czwartek, 7 maja 2009

Przed 7 czerwca



Za miesiac odbeda sie wybory do Parlamentu Europejskiego. Ja juz sie zarejestrowalam w Konsulacie i bede tam mogla zaglosowac na polskich kandydatow. Jako alternatywa przysluguje nam wybor belgijskich europarlamentarzystow, ale primo: jakbym sie wpisala na liste, to za ewentualna nieobecnosc (zawsze cos moze wypasc w ostatniej chwili) placilabym kare, secundo: polskich politykow znam jednak lepiej niz tutejszych, tertio: bede miec poczucie spelnienia obywatelskiego obowiazku wobec kraju.

Frekwencja zapowiada sie niestety bardzo niska i na rozne sposoby probuje sie zachecic wyborcow do udzialu. Jednym z pomyslow jest Pepek Europy czy rozne kwestionariusze pomagajace w wyborze.

To bedzie juz moje drugie glosowanie w Brukseli. Dwa lata temu bralam udzial w wyborach do parlamentu. Pamietam, ze pobieglam tam rano, jeszcze przed msza, zeby uniknac kolejek. Pozniej planowalismy wycieczke do ogrodu botanicznego i zbiorke wyznaczylismy w konsulacie. Dzien byl sloneczy acz chlodny, wiec znajomi po oddaniu glosu usiedli przy stoliku w srodku budynku, wyciagneli butelki z piciem i mapy i kiedy prowadzili ozywiona dyskusje, przyszla telewizja. Smiejemy sie, ze nakrecili ich siedzacych w tych butach trekkingowych i z prowiantem i skomentowali, ze ludzie przybywali do Brukseli z calej Belgii bez wzgledu na koszty i odleglosc ;-)

U nas znowu bedzie pospolite ruszenie i tlumy przed miejscem glosowania. Za miesiac zobaczymy jaki bedzie wynik.

środa, 6 maja 2009

Czytaj ksiazki, a nie blogi


Na to haslo natknelam sie w internecie. Bo czytanie blogow jest jak ogladanie w telewizji programow o zdrowiu zachecajacych do uprawiania sportu na swiezym powietrzu. Czy jak produkt czekoladopodobny. Ale z drugiej strony, skoro ksiazki czytam, najchetniej po polsku, z wielkim zapalem i upodobaniem, to taka odmiana w postaci krotkich zapiskow i podgladania, co robia inni, tez jest przyjemna. A poza tym teraz jest moda na wydawanie ksiazek-pamietnikow - patrz 'Jak trwoga, to do bloga' Magdy Umer i Andrzeja Poniedzielskiego czy zapowiedz wydania zapiskow Moja Francja Patrycji Todo i nie uwazam, ze czytane w internecie maja mniejsza wartosc niz wydane w formie papierowej.

Dawniej mnostwo radosci mialam z pisania i dostawania dlugich listow. Prym wiodla moja kuzynka z Bydgoszczy i ostatnio odnalazlam nasza korespondencje z czasow podstawowki. I usmialam sie do lez wspominajac, jakie bylysmy glupiutkie:

Nieraz nie moge pojac, ze mam juz 15 lat - polowe trzydziestki. (...) Lata leca, niedlugo my dwie staruchy dobijemy do piecdziesiatki i bedziemy wspominac stare dobre czasy.

Teraz listow nikt juz nie wysyla. W skrzynce pocztowej znajduje glownie rachunki, reklamy i czasem codziennosc urozmaicaja tylko kolorowe kartki z pozdrowieniami. Ja sama odwyklam od trzymania dlugopisu, na dluzsza mete pisanie reczne mnie meczy i wole sobie klikac w klawiature. I choc blog listu nigdy nie zastapi, nie ma juz tego niecierpliwego rozrywania koperty i milego szelestu papieru, to dzieki internetowi wiadomosci plyna regularnie, z roznych zakatkow swiata. Teraz wiem, jak ostra jest zima w Kanadzie, jak pieknie kwitna czeresnie w Lionie i jak mijaja swieta na obczyznie. A moje klikanie zastepuje wysylanie mailii o tej samej tresci do grona znajomych.

Blogi nie sa takie zle...

A ksiazki? Ksiazki i tak lubie najbardziej!!!

wtorek, 5 maja 2009

Majowi goscie

Pierwszego maja piec lat temu bylam druhna na slubie znajomych. Nadal sa szczesliwym malzenstwem, zyja w zgodzie i harmonii i mam nadzieje, ze to sie nie zmieni. Pamietam, ze troche stresu bylo (badz co badz w kosciele wszyscy widza plecy swiadkow, a nie Mlodej Pary) i na oficjalnych dokumentach tak niewyraznie sie podpisalam, ze gdyby nie zdjecia, w zyciu nikt by nie uwierzyl, ze to o mnie chodzi. Dzien ten obfitowal w doniosle wydarzenia, bo wtedy tez Polska weszla do UE. Moj konkurs EPSO byl w toku, ale ze znalezieniem pracy nie wiazalam jeszcze zadnych planow (co najwyzej cicha nadzieje). Jakies dwa miesiace pozniej przyjechalam do Brukseli na egzamin ustny i chcialam jak najwiecej zobaczyc, bo sie balam, ze moze tu juz nigdy wiecej nie bede miala okazji wrocic ;-)

1 maja w tym roku przyjechalo do mnie wujostwo z kuzynem z Anglii (jest to troche dyskryminujace okreslenie, bo tak naprawde moja krewna jest ciocia). W ramach przygotowan wysprzatalam mieszkanie na blysk, obsadzilam wszystkie doniczki na balkonie pelargoniami, bratkami i margaretkami, przygotowalam fure jedzenia (z polskimi zupami, ciasteczkami wlasnej roboty i sernikiem wlacznie), po czym oddalam gosciom moje domostwo i sie przeprowadzilam do kolezanki. W efekcie czuli sie jak u siebie w domu, a ja – jak na wakacjach (dnie spedzalismy razem i rozdzielalismy sie tylko na noce). A w dodatku mielismy co dzien na sniadanie swieze pieczywo, ktore kupowalam w drodze do domu.

Gosciom sie podobalo, zarowno moje mieszkanie, jak i okolica. Co prawda wciaz ze mne zartowali, ze tlumy Arabow siedzacy w okolicznych knajpach co rusz do mnie machaja. W dodatku moj balkon, acz niewielkich rozmarow, wzbudzil w nich mnostwo emocji i wujek kilkakrotnie zapowiadal, ze wychodzi ‘do ogrodu’ zaczerpnac ‘swiezego powietrza’ (w zderzeniu z rzeczywistoscia oba okreslenia wskazuja na nasza wielka wyobraznie). Teraz sie smiejemy, ze moge zapraszac kolejnych krewnych czy znajomych na wczasy agroturyczne w mojej kamienicy ;-)

Przy okazji mialam wyzwanie trzydniowego powrotu do angielskiego. Jezyk, ktorego uzywam na codzien, to raczej Euro-English i dotarla do mnie smutna prawda, ze ten tradycyjny angielski, ktory mialam opanowany na dosc dobrym poziomie w momencie mojego przyjazdu do Brukseli, odchodzi powoli w zapomnienie. Co jakis czas wtracam slowa po francusku czy niderlandzku (tor kolejowy to dla mnie spoor tudziez voie a nie track, wieza to tour a nie tower) albo zdradzalam duze zdolnosci slowotworcze. Ludzie mieszkajacy w Brukseli swietnie te moje gadki rozumieja, ale z Brytyjczykami juz jest gorzej. Moze juz czas sie wziac za francuski, ktory przeciez moge sobie szlifowac tu do woli...

Przy okazji sie pochwale, ze w miniona srode po raz pierwszy wykorzystalam moj abonament kinowy (ktory mam od pol roku) na film calkowicie w tym jezyku – ‘Coco avant Channel’. Z rozumieniem bylo roznie, czasem wspomagalam sie napisami po niderlandzku, ale najwazniejsze watki zalapalam. Mam nadzieje, ze jest to dobry poczatek zapoznawania sie z rozszerzonym repertuarem.

Wczesniej mialam jeszcze podejscie do innej francuskiej produkcji ‘Welcome’ (swietny film). Opowiada o uchodzcy z Kurdystanu, ktory chce sie za wszelka cene dostac do Anglii - dotarl juz do Calais i nie mogac skorzystac z legalnego przejazdu przez kanal probuje przeplynac wplaw. Pokazane byly straszne warunki w jakich zyja imigranci czekajacy tylko na okazje, zeby przedostac sie do Dover (kiedy moja rodzinka sprawnie przekroczyla ten dystans w pociagu jadacym tunelem, setki ludzie przyplacaja ta podroz zyciem). Niestety poslugiwano sie glownie jezykami z Bliskiego Wschodu (wtedy czytalam fr napisy), angielskim (nadal czytalam, bo czasem mieli kiepski akcent) i tylko chwilami przechodzili na francuski (wtedy z przyzwyczajenia zaczynalam czytac napisy niderlandzkie), wiec sluchowo-jezykowo sie nie rozwinelam, ale film dal mi do myslenia (choc nadal nie wiem, co w sytuacji uchodzcow wladze kraju powinny robic).

No nic, Anglicy po bardzo napietym planie zwiedzania sa juz u siebie w domu, a ja wlasnie nabylam bilet na Eurostara na wycieczke do Londynu. Ale tym razem podrozuje ze znajomymi i bedziemy rozmawiac w moim ulubionym jezyku polskim ;-)

wtorek, 28 kwietnia 2009

Swieto wiosny

To juz chyba bedzie ostatni wpis w wiosennej serii, bo o niczym innym nie pisze od 2 miesiecy ;-) Ale wlasnie robilam porzadki na przyjazd gosci na 1 maja i z braku nagran Szymanowskiego puscilam sobie ‘Le Sacre du printemps’ jego rowiesnika Igora Strawinskiego (plytke kupilam na przecenie za cale 2 eur w Niemczech, a rok temu bylam na balecie ku pamieci Maurice Bejart'a). Rewelacja.

Utwor jest o zaklinaniu ziemi, zeby polozyc kres zimie. Aby odrodzilo sie zycie, konieczne jest zlozenie ofiary z czlowieka i po pierwszej spokojnej czesci o przebudzeniu nastepuje rytualny obrzed. Prapremiera w Paryzu w 1913 roku byla jednym z najwiekszych skandali w historii muzyki. Barbarzynska tradycje przedstawiono rownie dzikim tancem. Trzeba bylo zrezygnowac z elementow klasycznych i na scene wyskoczyly dziesiatki ociezalych tancerzy, co nie miescilo sie w glowach owczesnym Paryzanom.

Jakis czas temu do ‘Przekroju’ dolaczono film dokumentalny ‘Rytm to jest to!’ o tym, jak w przemyslowej dzielnicy Berlina profesjonalni muzycy i choreograf z asystentami przygotowywali wystep w ktorym wzielo udzial 250 uczniow, takiej ‘trudnej mlodziezy’. Z poczatku nieufni i pelni watpliwosci, dzieki muzyce Strawinskiego odkrywaja w sobie pasje, o ktora sie nie podejrzewali, a przy okazji ucza sie pracowitosci i wytrwalosci. Wspolnie odtanczyli wlasnie 'Swieto wiosny'. Swietny film, polecam kazdemu.

I tak to wysoka kultura trafia do mas i zamiast budzic emocje na salach koncertowych sluzy jako podklad muzyczny do mycia okien ;-)

Dla zainteresowanych link z baletu:

http://www.youtube.com/watch?v=UZL4PsV0eh0


PS Kiedy spacerowalam w Justynowie z mala coreczka sasiadow, w pewnym momencie zaczela sobie podspiewywac ‘O sole mio!’. Skoro drobna dziewczynka, wazaca 12 kg, parodiuje Pavarottiego, to rownie dobrze ja stojac na krzesle moge udawac baletnice! Choc tematycznie chyba lepiej by pasowalo ‘Wyginam smialo cialo', zwlaszcza ze najpierw w pracy na czworakach wychodzilam z okna patrzec na protestujacych studentow, a w domu okazalo sie, ze brakuje mi kilku centymetrow, zebym sama mogla zdjac zaslony i wspinalam sie na skomplikowana konstrukcje z dywanu, ksiazek, drabiny i poduszki. Dzis zatem jestem Epska-Akrobatka. Na szczescie obylo sie bez zadnych szkod ;-)

sobota, 25 kwietnia 2009

Mity

Wlasnie wrocilam z wspanialego koncertu najprzystojniejszego polskiego pianisty Piotra Anderszewskiego (ktoremu urosl niestety brzuszek i troszke stracil na atrakcyjnosci) i skrzypka F.P.Zimmermanna. Siedzielismy w pierwszym rzedzie, wiec dokladnie widzielismy jak wioliniscie sypal sie smyczek (wlosie co rusz sie urywalo) i zauwazalismy gapiostwo przekladacza stron pianiscie (mial czarujacy usmiech i wychodzil z artystami po brawa, ale prace pewnie straci - stwiedzilam, ze nastepnym razem moglabym go zastapic, nawet jako wolontariuszka ;-). Natomiast koncert byl wspanialy i pierwszy raz spotkalam sie z 'Mitami' Szymanowskiego. Zaczynaja sie 'Zrodlem Aretuzy' i jak sie wsluchalam, to oczyma wyobrazni widzialam nasz dzisiejszy spacer po Bois de Hal. Gdyby ktos chcial zrobic film o endymionach, to mialby doskonaly podklad muzyczny. Nastepne czesci utworu to 'Narcyz' i 'Driady i Pan', w ktorych przez moment mielismy wrazenie, ze slyszymy trabki i hejnal z wiezy Mariackiej (tylko w wykonaniu fortepianu i skrzypiec, wiec dokladnie nie wiem, jak to zrobili).

A z wycieczka bylo tak:

Pojechalismy pociagiem do Lembeek (ok.20 km od centrum BXLi) i nastepnie 45 minut szlismy pieszo do lasu. Wszysycy znajomi sie upierali, ze nie da sie do niego dotrzec od transportu publicznego, wiec wlasnie dzis udowodnilam, ze sie myla. Trasa byla piekna, bo miejsowosc okazala sie bardzo malownicza. Domki i ogrodki byly zadbane jak w Holandii

Czasem mijalismy niemal polskie krajobrazy

Chwilami widok byl bardziej egzotyczny

Natomiast las zapieral dech w piersiach. Caly wszerz i wzdluz byl pokryty niebieskimi drobnymi kwiatami, a w okolicy unosil sie delikatny miodowy zapach. Chodzilismy po nim okolo godziny i takie widoki nas nie opuszczaly



Endymion zwisly z bliska wyglada tak

Oprocz nas w lesie pelno bylo amatorow wedrowek i biegaczy. Doskonale oznaczono trasy piesze (choc i tak poszlismy inaczej) i szlak 'joggingu hiacyntowego'

Kwiaty te niestety kwitna bardzo krotko i za tydzien pewnie nie bedzie juz po nich sladu.

A wracajac do mitow, niekoniecznie wg Szymanowskiego, jeszcze dwie ciekawostki z wikipedii:

Endymion (gr. Ἐνδυμίων) – w mitologii greckiej młody pasterz, w którym zakochała się Selene (uwazana za personifikacje Ksiezyca). Obdarzony przez Zeusa wieczną młodością i zarazem wiecznym snem, spoczywa w grocie góry Latmos, co noc odwiedzany przez niepotrafiącą go dobudzić Selene. Jest symbolem piękna i spokoju śmierci, delikatnej urody młodzieńczej oraz wieczystego snu.

Hiakintos lub Hiacynt - w mitologii greckiej piękny młodzieniec, ulubieniec Apolla, który upodobał go sobie i nauczał strzelania z łuku oraz grania na cytrze. Zefir z zazdrości tak skierował rzucony dysk, że zranił śmiertelnie Hiakintosa, a z krwi zmarłego wyrósł kwiat zwany dziś hiacyntem.

środa, 22 kwietnia 2009

Belgijskie koleje i plany na przyszlosc

Musze przyznac, ze Belgowie mnie bardzo mile zaskoczyli. Kiedy jechalysmy do Keukenhofu (parku z tulipanami), na skutek bledu systemu nie sprzedano nam w kasie na brukselskim dworcu kolejowym znizkowego biletu weekendowego. Za przejazd musialysmy zaplacic u konduktora i bilet powrotny kupic w Holandii, co nas kosztowalo prawie 2 razy drozej. Napisalysmy odwolanie i dzis dostalysmy list z przeprosinami i zapowiedz zwrotu roznicy w cenie. Moja sympatia do SNCB/NMBS rosnie w oczach.

Nastepna wycieczke pociagiem planuje juz w sobote do Bois de Hal, gdzie poszycie lasu pokryte jest niebieskimi kwiatkami. Kwitna tylko kilka tygodni w roku, w poniedzialek na stronie RTBF ukazal sie artykul o tak donioslym wydarzeniu i w najblizszy weekend mamy ostatnia szanse zobaczyc to cudo. Po francusku te roslinki zwa sie jacinthe des bois, po angielsku Common Bluebell , ich lacinska nazwa brzmi hyacinthoides non-scripta. Dlugo szukalam polskiego tlumaczenia i okazalo sie, ze nie jest to zaden hiacynt, a… endymion zwisly ;-) Fotki juz wkrotce.


A tymczasem wrzucam moj widok z okna w pracy (zdjecie z dzis)

Przy kazdym powiewie wiatru na chodnik spada deszcz rozowych platkow

Znacznie trwalsze sa kasztanowce


Oraz bez i tulipany


Oprocz kwiecia wszedzie pelno jest entuzjastow biegania

A jeszcze miesiac temu park wygladal tak.

Dzis na lunch kupilysmy jedzenie na wynos i wyszlysmy 'na zielona trawke' troche sie dotlenic i podzielic wrazeniami po urlopach. I kiedy opowiadalam o moich zajeciach z ostaniego tygodnia stwierdzilysmy, ze jakby tak kupic mieszkania w jednym budynku, to kazdy moglby robic co lubi. Ja bym pielila i dbala o kwiatki w ogrodku (wzglednie moglabym piec ciasta), jedna kolezanka – gotowala, inna by byla odpowiedzialna za transport i logistyke. Panow juz widzialysmy oczami wyobrazni w roli ‘zlotej raczki’ i managera ds.kulturalnych. A budynek bysmy ozdobili barokowymi aniolkami. I wokol rozbrzmiewalyby dzwieki lutni. Tudziez pianina. Sielanka po prostu. I z ta wizja trzeba bylo wrocic po lunchu do pracy.

Ta wiosna nam w glowach przewraca!

Trzech Francuzow na polskim weselu...

W miniony weekend bylam w Lodzi na weselu u znajomych. Zaproszono na nie rowniez paru Francuzow, kolo ktorych zostalam posadzona i ktorym ze szczegolami przedstawialam polskie tradycje i zwyczaje slubne. I kiedy zblizala sie polnoc i oczepiny, trzech kolegow zabralo obuwie nowozencom, ale zostal jeszcze jeden but Panu Mlodemu, po ktorego nikt sie nie zglosil, wiec wyslalam moich sasiadow. Poszli razem, wrocili z butem mocno rozczarowali, ze go oddal tak bez klotni i bijatyk i niecierpliwie czekali na dalszy rozwoj akcji.

Po polnocy nastapilo wykupywanie butow. Para Mloda placila za nie butelkami wodki, ale ich chwilowi wlasciciele za alkohol musieli jeszcze cos zrobic - zatanczyc, zaspiewac, powiedziec wiersz itp. Francuzi przyjeli to z pokora. Jeden uciekl, dwaj najodwazniejsi staneli na srodku, ustawili mikrofon i zaspiewali:

Mon père était vétérinaire
il soufflait dans le derrière des chevaux
avec un petite tube en verre
afin de les rendre plus gros

Un jour, un cheval récalcitrant
dans l'petit tube lâcha un vent
il avala le tube en verre
il en est mort mon pauvre père

On l'emmena au cimetière
au cimetière des chevaux
et l'on écrivit sur sa pierre
on inscrivit ces quelques mots :

Ci gît mon père vétérinaire
qui soufflait dans le derrière des chevaux
avec un petite tube en verre
afin de les rendre plus gros


Poza nimi nikt tego nie rozumial, ja zalapalam tylko sam poczatek (Moj ojciec byl weterynarzem...), wszyscy radosnie bilismy brawo nie zwazajac na to, o czym zaspiewali (o tragicznej smierci ojca, ktory pracowal z konmi - generalnie piosenka jest nieprzyzwoita i zdecydowanie nieprzeznaczona na imprezy slubne ;-). Trzeba sie jednak uczyc tych jezykow obcych!

Przed oczepinami mielismy jeszcze dyskusje o wieczorach paniensko-kawalerskich. Jeden z Francuzow byl juz po slubie (zona z dzieckiem zostali w Danii) i opowiadal jak jego znajomi chcieli mu urzadzic przyjecie-niespodzianke. Odpowiednio wczesniej kolega zadzwonil do niego z zaskakujaca propozycja wspolnych zakupow, co bylo tak dziwne, ze od razu sie domyslil o co chodzi. Wzial zatem dzien wolnego z pracy i sam przygotowal im niespodzianke. W sobote rano wyslal do wszystkich SMSy z wiadomoscia, ze zostal porwany i co musza zrobic, zeby go odnalezc. Najpierw mieli sie udac do sex-shopu i od uprzedzonego wczesniej sprzedawcy dostali kartke z instrukcja, zeby kupic 10 roz. Kwiaciarka miala dla nich kolejna wskazowke - jeden z kolegow musi te kwiaty wreczyc sprzedawczyni w domu handlowym przy konkretnym stoisku. Ponoc pracowala tam bardzo urodziwa mloda dziewczyna i delikwent mialby doskonala okazje do nawiazania znajomosci, ale sie wystraszyl i poprosil jakas kolezanke, zeby go w tym wyreczyla (stracil taka szanse!!! ;-). Za roze dostali kolejna kartke z nastepnym krokiem. I tak przez caly dzien krazyli po miescie, wszystkie zadania wykonali, aby na koniec sie dowiedziec, ze przyszly Pan Mlody caly dzien spedzil bezczynnie w domu... Zatem glowna frajda dla niego bylo pozniej sluchanie opowiesci co i jak zrobili.

Kiedys kolezanka mi opowiadala, ze byla na rownie oryginalnym dnio-wieczorze paniensko-kawalerskim. Przyszla Panne Mloda przebrano w pizamke, Pana Mlodego w stroj Supermana i pojechano do Malpiego Gaju. Wszyscy bawili sie doskonale, tylko dziewczyna szla pozniej do slubu ze szrama na plecach po linie.

W tym roku jestem zaproszona na jeszcze jedno wesele. Trzeba bedzie cos wymyslic... ;-)