piątek, 15 maja 2009

Chcieliscie Polski, no to ja macie!

O 20 latach demokracji glosno i w Polsce i w Brukseli. Juz tydzien temu mialam okazje obejrzec w kinie pamiatkowy filmik o rocznicy:



Spot glownie wspomina obalenie muru berlinskiego, a nie 4 czerwca w Polsce, ale w takim szerszym kontekcie robi chyba wieksze wrazenie. A choc niemiecka rocznica najbardziej przemawia do przecietego Europejczyka, to nic nie stoi na przeszkodzie, zeby ja wykorzystac do naszych potrzeb nawiazania do polskiej historii.

I kiedy w Gdansku zapowiadane sa protesty, a uroczyste obchody przeniesiono do Krakowa, Epsy urzadzily burze mozgow i od tygodni przeganiaja sie z pomyslami, jak na obczyznie uczcic polska 20ta rocznice pierwszych wolnych wyborow za zelazna kurtyna. Poki co, wszystkie wydarzenia sa scisle strzezona tajemnica organizatorow, wiec o docierajacych do mnie przeciekach i plotkach pisac nie bede (sekret to sekret). W kazdym razie ma byc i o wyborach i ich wplywie na mur w Berlinie.

Rownoczesnie w 'Gazecie Wyborczej' znalezlismy artykul o kosmitach z Brodna, ktorzy przyleca robic nam konkurencje ;-) Wiesci o przebierancach troche nas popchnely do dzialania i dzis sie ustawialismy w ksztalcie cyfry 20, ktora pozniej zostanie nalozona na bialo-czerwone tlo i wydrukowana na plakatach. Wstepnie zglosilo sie jakies 70 osob, przyszlo nas dwa razy wiecej, a do tego niespodziewanie pogoda dopisala (choc po wczorajszych ulewach obawy nas nie opuszczaly). Atmosfera rowniez byla bardzo przyjazna - pracownicy stolowek dzis strajkuja, wiec zamiast w czasie lunchu siedziec samotnie w biurze i konsumowac kanapki milo bylo wyjsc do parku i generalnie mielismy duzo zabawy. I szczescia, bo ledwie skonczylismy, znowu zaczelo lac jak z cebra (jedyny plus to ta jaskrawo zielona trawa dzieki regularnym opadom atmosferycznym). Na ostateczna wersje zdjecia trzeba bedzie jeszcze poczekac. Tymczasem dokladnie dwie godziny pozniej zaczely sie ukazywac artykuly w prasie http://www.rp.pl/artykul/2,305918.html i informacje w telewizji http://www.tvn24.pl/12691,1600443,0,1,symbol-sympatyczny-jak-papier-toaletowy,wiadomosc.html

No coz, kazdy orze jak moze, swietnie, ze jest tyle roznych inicjatyw, choc szczerze mowiac niektore pomysly (patrz ufoludki) sa nieco ksiezycowe i odjechane. Ale chyba na tym polega demokracja... Skumbrie w tomacie, pstrag ;-)


Raz do gazety "Słowo Niebieskie"
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
przyszedł maluśki staruszek z pieskiem.
(skumbrie w tomacie pstrąg)

- Kto pan jest, mów pan, choć pod sekretem!
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
- Ja jestem król Władysław Łokietek.
(skumbrie w tomacie pstrąg)

Siedziałem - mówi - długo w tej grocie,
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
dłużej nie mogę... skumbrie w tomacie!
(skumbrie w tomacie pstrąg)

Zaraza rośnie świątek i piątek.
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Idę w Polskę robić porządek.
(skumbrie w tomacie pstrąg)

Na to naczelny kichnął redaktor
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
i po namyśle powiada: - Jak to?
(skumbrie w tomacie pstrąg)

Chce pan naprawić błędy systemu?
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Był tu już taki dziesięć lat temu.
(skumbrie w tomacie pstrąg)

Także szlachetny. Strzelał. Nie wyszło.
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie_
Krew się polała, a potem wyschło.
(skumbrie w tomacie pstrąg)

- Ach, co pan mówi? -jęknął Łokietek;
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
łzami w redakcji zalał serwetę.
(skumbrie w tomacie pstrąg)

- Znaczy się, muszę wracać do groty,
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
czyli że pocierp, mój Władku złoty!
(skumbrie w tomacie pstrąg)

Skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie!
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Chcieliście Polski, no to ją macie!
(skumbrie w tomacie pstrąg)


Konstanty Ildefons Gałczyński
1936

wtorek, 12 maja 2009

Poligloci - patrioci

Mali potomkowie urzednikow maja prawo uczeszczania do Szkoly Europejskiej, ktora ma sekcje wszystkich krajow unijnych, w tym polska. Najzapobiegliwsi rodzicie, ktorzy juz od malego chca zapewnic dobry start i doskonale wyksztalcenie swojemu potomstwu, czasem staraja sie przeforsowac przyjecie malucha do sekcji francuskiej czy angielskiej, co sie generalnie spotyka z ogolna krytyka. Bo Polacy nie gesi i polskiego sie uczyc powinni, mimo ze dzieci od poczatku w przedszkolu lapia glownie obca mowe i z ta ich znajomoscia jezyka ojczystego bywa roznie.

Mam kolezanke, ktorej rodzice sa Polakami, ale ona i jej rodzenstwo urodzili sie w Belgii. W domu zawsze uzywano tylko polskiego, ale dzieciaki chodzac do tutejszej szkoly z czasem miedzy soba zaczely mowic po francusku. Powod? Rodzice uczyli ich tylko grzecznego poprawnego jezyka i pokazywanie emocji tudziez wtracanie przeklenstw bylo mozliwe tylko po francusku. Teraz pracuje jako opiekunka na obozach dla dzieci pochodzenia polskiego mieszkajacych w Belgii. I ponoc nie ma reguly, jak najlepiej nauczyc jezyka. Czasem oboje rodzice sa Polakami, a dzieciaki nie potrafia poprawnie sklecic zdania; czasem jezyka polskiego uzywa jedynie babcia, a maluch sypie wierszykami i piosenkami jak z rekawa. Jedno jest pewne – niezaleznie od wieku, znajomosc jezyka nie przychodzi sama. Albo dzieciaki cwicza go w przedszkolu czy szkole ze znajomymi, albo trzeba porzadnie przysiasc do tego w domu.

Opowiadala jeszcze historie swojego francuskojezycznego szwagra. Potocznie nazywaja go Pierrot (litera ‘t’ na koncu jest niema) i kiedy podczas rodzinnej uroczystosci wszyscy mowia po polsku, on stara sie przynajmniej wylapac, kiedy zaczynaja go obgadywac. I ponoc bardzo zywo reaguje, jak ktos powie ‘Dopiero co usiedlismy’, ‘Poprosze pierogi’ itp.

Pamietam tez historie jednego znajomego z Bialorusi – przyznal, ze polskiego uczyla go tylko babcia i przez dluzszy czas wogole nie wiedzial, ze to inny jezyk – zawsze sadzil, ze ludzie na wsi, w starszym wieku, po prostu dziwnie mowia po rosyjsku ;-)

No nic, ja szansy na bycie osoba dwujezyczna nie mialam, a polski zawsze pozostanie jako moj ulubiony jezyk. I kiedy wczoraj sie dowiedzialam, ze do mojego pakietu telewizyjnego dolaczono TV Polonie, wpadlam w zachwyt. Juz sobie wyobrazalam te deszczowe wieczory spedzane na delektowaniu sie mowa ojczysta nie z plyty DVD, a bezposrednio z telewizora. Poza tym ucieszylam sie, ze moze wreszcie pieniadze, ktore place za TV nie beda wyrzucane w bloto (ja nawet sama nie zauwazylam tego dodatkowego kanalu, tylko dowiedzialam sie o nim od kolegi). W pierwszej kolejnosci zabralam sie do wnikliwego przestudiowania programu telewizyjnego. I kicha. Niestety oferta programowa zupelnie nie przystaje do moich potrzeb. Nie jestem az taka desperatka, zeby zaczynac ogladac serial ‘Klan’ od odcinka 1670 czy ‘Plebanie’ odc.1291. ‘Na dobre i na zle’ jest w piatki, kiedy mam probe choru, a powtorki o 2.25 w nocy czy w sobotnie poludnia o 13.10, kiedy zwykle jestem na wycieczkach, nie wchodza w rachube. Czasem jest tylko niewielka szansa, ze moge trafiac na co drugi odcinek ‘M jak milosc’ (w soboty i niedziele o 18.25). A na codzien pozostaja mi jedynie ‘Wiadomosci’ jak juz sie zdarzy, ze o 19.30 bede w domu. No coz lepszy rydz niz nic.

Na poczatku roku w Gazecie Wyborczej czytalam optymistyczny artykul ‘Mniej telewizji w zyciu Polakow’ o tym, ze czas spedzany przez nas przed telewizorem po raz pierwszy spadl ponizej 4 godzin na dobe. Skad ci statystyczni rodacy w swoim grafiku maja takie ilosci wolnego czasu? Rozumiem, ze srednia zawyzaja emeryci, ale jednak gro telewidzow to ludzie w sile wieku. U mnie w porywach wychodza jakies 4 godziny tygodniowo. Zreszta jak po pracy i zakupach docieram ok. 18-19 do domu, to musialabym juz nic innego nie robic, tylko wegetowac na kanapie i wpatrywac sie w szklany ekran. A wieczory, ktore spedzam na niderlandzkim czy probie choru oznaczalyby dodatkowe 4 godziny wyrabiania normy w sobote i niedziele. Koniec z wycieczkami i czytaniem. Katastrofa. Moze lepiej, zeby moja platforma cyfrowa poprzestala na tej TV Polonia. A ja czas dalej bede tracic piszac bloga ;-)

poniedziałek, 11 maja 2009

Prezentacja

W tym semestrze na francuskim zamiast egzaminu ustnego mamy przygotowac prezentacje. Poszlam na latwizne i niczym polscy maturzysci przekopiowalam i powklejalam teksty zywcem sciagniete z internetu. Wykazalam sie jedynie dodaniem zwrotow zalecanych w tego typu wypowiedzi: 'Panowie i Panie! Milo jest mi Was powitac', 'Dziekuje za uwage', 'Chetnie odpowiem na wszelkie pytania', nie zdazylam sie tego nauczyc na pamiec, wiec dorzucilam duza doze spontanicznosci (ktora u mnie niestety idzie w parze z bledami gramatycznymi) i na zajeciach przez 20 minut opowiadalam o... kapsulach w Genval. Tematem trafilam w dziesiatke i na koniec posypaly sie liczne pytania (o cene, o dojazd, o pochodzenie kapsul - tu pomylilam NASA z NATO, ale szybko sie poprawilam, o to czy masaze sie tez odbywaja w wodzie i o przeciwskazania - na ostatnim wymieklam, bo nie wiedzialam jak powiedziec, ze niskocisnieniowcy moga zemdlec, wiec przypadek utraty przytomnosci pokazalam wizualnie). Teraz uchodze za specjalistke od 'well-being' vel 'bien-être' w grupie. A ze stresu po mnie zwykle nie widac, to byl to moj kolejny argument o korzysciach plynacych z nowoczesnych form relaksacji.

Tymczasem moj stoicki spokoj wynika glownie z doswiaczenia. Zanim przyjechalam do Brukseli bylam zatrudniona w sektorze prywatnym w duzej miedzynarodowej firmie. A ze ja zadnej pracy sie nie boje, to na wlasna prosbe oprocz wykonywania obowiazkow zwyklej ksiegowej raz w miesiacu zamienialam sie w szkoleniowca (czy wg nowoczesnej nomenklatury - trenera). Regularnie i licznie zatrudniano nowych pracownikow i ja te 'swiezynki' uczylam korzystania z programu ksiegowego. Moim zadaniem bylo zapoznanie ich z absolutnymi podstawami, ktore zgodnie z moda i obowiazujacymi trendami nie nazywaly sie po prostu 'wstepem do SAPa', lecz 'GUI i Master Data'. Tak wiec kazdy delikwent w jednym z pierwszych dni swojej pracy przychodzil na caly dzien do pracowni komputerowej, tytul szkolenia oniesmielal go od samego poczatku, a ja przedstawialam grafike programu i rozne ciekawostki z sama ksiegowoscia nie majace nic wspolnego, aczkolwiek niezbedne do sprawnego poslugiwania sie programem. Jako profesjonalistka mialam balansowac teorie z praktyka, pobudzac uczestnikow historiami mrozacymi krew w zylach (typu 'wyobrazcie sobie, ze dzwoni do Was zdenerwowany kontroler finansowy z Holandii...') i generalnie moje starania cieszyly sie duza aprobata i zainteresowaniem.

Zeby takim trenerem zostac, musialam najpierw ukonczyc specjalne szkolenie i przedstawic prezentacje, ktora byla nagrywana kamera i potem bezlitosnie komentowana przez grupe. Ja akurat mialam pecha, bo na zaliczenie dostalam temat: 'Krok marszowy w Wojsku Polskim'. Glowilam sie nad nim dlugo, ale szkolenie zrobilam popisowe, z duza iloscia danych o kacie nachylenia nogi i zakresie wymachow rekoma wzietymi z ksiezyca. I nawet dlugo gadalam. I musze przyznac, ze te abstrakcyjne zagadnienia calkiem niezle mi wychodza.

No nic, na francuskim bylam pierwsza i przez najblizsze tygodnie czeka mnie wysluchiwanie prezentacji innych. Z tego co wiem, wszyscy powybierali bardziej rzeczowe tematy. A potem pojada do Genval zrelaksowac sie w kapsulach ;-)

Ja natomiast mam przemyslec przekwalifikowanie sie na specjaliste od tworzenia wizerunku. I chyba powinnam sie zgloscic do wlascicieli kapsul z prosba o znizke.

niedziela, 10 maja 2009

Dzien Europy

9 maja 1950 r. uczyniono pierwszy krok w tworzeniu tego, co znamy dziś pod nazwą Unii Europejskiej. Tego właśnie dnia w Paryżu, w atmosferze ogarniającej całą Europę groźby trzeciej wojny światowej, Minister Spraw Zagranicznych Francji, Robert Schuman, odczytał przedstawicielom prasy międzynarodowej deklarację nawołującą Francję, Niemcy i inne państwa europejskie do połączenia produkcji węgla i stali jako "pierwszą konkretną podstawę Federacji Europejskiej".

Wczoraj obchodzilismy Dzien Europy, o ktorym wiecej mozna poczytac na stronie http://europa.eu/abc/symbols/9-may/euday_pl.htm

W Instytucjach zorganizowano dni otwarte i mozna bylo w nich uzyskac informacje o UE i dostac rozne gadzety (nawet w urzednikach budzi sie instynkt mysliwego i ruszaja na lowy po firmowe dlugopisy czy notesy). Ja sie troche kryguje i ograniczam, choc tez mam duzo zabawy, bo to jest dla mnie jedyna okazja, zeby zobaczyc miejsce, w ktorym sie spotykaja komisarze, sprobowac swoich sil jako tlumacz ustny na posiedzeniu, czy wejsc do sali obrad w Parlamencie. Wczoraj dla odmiany postawilismy na poznanie regionow z roznych czesci Europy i po parogodzinnym spacerze wrocilam z:
- mapa i swietnym przewodnikiem po Madrycie
- T-shirtem z wojewodztwa malopolskiego
- lista sciezek rowerowych i mapa wojewodztwa lodzkiego
- torbo-plecaczkiem z Komitetu Regionow
- odblaskowa kamizelka dla rowerzystow
- mapa Europy
- 3 balonami
- niebieskim misiem z unijna flaga
- kartami do gry
- notesem i paroma dlugopisami
Poza tym na miescu mialam okazje poprobowac rumunskie wino, niemieckie zelki, wloski ser i kielbaske. Lupy uwazam za bardzo udane ;-)

W tym roku Dzien Europy byl rowniez swietowany przez siec kin, ktora wyswietlala filmy ze wszystkich 27 krajow UE. Z Polski wybrano 'Serce na dloni' Zanussiego. Gdyby pochodzil z jakiegokolwiek innego kraju, stwierdzilabym ze to kompletna strata czasu. Na szczescie opinie o filmie ratowala dosc ciekawa obsada: Wojciech Mann, Stanislawa Celinska, pare mlodych aktorow jak Szyc, Dygant czy Zakoscielny oraz... Doda ;-)

Za to wlasnie sie dowiedzialam, ze Czesi w zwiazku z obchodami 20 lat demokracji tworzyli specjalna stronke filmami z Europy Centralnej. Polecam na wolna chwile.

http://www.20years.org/pl/

czwartek, 7 maja 2009

Przed 7 czerwca



Za miesiac odbeda sie wybory do Parlamentu Europejskiego. Ja juz sie zarejestrowalam w Konsulacie i bede tam mogla zaglosowac na polskich kandydatow. Jako alternatywa przysluguje nam wybor belgijskich europarlamentarzystow, ale primo: jakbym sie wpisala na liste, to za ewentualna nieobecnosc (zawsze cos moze wypasc w ostatniej chwili) placilabym kare, secundo: polskich politykow znam jednak lepiej niz tutejszych, tertio: bede miec poczucie spelnienia obywatelskiego obowiazku wobec kraju.

Frekwencja zapowiada sie niestety bardzo niska i na rozne sposoby probuje sie zachecic wyborcow do udzialu. Jednym z pomyslow jest Pepek Europy czy rozne kwestionariusze pomagajace w wyborze.

To bedzie juz moje drugie glosowanie w Brukseli. Dwa lata temu bralam udzial w wyborach do parlamentu. Pamietam, ze pobieglam tam rano, jeszcze przed msza, zeby uniknac kolejek. Pozniej planowalismy wycieczke do ogrodu botanicznego i zbiorke wyznaczylismy w konsulacie. Dzien byl sloneczy acz chlodny, wiec znajomi po oddaniu glosu usiedli przy stoliku w srodku budynku, wyciagneli butelki z piciem i mapy i kiedy prowadzili ozywiona dyskusje, przyszla telewizja. Smiejemy sie, ze nakrecili ich siedzacych w tych butach trekkingowych i z prowiantem i skomentowali, ze ludzie przybywali do Brukseli z calej Belgii bez wzgledu na koszty i odleglosc ;-)

U nas znowu bedzie pospolite ruszenie i tlumy przed miejscem glosowania. Za miesiac zobaczymy jaki bedzie wynik.

środa, 6 maja 2009

Czytaj ksiazki, a nie blogi


Na to haslo natknelam sie w internecie. Bo czytanie blogow jest jak ogladanie w telewizji programow o zdrowiu zachecajacych do uprawiania sportu na swiezym powietrzu. Czy jak produkt czekoladopodobny. Ale z drugiej strony, skoro ksiazki czytam, najchetniej po polsku, z wielkim zapalem i upodobaniem, to taka odmiana w postaci krotkich zapiskow i podgladania, co robia inni, tez jest przyjemna. A poza tym teraz jest moda na wydawanie ksiazek-pamietnikow - patrz 'Jak trwoga, to do bloga' Magdy Umer i Andrzeja Poniedzielskiego czy zapowiedz wydania zapiskow Moja Francja Patrycji Todo i nie uwazam, ze czytane w internecie maja mniejsza wartosc niz wydane w formie papierowej.

Dawniej mnostwo radosci mialam z pisania i dostawania dlugich listow. Prym wiodla moja kuzynka z Bydgoszczy i ostatnio odnalazlam nasza korespondencje z czasow podstawowki. I usmialam sie do lez wspominajac, jakie bylysmy glupiutkie:

Nieraz nie moge pojac, ze mam juz 15 lat - polowe trzydziestki. (...) Lata leca, niedlugo my dwie staruchy dobijemy do piecdziesiatki i bedziemy wspominac stare dobre czasy.

Teraz listow nikt juz nie wysyla. W skrzynce pocztowej znajduje glownie rachunki, reklamy i czasem codziennosc urozmaicaja tylko kolorowe kartki z pozdrowieniami. Ja sama odwyklam od trzymania dlugopisu, na dluzsza mete pisanie reczne mnie meczy i wole sobie klikac w klawiature. I choc blog listu nigdy nie zastapi, nie ma juz tego niecierpliwego rozrywania koperty i milego szelestu papieru, to dzieki internetowi wiadomosci plyna regularnie, z roznych zakatkow swiata. Teraz wiem, jak ostra jest zima w Kanadzie, jak pieknie kwitna czeresnie w Lionie i jak mijaja swieta na obczyznie. A moje klikanie zastepuje wysylanie mailii o tej samej tresci do grona znajomych.

Blogi nie sa takie zle...

A ksiazki? Ksiazki i tak lubie najbardziej!!!

wtorek, 5 maja 2009

Majowi goscie

Pierwszego maja piec lat temu bylam druhna na slubie znajomych. Nadal sa szczesliwym malzenstwem, zyja w zgodzie i harmonii i mam nadzieje, ze to sie nie zmieni. Pamietam, ze troche stresu bylo (badz co badz w kosciele wszyscy widza plecy swiadkow, a nie Mlodej Pary) i na oficjalnych dokumentach tak niewyraznie sie podpisalam, ze gdyby nie zdjecia, w zyciu nikt by nie uwierzyl, ze to o mnie chodzi. Dzien ten obfitowal w doniosle wydarzenia, bo wtedy tez Polska weszla do UE. Moj konkurs EPSO byl w toku, ale ze znalezieniem pracy nie wiazalam jeszcze zadnych planow (co najwyzej cicha nadzieje). Jakies dwa miesiace pozniej przyjechalam do Brukseli na egzamin ustny i chcialam jak najwiecej zobaczyc, bo sie balam, ze moze tu juz nigdy wiecej nie bede miala okazji wrocic ;-)

1 maja w tym roku przyjechalo do mnie wujostwo z kuzynem z Anglii (jest to troche dyskryminujace okreslenie, bo tak naprawde moja krewna jest ciocia). W ramach przygotowan wysprzatalam mieszkanie na blysk, obsadzilam wszystkie doniczki na balkonie pelargoniami, bratkami i margaretkami, przygotowalam fure jedzenia (z polskimi zupami, ciasteczkami wlasnej roboty i sernikiem wlacznie), po czym oddalam gosciom moje domostwo i sie przeprowadzilam do kolezanki. W efekcie czuli sie jak u siebie w domu, a ja – jak na wakacjach (dnie spedzalismy razem i rozdzielalismy sie tylko na noce). A w dodatku mielismy co dzien na sniadanie swieze pieczywo, ktore kupowalam w drodze do domu.

Gosciom sie podobalo, zarowno moje mieszkanie, jak i okolica. Co prawda wciaz ze mne zartowali, ze tlumy Arabow siedzacy w okolicznych knajpach co rusz do mnie machaja. W dodatku moj balkon, acz niewielkich rozmarow, wzbudzil w nich mnostwo emocji i wujek kilkakrotnie zapowiadal, ze wychodzi ‘do ogrodu’ zaczerpnac ‘swiezego powietrza’ (w zderzeniu z rzeczywistoscia oba okreslenia wskazuja na nasza wielka wyobraznie). Teraz sie smiejemy, ze moge zapraszac kolejnych krewnych czy znajomych na wczasy agroturyczne w mojej kamienicy ;-)

Przy okazji mialam wyzwanie trzydniowego powrotu do angielskiego. Jezyk, ktorego uzywam na codzien, to raczej Euro-English i dotarla do mnie smutna prawda, ze ten tradycyjny angielski, ktory mialam opanowany na dosc dobrym poziomie w momencie mojego przyjazdu do Brukseli, odchodzi powoli w zapomnienie. Co jakis czas wtracam slowa po francusku czy niderlandzku (tor kolejowy to dla mnie spoor tudziez voie a nie track, wieza to tour a nie tower) albo zdradzalam duze zdolnosci slowotworcze. Ludzie mieszkajacy w Brukseli swietnie te moje gadki rozumieja, ale z Brytyjczykami juz jest gorzej. Moze juz czas sie wziac za francuski, ktory przeciez moge sobie szlifowac tu do woli...

Przy okazji sie pochwale, ze w miniona srode po raz pierwszy wykorzystalam moj abonament kinowy (ktory mam od pol roku) na film calkowicie w tym jezyku – ‘Coco avant Channel’. Z rozumieniem bylo roznie, czasem wspomagalam sie napisami po niderlandzku, ale najwazniejsze watki zalapalam. Mam nadzieje, ze jest to dobry poczatek zapoznawania sie z rozszerzonym repertuarem.

Wczesniej mialam jeszcze podejscie do innej francuskiej produkcji ‘Welcome’ (swietny film). Opowiada o uchodzcy z Kurdystanu, ktory chce sie za wszelka cene dostac do Anglii - dotarl juz do Calais i nie mogac skorzystac z legalnego przejazdu przez kanal probuje przeplynac wplaw. Pokazane byly straszne warunki w jakich zyja imigranci czekajacy tylko na okazje, zeby przedostac sie do Dover (kiedy moja rodzinka sprawnie przekroczyla ten dystans w pociagu jadacym tunelem, setki ludzie przyplacaja ta podroz zyciem). Niestety poslugiwano sie glownie jezykami z Bliskiego Wschodu (wtedy czytalam fr napisy), angielskim (nadal czytalam, bo czasem mieli kiepski akcent) i tylko chwilami przechodzili na francuski (wtedy z przyzwyczajenia zaczynalam czytac napisy niderlandzkie), wiec sluchowo-jezykowo sie nie rozwinelam, ale film dal mi do myslenia (choc nadal nie wiem, co w sytuacji uchodzcow wladze kraju powinny robic).

No nic, Anglicy po bardzo napietym planie zwiedzania sa juz u siebie w domu, a ja wlasnie nabylam bilet na Eurostara na wycieczke do Londynu. Ale tym razem podrozuje ze znajomymi i bedziemy rozmawiac w moim ulubionym jezyku polskim ;-)