dwujezyczne, to w chwili obecnej jedynym wyjsciem jest poslac jedno do przedszkola francusko-, a drugie do flamandzkojezycznego i sie wtedy w domu w zyciu nie dogadaja w mowie innej niz polska!
Drugi problem wystepuje w malzenstwach mieszanych, bo przed pojsciem do szkoly dzieci musza zdac test ze znajomosci jezyka. I jak w domu mowi sie glownie po francusku, a jeden z rodzicow uprze sie na sekcje polska, to moze byc klopot. Stad sa plany wysylania dzieci na pare miesiecy przed rozpoczeciem oficjalnej edukacji do dziadkow w kraju na przyuczenie (korepetycje) lub tez na nasza liste mailingowa wkrotce zaczna przychodzic prosby o podzielenie sie pytaniami z testow dla pieciolatkow (w sumie to wazniejszy egzamin niz matura, bo jego oblanie wplynie nie tylko na wybor wyzszej uczelni, ale na CALA edukacje i ksztaltowanie sie swiatopogladu dziecka - jeszcze zamiast Mickiewicza bedzie musialo jakiegos Moliera czytac!).
Juz wkrotce zaczna sie dyskusje o rozwiazaniach prac domowych (np.skad wziac w BXLi lyzeczke aluminiowa do zrobienia eksperymentu z przyrody) czy dumne opowiesci rodzicow o sukcesach ich dzieci (np.najlepszy projekt okladki ksiazki o Sindbadzie Zeglarzu, w ktorym wykorzystane zostalo jedno zdjecie z kalendarza pelnego niekompletnie ubranych panow).
Do tego dojdzie nasze uwstecznianie sie w kwestii ortografii i skladni, bo jak sie czlowiek caly dzien napatrzy na teksty bez polskich znakow, to potem robi coraz wiecej 'blenduf'.
Oj, oby do nastepnych wakacji...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz