środa, 3 listopada 2010

Muzeum Historii Naturalnej



To londynskie muzeum mnie zachwycilo do glebi. Troche zalowalam, ze nie zwiedzalam go z jakims malolatem/malolatka, bo wtedy moglabym bez robienia sobie obciachu naciskac wszystkie przyciski i robic doswiadczenia, ale i tak bawilam sie jak dziecko.

Zaczyna sie od imponujacego budynku





W srodku zwiedzajacych wita ogromny szkielet dinozaura. Ochroniarze dokladnie przegladaja bagaze (ja przyszlam z walizka, bo muzeum zwiedzalam 'w drodze' na pociag do BXLi i niestety musialam ja otworzyc; kiedy sprawdzajacy mnie Hindus zobaczyl ksiazke, zapytal skad pochodze i jak sie dowiedzial, ze z Polski, usmiechnal sie od ucha do ucha i powiedzial tylko: 'nozycki?', 'no' i moglam isc dalej). Za pozostawienie kurtki i bagazu w szatni musialam zaplacic 6.5 funta, co wobec braku jakichkolwiek oplat za wstep jest i tak ok. 

Pelno bylo wycieczek szkolnych, dzieciaki wedrowaly z powaznymi minami w bialych fartuchach z napisami 'Dinosaur scientist' i wypelnialy dziesiatki kartek z pytaniami. My o takich lekcjach biologii moglismy tylko pomarzyc...  

A wnetrze jest jeszcze bardziej zachwycajace niz front budynku. Na pietrze sekwoja olbrzmia - fragment pnia:


A to sufit:


I widok pietra - spojrzcie na malpki po lewej stronie:


Strefa zielona.

Takie szkielety wisialy nad dzialem ssaki naczelne:


Strefa zielona - nasze miejsce w ewolucji. Ponizej Lucy - australopitek zyjacy 5-1.5 miliona lat temu.  40% jej szkietelu odkryto w 1974 roku w Etiopii. Zachowalo sie 47 kosci z 207. Swoja nazwe zawdziecza Beatelsom - jej odkrywcy w obozie namietnie sluchali piosenki 'Lucy in the sky with diamonds' ;-) Naukowcy zbadali, ze zmarla w wieku ok.25 lat na skutek zatoniecia. Miala metr wysokosci, 30 kg, maly mozg i duza twarz.


Strefa zielona - mineraly. Wsrod dziesiatek gablot natknelam sie na niespodzianke. Jak wiadomo wiele kultur laczy kamienie szlachetne ze znakami zodiaku, a zwyczaj noszenia kamieni dla zaznaczenia miesiaca narodzin zapoczatkowano w XVIII wieku w... Polsce! Wedle rozpiski mi przypadaja perly.


Strefa niebieska.

Dzial nauki o czlowieku. Wchodzilo sie w nim do wielkiego brzucha matki i sluchalo bicia serca. Odkrywalo swiat oczami dziecka - jedno pomieszczenie bylo pelne korbek i sprzetow, ktore przedziwnie sie zachowywaly po ich dotknieciu, np.uderzenie klawiszy w malenkim pianinie powodowalo zapalanie sie roznych lampek (tak samo maluchy ucza sie zwiazkow przyczynowo-skutkowych). Duzo bylo zabaw optycznych, np.po wcisnieciu przycisku blyskal kontur ptaka, nastepnie trzeba bylo spojrzec na rysunek klatki i mialo sie zludzenie, ze w srodku jest owo zwierzatko.

Ponizej prezentacja, ile krwi miesci sie w czlowieku, a ten proszek na lyzeczce to hormony. Byly tez plansze z ich nazwami i opisem dzialania i po wcisnieciu guzikow w stojacych obok przezroczystych manekinach z widocznymi organami zapalala sie lampka, gdzie owa substancja jest produkowana.


Strefa niebieska - ssaki.


Strefa zielona

 Robaki. Jedna z moich ulubionych. Ponizej co moze sie znajdowac z pudelku z maka - po angielsku wszystkie nazwy sa oczywiste, zas po polsku pajeczaki z gablotki to: omacnica spichrzanka (mol spozywczy), trojszyk ulec, rozkruszek maczny i macznik z rodziny czarnuchowatych ;-)


A takie roztocza mamy wsrod rzes - pomagaja je oczyszczac.


Niektore pajeczaki sa pozyteczne (pierwsza kolumna), inne to szkodniki (druga)


Strefa czerwona.

Wnetrze Ziemi. Wokol sa dawne wizje swiata - po lewo Bog, po prawo - Atlas.


Supermarket w Kobe i trzesienie ziemi. Co minute podloga zaczynala sie poruszac.


Najnowszy dzial - ekologia - przejscia pomiedzy poszczegolnymi salami.


W muzem spedzilam okolo 4 godzin. Do wielu dzialow wogole nie udalo mi sie dotrzec, przez kilka przebieglam i poki co tylko czlowiek i robaki nie maja przede mna tajemic.

Reasumujac: nawet jezdzac do Londynu w stalym tempie raz do roku, mam co ogladac do emerytury ;-) 

Mamma Mia!

Ten weekend w Londynie na dlugo mi zapadnie w pamieci.

Zaczelo sie drobnym skokiem adrenaliny, bo kiedy z polskim dowodem osobistym stalam w kolejce do odprawy na dworcu kolejowym, kolezanka, z ktora jechalam, zaczela mnie zapewniac, ze trzeba miec paszport, zeby sie dostac na Wyspy, bo tam Schengen nie dziala. Celnicy na szczescie nie kwestionowali mojego dokumentu i zadowolone wyruszylysmy w podroz. Po ok.15-20 minutach pociag stanal, ogloszono problemy z napieciem elektrycznym i przez ponad godzine co 10 minut powtarzano, ze wylaczone jest swiatlo i klimatyzacja i jesli ktos ma problem z oddychaniem, ma sie natychmiast zglosic do kogos z obslugi. Po czym zaczeto nas holowac spowrotem do Brukseli, gdzie znowu musielismy sie ustawic w kolejce do odprawy i kontroli bagazu. W efekcie po 4 godzinach nadal bylysmy na dworcu Bruxelles Midi ;-) Zas trudy i nerwy koil nam gospel w wykonaniu nieduzej grupki wpolpodroznikow, ktorzy zabijali czas spiewaniem.

No i nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo. Primo: wszyscy pasazerowie dostali posilek, lepszy niz ten co serwuja w samolocie (no chyba, ze ktos nie lubi ryb, bo w pakiecie byla salatka z tunczyka i pasta z lososia), a secundo (uwaga!uwaga!) zaoferowano nam darmowy powrotny bilet na ta sama trase do wykorzystania w najblizszych miesiacach!!!

Zatem weekend zaczal nam sie z przygodami (w samym Londynie utknelysmy jeszcze na godzine w metrze na skutek braku napiecia i w zaden sposob nie moglysmy sie skontkatowac z czekajacymi na nas znajomymi), ale w doskonalym nastroju.

Klopoty nas nie opuszczaly rowniez w niedziele z rana, bo wybralysmy sie na polska msze o 10.15, jednak adres, ktory znalazlam w internecie okazal sie trefny i doszlysmy tylko do jakiegos budynku mieszkalnego. Nadzieje nam wzrosly, jak zobaczylysmy 3 facetow w bialo-czerwonych szalikach, jakis czas szlysmy krok w krok za nimi, ale panowie chyba raczej zmierzali do knajpy na poranne piwko. Nasza ostatnia deska ratunku byla agencja turystyczna w okolicy, ale tam mogli nam zaproponowac jedynie wycieczke do Belfastu, a o mszach nic nie wiedzieli. W kazdym razie zrobilysmy, co w naszej mocy.

I zaczelysmy buszowanie po muzeach.

Na pierwszy ogien poszlo British Museum. Nie bedzie duza przesada jak napisze, ze zgromadzono tam wiekszosc eksponatow, ktore znajdowaly sie na ilustracjach w ksiazkach do historii przerabianych w szkole. Mumie egipskie, rzezby z atenskiego Partenonu, Meksyk, Azja, Bliski Wschod. Zdjec nie mam - odsylam do podrecznikow, choc w sali z zegarami przyuwazylysmy jeden bardzo ciekawy obiekt:



W srodku znajduje sie niewielki czasomierz. Zegar z 1585 roku zostal stworzony na potrzeby owczesnych bankietow - impreza rozpoczynala sie, kiedy z organow znajdujacych sie w srodku zaczynala plynac muzyka. Nastepnie statek przenoszono wzdluz stolow i caly pokaz konczyl strzal z dzial po obu stronach.


Nie jest to w zadnym wypadku jakies znamienite dzielo w British Museum, ale drobna ciekawostka, o ktora warto zahaczyc.

Nastepnego dnia w planie mialysmy Tate Modern. Po Guggenheimie w NY cale muzeum wywarlo na mnie nienajwieksze, acz pozytywne wrazenie. Oprocz stalej ekspozycji mozna bylo rowniez podziwiac czasowa wystawe 'Ziarna slonecznikow', czyli miliony malenkich porcelanowych ziarenek chinskiej produkcji. W tyle na fotce stoi jakis facet, takze widac rozmiar wystawy. Ma ona na celu naklonienie widza do zadania sobie pytan: czym jest jednostka we wspolczesnym spoleczenstwie?, czy mamy jakies znaczenie i moc sprawcza, o ile nie dzialamy razem?, czym sa nasze pragnienia, istnienie i ilosc dla spolczenstwa, srodowiska i przyszlosci? Brzmi gornolotnie, ale wystarczy wyobrazic sobie dziesiatki Chinczykow kolorujacych te wszystkie ziarenka!!!



Interesujaca byla tez duza ksiazkowa konstrukcja. Napis obok wyjasnial intencje artysty (John Latham, 1960), ktory powolywal sie na zachodnioafrykanskie porzekadlo, ze jak czlowiek umiera, ginie tez cala biblioteka, gdyz tak wiele jest zapisane w jego umysle. Ksiazki ponizej przedstawiaja historie swiata i ludzkosci i widz widzi, ze czesc z nich nie jest dla nas dostepna, gdzies sie zawieruszyla i ulegla zapomnieniu. Czasem zagladam sobie do starych wpisow na blogu - w natloku wrazen mnostwo faktow mi wylatuje z pamieci, a tak jest nadzieja, ze cos z tego zostanie.


Z ciekawostek cala jedna sala w Tate Modern jest poswiecona pracy polskiej artystki Magdaleny Abakanowicz. Za Wikipedia:

W latach 60. stworzyła cykl abakanów, który składał się z dużych prac wykonanych technikami tkackimi. Formy rzeźbiarskie konstruowane z tak niekonwencjonalnego materiału zrewolucjonizowały spojrzenie na tkaninę artystyczną. Zrywały z dotychczasową płaszczyznowością tkanin przeznaczonych do dekoracji wnętrza. Spełniały tez funkcję praktyczną jako próba dostosowania monumentalnej rzeźby do skromnych warunków lokalowych: takie prace można było łatwiej magazynować. W 1962 roku na Międzynarodowym Biennale Tkaniny w Lozannie podwieszane u sufitu prace wywarły ogromne wrażenie swoją ekspresją barwy, fakturą, miękkością i pomysłowością. W 1965 Magdalena Abakanowicz została nagrodzona złotym medalem na Biennale w Sao Paulo, co było początkiem jej światowej kariery.


Z okien Tate Modern rozposciera sie piekny widok na Katedre Sw. Pawla i Millenium Bridge. Najpierw most otwarto w roku 2000, jednak ze wzgledu na silne wibracje przy duzej liczbie uzytkownikow trzeba bylo go przebudowac. Druga inauguracja miala miejsce dwa lata pozniej.



Trzeciego dnia poszlam do Natural History Museum, ktore chyba najbardziej mi sie podobalo. Tak bardzo, ze bedzie o nim w osobnym wpisie.

Zas nie bylabym soba, gdybym bedac w Londynie nie wybrala sie na musical ;-) Tym razem wybor padl na 'Mamma mia!' (co sie zreszta niezle wpasowywalo w klimat weekendu). Na poczatku bylam nieco sceptyczna, majac w pamieci film z Meryl Streep, ktory bardzo lubie i obawialam sie, ze w teatrze nie da sie zrobic nic na takim poziomie. Otoz dalo sie. Przedstawienie jest o wiele lepsze od filmu, z doskonala choreografia, wspanialymi aktorami i duzym poczuciem humoru. Tutaj mozna zobaczyc miks kilku przebojow:  MAMMA MIA!

wtorek, 26 października 2010

Pastime with good company

Po kilku tygodniach zwlekania powrocilam ze znajoma do naszego pracowego chorku. Zmienil sie dyrygent, o nowym slyszalysmy wiele superlatyw, jemu z kolei obily sie o uszy opowiesci na temat spiewajacych Polek i 'Przybiezeli do Betlejem', ktore juz na zawsze chyba zapadlo w pamiec i podbilo serca wiekszosci rozspiewanych urzednikow. Przyjeto nas z radoscia i musialysmy sie zabrac na nadrabianie zaleglosci - podczas naszej nieobecnosci repertuar ewoluowal ze szlagierow operowych  do muzyki dawnej i spiritual. Wczoraj 'na tapecie' mielismy kolede z Katalonii, gospel i renesansowa piosnke autorstwa krola Henryka VIII:




Dostalysmy tez propozycje nauczenia wszystkich kolejnej polskiej koledy, choc w takim 'towarzystwie' nie wiem, czy nie lepszy bylby na przyklad Waclaw z Szamotul ;-)

W miedzyczasie doinformowalam sie z dziejow Henryka II i zabojstwa arcybiskupa Tomasza Becketa, bowiem skonczylam 'Filary ziemi' Folletta, czyli kryminal, romans i powiesc wojenna w jednym. Po jakis pierwszych dwustu stronach zajrzalam do internetu w poszukiwaniu szczegolow dotyczacych katedry w Kingsbridge, wokol ktorej osnuta jest fabula powiesci i ze smutkiem wyczytalam, ze jest to niestety fikcja literacka vel pop historyczny. Choc nawet jesli to tylko bajka w sredniowiecznych realiach, to i tak zgrabnie i ciekawie napisana, a ja teraz cierpie na bol nadgarstka, bo czytam lezac i trzymajac ksiazki w reku, a ta niestety jest opasla (800 stron) ciezka (tylko w sensie doslownym, bo wartka akcja i nieskomplikowane watki sprawiaja, ze z zapalem przerzuca sie strone za strona) nieporeczna kniga. Na polce czeka na mnie drugi tom: 'Swiat bez konca' rozgrywajacy sie w latach 1327-1361.

Zas za pare dni jade na dlugi weekend do Londynu, gdzie robimy obchod po muzeach i bede sie mogla skonfrontowac moje wyobrazenia z rzeczywistoscia ;)

niedziela, 24 października 2010

Knocking' on Heaven's Door

Na wystawe Wima Delvoye natknelam sie wedrujac na wieczorne zajecia z solfezu. Zwykle jak ide 2-3 km to albo mam pustke w glowie, albo tak sie pograzam w swoich myslach, ze zapominam o calym swiecie. No i w pewnym momencie sie zdziwilam, skad przy parku w okolicy palacu krolewskiego wziela sie pieknie oswielona wieza ratusza. Przyjrzalam sie blizej i sie okazalo, ze na dachu BOZARu ustawiono 17metrowy odpowiednik najslynniejszej gotyckiej wiezy w BXLi.

Wim Delvoye (urodzony w 1965 roku, mieszkajacy w Gent) zyskal juz dawno swiatowe uznanie swoimi dosc kontrowersyjnymi dzielami. Na przyklad wytatuowal serie swin, malujac im na skorze od postaci z kreskowek Walta Disneya  do znaczkow Louisa Vuittona. Albo po miesiacach badan, spotkan i dyskusji z naukowcami, gastrologami i inzynierami, stworzyl skomplikowana maszyne do produkcji...ekskrementow o nazwie Cloaka. Najlepszych kucharzy proszono o przygotowywanie wykwintnych potraw, ladowano je z jednej strony, nastepnie przechodzily obrobke pod wplywem enzymow, bakterii i kwasow i efektem koncowym byl wiadomy wszystkim produkt, ktory sprzedawano widzom na pamiatke. Podsumowal pozniej, ze byl to fascynujacy projekt laczacy bankowosc, inwestycje, technologie, nauke, gastronomie, a wszystko to okazuje sie g... warte.

Jego gotyckie budowle rowniez nie pozostaly bez echa. Najpierw zaproponowal wybudowanie wiezy w Gent, ale wladze miasta nie wyrazily zgody tlumaczac, ze w sredniowieczu mozna bylo sobie cos takiego stawiac, a na dzien dziesiejszy miasto jest juz skonczone i nie przewiduje sie zmian. Artysta znalazl pole do popisu w Dubaju, gdzie mozna nie tylko dodawac wieze, ale nawet tworzyc wyspy w ksztalcie palm itp. I tu okazal swoje ekscentryczne podejscie, bowiem w Zjednoczonych Emiratach Arabskich propagowal styl wywodzacy sie z Chrzescijanskiej Europy. Jednak jego gotyckie dzwigi, samochody i 'wedrujace' wieze (Paryz, Wenecja itp) robia wrazenie na wszystkich.



W BOZARze oprocz konstrukcji ze zdjecia mozna tez obejrzec katedre jego autorstwa z dwuznacznymi witrazami, Double Helixes (czyli serie rzezb i szkicow przestawiajace spirale z ukrzyzowanym Chrystusem) i  miednice Daphne i Chloe. Na pierwszy rzut oka wszystko to jest sliczne, lsniace i esetyczne i dopiero jak sie blizej przyjrzec okazuje sie, ze nie wszystko zloto co sie swieci ;-)

Doskonalym dopelnieniem jest strona artysty (warto tam zajrzec, jak ktos akurat ma troche wiecej czasu): http://www.wimdelvoye.be/.

Zdjecia fabryki Cloaca sa tu: http://www.wimdelvoye.be/cloacafactory.php,
tatuaze tu: http://www.wimdelvoye.be/artfarm.php,
a gotyckie maszyny tu: http://www.wimdelvoye.be/chantier.php.

Wracajac zas do BOZARu, jeszcze przez miesiac mozna zobaczyc ciekawa wystawe 'Building for Brussels - Architecture and Urban Transformation in Europe'. Pokazano tam innowacyjne rozwiazania, ktore zastosowano w roznych miastach, aby poradzic sobie ze zmianami demograficznymi, problemami komunikacyjnymi i nowymi potrzebami. Bruksele nadal kojarzy sie glownie z art nouveau, a jesli chodzi o nowoczesna architekture, to niestety nie ma czym sie pochwalic. Ale jest nadzieja, bo skoro zorganizowano pokaz z makietami, opisami, filmami, oznacza to, ze ktos jednak mysli nad wizerunkiem miasta. Poki co wyciagnieto kilka niezbyt odkrywczych wnioskow:

  • liczba mieszkancow Brukseli rosnie i bedzie rosnac - szacuje sie, ze w tempie 60-82 tys nowych mieszkanow rocznie (glownie na skutek duzej dzietnosci imigrantow). Co ciekawe procent mieszkan socjalnych jest dosc niski (8.4%) w porownaniu z Paryzem (16%), Londynem (25%) czy Amsterdamem (55%!!!). Do 2020 roku ich odsetek ma tu wzrosnac do 15%. 
  • brakuje infrastruktury publicznej - szkol i obiektow sportowych. Podobno sa plany zbudowania nowego stadionu, centrum handlowego i filharmonii. 
  • bezrobocie w BXLi zalicza sie do najwyzszych w Europie (19,5%). 53% osob zatrudnionych mieszka poza miastem. 
  • miasto walczy z korkami. We wrzesniu 2010 zatwierdzono Iris 2 mobility plan, ktory ma rozwinac siec transportu publicznego (nowe linie tramwajowe i linia metra do Skarbka). Mowi sie tez o koniecznosci zadbania o estetyke dworcow, przystanow metra i parkingow, choc wszysycy wiemy, ze drugiej Moskwy to tu oni nie zrobia ;-)
  • pozycja Brukseli jako stolicy Europy kloci sie z poziomem zycia jej mieszkancow. Wciaz jest wiele dzielnic z biurowcami, ktore calkiem zamieraja na weekend (o pozostalosciach po dawnych fabrykach nie wspominajac, bo tam zycia juz dawno nie ma). Akurat pod wzgledem przemyslanego planu zagospodarowania terenu Bruksela jest daleko w tyle za innymi miastami.  

Wstep na obie wystawy (Wim Delvoye i o Brukseli) jest bezplatny. Ciekawie zapowiada sie jeszcze pokaz obrazow Lucasa Cranacha, ale to zostawilam sobie na nastepny raz.

Zas w Atelier 340 w Jette inaugurowano wlasnie wystawe naszej rodzimej grupy artystycznej Lodz Kaliska 'Niech szczezna mezczyzni': http://www.atelier340muzeum.be/Html_ENG/exhibitions.html ;-)

sobota, 23 października 2010

Proby

Do koncertu gospel jeszcze miesiac, a my odbylismy juz przedostatnia probe. Jako ze nikt ze znajomych sie nie zdecydowal do mnie dolaczyc, mialam doskonala okazje poznac pare nowych osob. I tak, kolo mnie w sopranach siedziala babka w srednim wieku, ktora, jak sie pozniej wygadala, pol swojego zycia (ok.25 lat) spedzila w Brukseli (z pochodzenia jest Belgijka), a drugie pol - w Nowym Jorku, do ktorego pojechala za swoim mezem. I uwaza, ze te lata w Stanach byly wspaniale, otworzyly przed nia wiele mozliwosci, jednak Ameryka, a szczegolnie NY nie jest miejscem, zeby sie dobrze i godnie starzec, zas Belgia sie do tego nadaje doskonale ;-) I wrocila. I bardzo sobie ceni ta decyzje, bo znalazala tu prace (jako nauczycielka angielskiego) i nadal moze kontynuowac swoje zainteresowania (w NY nauczyla sie gospelu, spiewala w znanych i wysoko cenionych zespolach i jak ja poprosilam, zeby porownala nasz chor z tamtymi, to Didier wypada doskonale i wedlug niej jest 'second best' (drugi najlepszy)). A lot do miasta, ktore nigdy nie spi, w ktorym mieszkaja nadal jej dorosle juz dzieci, trwa tylko pare godzin, wiec moga sie odwiedzac i byc w kontakcie.

Dodatkowo mialam troche ubaw z ekstazy jaka przezywaja chorzysci. Przy jednym utworze, kiedy mielismy dac z siebie wszystko i sto glosow gromko rozbrzmiewalo niosac sie echem po kosciele, moja sasiadka jeknela i z zachwytem zakrzyknela, ze po dwoch operacjach interweniujacych w jej drogi oddechowe nie wierzyla, ze kiedys jeszcze tak zaspiewa.

Mi tez sie podobalo. Z nieco mlodszego pokolenia, spotkalam Slowaczke, ktora kojarzylam z jakiegos kursu (nie pamietam tylko jakiego) i Wegierke, z ktora 2 lata temu wystepowalam w koncercie 'Christmas Carols' w BOZARze (zgodnie uznalysmy, ze gospel daje wiecej frajdy i przyjemnosci niz klasyczny repertuar - choc to tez bylo wspaniale doswiadczenie). Obie, jako weteranki, bo wystepowaly juz wczesniej z Didier, namawiaja mnie, zebym sie przemycila na piatkowy koncert 26.11 (one przezornie zapisaly sie na dwa, a ja nie wiedzialam, ze jest to mozliwe). Bo jeden wystep to za malo. I chce sie wiecej!

Dla zainteresowanych bilety na koncert mozna nabyc tu: http://www.gospelforlife.be/ i www.070.be (ja z zalozenia spiewam 27 listopada).

A poza tym 12 grudnia nasza schola wystepuje w Katedrze i mamy juz wyznaczone koledowanie na jednym polskim spotkaniu i w belgijskim domu spokojnej starosci. Dorzucilismy tez pare swieckich francuskich piosenek do naszego repertuaru na potrzeby tubylcow ;-) Tu kilka przykladow:






niedziela, 17 października 2010

Dobre rady

Ostatnio dzieki regularnym spotkaniom scholi (tzn.ona jak zawsze spotyka sie regularnie, tylko ja poprawilam swoja frekwencje), probom gospelu i zajeciom z solfezu, na nowo udzielil mi sie zapal do muzyki. I nawet kiedy poszlam kupic sobie zeszyt nutowy, z ksiegarni wyszlam z kolejna ksiazka do nauki 'Piano pour les adultes' (pianino dla doroslych), poziom 2 (bo nadal utrzymuje, ze podstawy mam opanowane i nalezy teraz cwiczyc, cwiczyc, cwiczyc). No i sama sie sobie dziwie, bo gram dosc czesto, w podreczniku duzo jest fajnych folkowych kawalkow i idzie mi calkiem niezle. Wczoraj doszlam do nowego utworu 'Scherzo' w tonacji d-moll. I gdy spostrzeglam, ze sa do tego slowa, sprobowalam sobie grac i spiewac. I o malo nie spadlam ze stolka, jak wysylabizowalam caly tekst tlukac w klawisze.

Zwrotki sa pochwala znanego pianisty Vladimira Horowitza i utyskiwaniem, zeby choc miec ulamek jego talentu. Potem nastepuje referen, cos w tym stylu: 'W moim mniemaniu, klucz tkwi w powtarzaniu!' (j'ai imression que c'est la 
répétitions des DOs et de REs que nous fait réussir), 'Presto, prestissimo, bravo, bravissimo, tak! z kazdym dniem gram coraz lepiej'. Przypominam, ze ksiazka jest dla doroslych. Bo dla dzieci to takie teksty sa na porzadku dziennym - w moim pierwszym podreczniku byly kawalki typu: 'W wiolonowym kluczu gram i basowe nuty znam. Przyznaj mi, ze jestem zuch, dziesiec palcow wprawiam w ruch' ;-) Nie ma jak pranie mozgu i odpowiednia motywacja prawidlowo dostosowana do wieku i umiejetnosci!

A propos dobrych rad, wczoraj przypadkowo wpadlam na dwie bardzo ciekawe kamienice na Skarbku i dzis sie tam przeszlam zrobic fotki. Znajduja sie na Rue Victor Hugo 53-59, wybudowano je w 1900 roku i skladaja sie z 8 samodzielnych mieszkan. Po francusku i po niderlandzku umieszczono na nich napisy: "badz aktywny, badz porzadny, badz oszczedny". Brakuje tylko 'myj zeby rano i wieczorem' ;-)







Zas w poblizu znajduje sie bardzo radosny niewielki pomnik 'Radosci wiosny' mniej wiecej z tego samego okresu. 


Od pieciu lat chodze w tamte okolice na zakupy, a nigdy nie zaszlam o jedna przecznice dalej. Z tego wynika, ze jeszcze przez bardzo dlugi okres bedzie mnie mialo co zaskakiwac w tym miescie.  

sobota, 16 października 2010

Duch nomadzi

Cwicze matematyke. Licze i licze dniu urlopu (na 2011) i porownuje z moimi pomyslami wyjazdowymi i lewa strona rownania w zaden sposob nie chce sie zrownac z prawa, aktywa nie bilansuja sie z pasywami i w kazdej kalkulacji mam manko. Jakbym chciala wdrozyc w zycie, co mi chodzi po glowie, to do wakacji wyczerpalabym wszystkie dni wolne. Do nowego roku jeszcze 3 miesiace, a ja juz musze rezygnowac z niektorych planow. Brrr.

Na pocieszenie poskakalam sobie po youtubie i znalazlam piosenke 'zwiastun' nowej plyty Turnaua, ktora ma sie wkrotce ukazac. I o czym jest? O podrozach ;-)

...trzeba uciec, albo to wybadac, aby mozna opowiadac... lepiej tego wcale nie odkladac, raczej biegu pomyslowi temu nadac...

Jutro podpisuje papiery na pierwsza wycieczke tuz przed Wielkanoca. Ale nie do Zanzibaru. Wogole plaze mi nie groza. No chyba, ze w 2012 ;-) A piosenka Grzegorza Turnaua i Sebastiana Karpiel Bulecki caly czas mi chodzi po glowie. Akurat na jesienna nostalgie powakacyjna. 

Okudzawa, ktorego ostatnio mialam 'na tapecie' tez nie lepszy ;-)
Na włóczęgę już wyruszyć przyszła pora.
Las nas goni śpiewem ptaków, szumem drzew.
I wołają nas już pola i jeziora.
Zeszłoroczny nasz wesoły pomnąc śpiew.

Ludzie mają swoje sprawy, ludzie lubią się bogacić.
Pełne brzuchy mają, chcą mieć pełen trzos.
A ja gonię, a ja gonię swe marzenia.
Szczęścia szukam, gdzie kaczeńce i gdzie wrzos...

Tym, co iść nie lubią, mówię: do widzenia,
Za dni kilka, może znów powrócę tu.
Idę w świat, by tam dogonić swe marzenia.
Aby spełnić kilka swoich złotych snów.

Więc z dziewczyna swą pod rękę,
I z gitarą, i z piosenką...
Precz mi troski, przecz przykrości, słońce świeć!
Idę gonić, idę gonić swe marzenia...
I spokoju szukać pośród starych drzew...

Tak, to proste, że i gadać szkoda czasu.
Lepiej plecak wziąć i iść przed siebie wprost.
Szukać wiatru i zapachu szukać lasu.
Jak najdalej zadymionych wielkich miast.

Zrozum bracie, tak to trzeba.
Łóżkiem trawa, dachem drzewa
Z wiatrem biegać i z ptakami śpiewać w glos.
Trzeba gonić, trzeba gonić swe marzenia.
A nie czekać ile trosk przyniesie los.

I tylko mnie zadziwia, ze z moich wycieczek w 'nature' doszedl do skutku jedynie weekend w Luxie. Nie wiem kiedy mi minal sezon wedrowny w tym roku...