środa, 31 marca 2010

Wesolych Swiat!

Aby w tym calym ferworze i amoku,
wsrod kurczaczkow, zajaczkow i barankow,
kolorowych jaj, zuru na bialej kielbasie
i swiatecznych mazurkow,
 baz, rzezuchy, kwitnacych tulipanow i zonkili
mozna bylo znalezc chwile na odpoczynek, rozmowe czy spacerki,
na zachwyt nad odradzajaca sie przyroda 
i przyjemnosc spotkania z bliskimi.
Tego zycze Wam i sobie
(jutro z samego rana lece do Polski). 
Wesolych Swiat!

wtorek, 30 marca 2010

Biegoterrorysci atakuja

Zwykle mam lekkie pioro, ale tym razem mi zabraklo slow, szczeka opadla czy klawiatura sie zablokowala. Przeczytalam artykul w Gazecie Wyborczej o tym jak Biegoterrorysci blokuja cala Warszawe. Zamiast blyskotliwosci i pomyslowosci Kolakowskiego, ktory pisal o zaletach nie-uprawiania ogrodka, tutaj argumenty sa raczej tendencyjne.

Organizatorzy biegów zachowują się tak, jakby uważali, że ci niebiegający to wyrzutki społeczne niegodne niczyjej uwagi. - komentarz redaktora naczelnego "Gazety Stołecznej" Seweryna Blumsztajna.

I co z tego, ze w popularnych serialach telewizyjnych ojciec Mateusz sunie na rowerze (akurat widzialam reklame na TV Polonii) - Polak i tak wie lepiej, ze sport szkodzi zdrowiu, bo sie zrywaja sciegna i wiezadla, ludzie sie uzalezniaja od ruchu, adrenaliny i endorfin jak narkomani i wogole najbezpieczniej jest siedziec przed telewizorem i kibicowac pilkarzom, a po miescie nalezy poruszac sie wylacznie samochodem, bo to swiadczy o naszym wysokim statusie spolecznym.

Unia moze sobie wydawac pieniadze na spoty reklamowe pokazujace jak jeden chlopczyk biega dookola parku i tryska zdrowiem, a drugi zajada na lawce i po kilku miesiacach wyglada jak chomik, ale to i tak nic nie da. Jeszcze troche, a pojawia sie glosy oburzenia o braku tolerancji dla osob ze sklonnoscia do przybierania na wadze. Poza tym dziecko powinno zasuwac miedzy szkola a angielskim, lekcjami piania i korepetycjami z matematyki, a nie beztrosko pomykac po parku. Przeciez pelno teraz pedofili i innych zboczencow czyhajacych w zaroslach. A urzednicy szastaja kasa na glupie akcje promocyjne, zamiast zajac sie czyms pozytecznym.

Kiedy zaczeto projekt 'Odblaskowe drogi od Baltyku do Tatr' i policjanci rozdawali przedszkolakom i dzieciom w podstawowkach kamizelki, tez pojawily sie opinie, ze jest to zbedny wydatek, a stroze prawa powinni scigac bandytow, a nie tracic czas na takie akcje. Nie wiem, jak wygladaja statystyki, ale przypuszczam, ze wiecej jest w Polsce kalek po wypadkach samochodowych niz po aktywnym spedzaniu czasu wolnego na uprawianiu sportu.

Nawet w Luwrze stwierdzilam, ze wole popatrzec na miesniakow Michala Aniola zamiast na celulity Rubensa (choc mnie jest blizej temu drugiemu i wciaz po gimnastykach sie objadam musami czekoladowymi, tlumaczac, ze sobie na nie zasluzylam) i zdecydowanie podpisuje sie pod promocja biegania, jezdzenia na rowerach, marszach itp. Dopiero by byla afera, jakby w Warszawie organizowac 30 kilometrowe parady rolkowe co piatek...

Za dwa miesiace przyjezdza do mnie siodemka biegoterrorystow z Polski (wlasciwie okreslenie jest perfidnie trafne do naszej grupy) i bierzemy razem udzial w biegu w Brukseli. A mieszkancy beda nam (lacznie startuje tu 8 razy wieksza grupa niz w Warszawie i mamy ok.2 razy dluzszy limit czasowy) dopingowac, bic brawo i troszke zazdroscic (30 tysiecy miejsc rozeszlo sie na pniu, wiec na pewno chetnych bylo duzo wiecej), a nie pisac protesty i wyzywac od nalogowcow. Pewnie tez beda miec problemy z dojechaniem do centrum, ale wiedzac zawczasu o utrudnieniach komunikacyjnych mozna sobie stosownie zaplanowac ten dzien.

W kazdym razie z takim nastawieniem, promocja sportu jest jedna z niewielu dziedzin, w ktorych Polska jeszcze dlugo nie dogoni Belgii...

PS1 Choc mamy tez pozytywne przyklady - narazie pojedyncze jak Biala Pani z Parasolka ;-)

PS2 Grupa skautow, do ktorej nalezy coreczka mojego kolegi z pracy, wygrala 24 godzinna sztafete rowerowa po Bois de La Cambre w kategorii dziewczat! http://www.24heuresvelo.be/presse-medias/24-tv/24-generique-equipe/

niedziela, 28 marca 2010

Paryzew dla konformistow

Piaty raz bylam w Paryzu (po pielgrzymce - sic! - w ogolniaku, weekendzie ze szczegolowym zwiedzaniem cmentarza Père-Lachaise, jednodniowym wypadzie do muzeum Orsay i biegu na 20 km). I dopiero teraz udalo mi sie zaliczyc dwa glowne 'obowiazkowe' punkty zwiedzania, czyli wjazd na wieze Eiffla i Louvre. Przyznam sie szczerze, ze obie atrakcje sa tak czasochonne, ze nie zaluje, ze tak z nimi zwlekalam, ale z drugiej strony nie da sie zaprzeczyc, ze robia wrazenie.

Zacznijmy od wiezy. Mialam ogromne szczescie, bo kilka dni przed wyjazdem dowiedzialam sie, ze mozna zamowic wczesniej bilety przez internet (przy okazji zaoferowano mi regularny newsletter dla stalych klientow) i dzieki temu nie trzeba stac w kolejce. I faktycznie, kiedy setki zapalencow tkwily w ogonku, my podeszlysmy do wejscia od razu. A zaraz potem mialysmy prawdziwa lekcje pokory i cierpliwosci. Czekanie na winde dowozaca z drugiego pietra na sam szczyt zajelo nam niemal godzine. W tym czasie wygaszono wieze z okazji godziny dla Ziemi, a my nadal stalysmy czujac bolesnie lodowate podmuchy wiatru (a przed nami Amerykanie/Kanadyjczycy prowadzili zazarta dyskusje, bo polowa chciala zrezygowac i zejsc na dol, a reszta krzyczala, ze nie po to zaplacili 3000 za podroz, zeby spekac w ostatniej chwili - ostatecznie nie zrozumieli napisu po francusku i przypadkiem opuscili kolejke). Na szczescie widoki byly piekne - Paryz noca jest super oswietlony! Na szczycie przebielysmy szybciutko dookola pstrykajac zdjecia  i potem czekaly nas juz tylko dwie kolejki do wind na dol i duza ilosc alkoholu, zebysmy sie nie pochorowaly.

Zas w Louvrze oniemialam. Mimo wielokrotnego okrazania budynku z zewnatrz nie zdawalam sobie sprawy z jego ogromu. Glowne hity takie jak Mona Lisa czy Wenus z Milo  byly tak oblegane, ze nie dalo sie dopchac. Uznalam, ze nie warto tracic na nie za duzo czasu, celulity Rubensa tez mnie troche przeploszyly (jest mu poswiecona osobna ogromna sala) i na poczatek postanowilam pokrazyc z sali do sali zaczynajac od mojego ulubionego malarstwa flamandzkiego z Memlingiem, Metsysem i van Eyck'iem i dajac szanse nieznanym artystom z nadzieja, ze moze cos mnie bardziej zaciekawi. No i sie nie mylilam. Mam teraz mase zdjec... podpisow pod obrazami (zapomnialam dlugopisu, zeby sobie zapisac, co chce sprawdzic). Fotki z muzeum nie bardzo sie udaly, ale zdolalam obfotografowac kilka moich faworytow:



Swego czasu zasmialam sie nad felietonem w Polityce o grze w Vermeery (patrz http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/felietony/1500621,1,kawiarnia-literacka.read). Teraz jak sie przyjrzalam  luwrowskiej Koronczarce i Astronomowi (patrz zdjecie), stwierdzilam, ze to wcale nie taka glupia zabawa. Jan Vermeer jest znany rowniez za popelnienie Dziewczyny z perla, o ktorej kilka lat temu nakrecono film.



Georges de La Tour - malarz zupelnie mi nieznany, choc jakies reprodukcje musialam kiedys napotkac, bo wygladaly znajomo. Ciekawa jest seria 4 obrazow z Maria Magdalena - powyzej po lewo jest jeden z nich, pozostale, ludzaco podobne, choc z innymi szczegolami, znajduja sie w Nowym Jorku, Waszyngtonie i Los Angeles.



Niczym Siostry z Lodzi Kaliskiej - http://www.swiatobrazu.pl/30_lat_lodzi_kaliskiej.html Tyle, ze to jest pierwowzor (o ktorym wczesniej nie slyszalam). Obraz namalowany w XVI wieku. Szkola Fontainebleau.



Jean-Antoine Watteau i jego Pierrot/Gilles (obok byly jeszcze swietne obrazy Gillota rowniez nawiazujace do commedia dell'arte). Jako nastolatka mialam w swoim pokoju obrazek z takim ubranym na bialo romantykiem (tylko posrebrzanym ;-), ale nigdy nie znalazlam czasu, zeby doszukac sie szczegolow historii o Kolombinie, Arlekinie i innych postaciach z dawnych pantomim. Wszystko przede mna...

  

Satyres en Atlante (zastanawiam sie, jak to przetlumaczyc). Tak samo nie rozumiem nad czym tak dumaja ;-) Rzym, II wiek naszej ery.



Psyche reanimowana pocalunkiem amora Antonio Canova, 1808 rok. I jakie przeslanie...



Tu troche inna bajka - personifikacja 4 glownych cnot z XIV wieku - nie wiara, nadzieja, milosc, a pokora (z wezem), sprawiedliwosc (z waga), sila (z lwem) i cierpliwosc (z kwiatkami).



Atelier Daniela Maucha - Dwoch papiezy, kardynal, biskup, kanonik i siedmiu mnichow w modlitwie



Dzbanek. Nie mam pojecia skad i z ktorego okresu. Mijalam po drodze. Swietny, nie?



A to nie zaden Czarnoksieznik z Oz, a rzezba z... Beninu (1858).


Jedno jest pewne - choc w internecie i pieknych albumach roi sie od zdjec i reprodukcji slawnych dziel, to niestety tylko oryginal odda w pelni kolory (nie jarmarczne czy wyblakle jak na fotkach), kreske i atmosfere. Na koniec kupilam sobie przewodnik po Luwrze i go z przyjemnoscia obejrze, ale tylko po to, zeby nastepnym razem wiedziec, gdzie na pewno chce sie skierowac i na co zwrocic uwage. Ale mysle, ze i tak jest niezle, jak na moj pierwszy raz ;-)

Teraz powoli dojrzewam do kolejnego wyjazdu do Paryza, tym razem kierunek Montmarte i Moulin Rouge. Zbieram chetnych.

PS dodany juz po publikacji posta i wstepnej lekturze w poszukiwaniu niezamierzonych aluzji i podtekstow:
Mam nadzieje, ze nikt mi nie zarzuci, ze tych co chodza do muzeow przezywam od konformistow...

piątek, 26 marca 2010

W glowie juz sie kreci…

…od szalenstwa slupka rteci (M.Umer sparafrazowana). W BXLi juz wiosna pelna geba, zazolcily sie zonkile i forsycja na skwerkach, sloneczko przygrzewalo pieknie kilka dni, a teraz od czasu do czasu pada wiosenny cieply deszcz i na drzewach pojawiaja sie pierwsze paki. W zeszlym tygodniu jeszcze nosilam zimowy plaszcz i wszyscy niecierpliwie wyczekiwali pierwszych oznak ocieplenia, az tu nagle naplynal jakis front razem z nowa pora roku i Bruksela od razu zmienila oblicze.

Nie wiem czy to aura czy roztrzepanie, w kazdym razie ja mam wokol siebie absolutny chaos. I to wcale nie przez nadmiar obowiazkow, tylko robie 100 rzeczy rownoczesnie. Raz zapomnialam zalozyc swetra, ktory sobie naszykowalam w domu i teraz sie boje, ze pewnego dnia w tym calym zamieszaniu przywedruje do pracy w pizamie. Obijam sie o szafki, polki, barierki, rano przesypiam dzwonek budzika, kraze miedzy praca, probami, kinem, teatrem, starajac sie skorzystac z konca zimy i zapewnic sobie jak najwiecej spacerkow, w zeszly weekend mialam gosci (jest juz pierwszy wpis w homebooku), teraz jade do Paryza na dwa dni (juz sie nie moge doczekac) i probuje nad tym wszystkim jakos zapanowac.

Poza tym z trudem sie skupiam na pracy, bo mysli wedruja i uciekaja ku wakacjom, weekendom, wycieczkom, podrozom i wszelkim formom ruchu. Jedna kuzynka mi napisala, ze za miesiac bedzie wchodzic 1776 stopni na CN Tower w Toronto  i zbierac fundusze na WWF i troche zerkam, czy nie ma podobnych imprez gdzies blizej Brukseli, bo nagle bardzo mi sie spodobalo robic cos dla wiekszej idei. Co prawda jeszcze nie biegam (choc mam juz swoj numer na 30 maja, tradycyjnie w grupie Running For Europe), bo jak to ujal znajomy, przy aurze ostatnich dni, niebo mowi NIE (na szczescie chodzic mozna nawet z parasolka), ale juz sie grupowo mobilizujemy do gimnastyk z zaskakujaco dobrym skutkiem, a moj Tata zaczyna mnie przeganiac w formie (twierdzi, ze nie ma 30 lat zycia, ale tylez lat doswiadczenia w wedrowaniu na dlugie dystanse, wiec rzekomo to normalne), takze motywacja jest.

A w ramach planowania wakacji nalatalam sie za nowym paszportem – poprzedni, acz jeszcze wazny, okazuje sie niewystarczajacy (bo nie-biometryczny) na moje plany wyjazdowe. Troche stresu mnie to kosztowalo, bo choc specjalnie ufarbowalam wlosy, spokojnie poszlam do fotografa, z wyprasowanym kolnierzykiem i przypudrowanym nosem, a zdjecie wyszlo wcale niezle, w konsulacie okazalo sie, ze sie ponoc kiepsko skanuje i mialam 5 minut na dostarczenie kolejnego (zaraz zamykano). Odbylam wiec sprint do najblizszego zakladu, dotarlam tam zdyszana, z wypiekami, potargana, wygnieciona, a pan takim polaroidem czy innym ustrojstwem pstryknal mi okropna fotke (taka, jaka daja w magazynach kobiecych w dziale metamorfozy). Urzedniczka w okienku potwierdzila z usmiechem: ‘Tak, to jest idealne!’, a ja przez najblisze 10 lat bede po Europie podrozowac z dowodem osobistym, bo wstyd komukolwiek pokazywac moj paszport.

Ale sie pocieszam, ze jeszcze tylko kilka dni i lece do Polski na swieta, a tam glowe bedzie mi zaprzatac co najwyzej farbowanie jajek czy ubieranie mazurkow. Urlop na wiosne zdecydowanie sie przyda!

PS1 A propos paszportu i aklimatyzacji polecam bardzo film (i ksiazke) 'Desert flower'. A propos latania (w sensie doslownym i przenosni) - 'In the air'. A absurd i surrealizm swietnie oddaje 'Alicja w Krainie Czarow' w 3D. Gdyby nie te ciagle wedrowki do kin w tym tygodniu, moze juz bym miala kupiony bilet na samolot na wakacje..

PS2  Ale przynajmniej udalo mi sie zarezerowac moj pierwszy wjazd na wieze Eiffla tuz przed jutrzejszym zaciemnieniem o 20.30. Nie dosc, ze do Paryza pozno jedziemy, to jeszcze na godzine wylaczaja swiatla, a w nocy jest zmiana czasu ;-) Ale i tak sie ciesze. I wierze, ze nie bedzie padac jak wjedziemy na wieze!

PS3 A najstarsza corka mojego kolegi z pracy od jutra od 14tej, razem z innymi brukselskimi skautami bedzie przez 24 godziny objezdzac rowerem Bois de la Cambre!!! Dzieciaki robia sztafete i pedaluja na zmiane. Znajoma Belgijka brala w tym udzial przed wielu laty i ponoc Eddy Merckx (najslynniejszy tutejszy kolarz) przyszedl goscinnie i tez zrobil jedno okrazenie ;-)

wtorek, 23 marca 2010

Wspominki

Prowadzimy dialogi na niderlandzkim
-Kim chcialas zostac jak dorosniesz? – pyta mnie moja rozmowczyni.
-Nauczycielka.
-Dlaczego?
-Bo chcialam czerwonym dlugopisem sprawdzac testy.
-I dlaczego nie zostalas?
-Uczylam angielskiego kilka lat, ale nie bylo to zbyt ciekawe. Moi uczniowie byli za dobrzy i nie mialam co poprawiac w testach.
-A kim teraz jestes?
-Hmmm.... Finansistka...
-I to jest ciekawsze?
-Nieeeeeeeee.

Ale cos z marzen sie spelnilo, bo wyszukuje bledy innych, choc je zaznaczam olowkiem, a nie czerwonym dlugopisem.

I ostatatnio doszlam do wniosku, ze moj los zostal przesadzony niemal 30 lat temu, bo na pierwsze urodziny, z tacy z roznacem, ksiazka, kieliszkiem itp wyciagnelam pieniazek. Tylko nas teraz zastanawia (synek znajomych bedzie mial roczek i sobie przypominalismy zwyczaje i przesady) – czy dziecku do wyboru nie dodac sluzbowego identyfikatora, na wypadek jakby chcialo pojsc w slady rodzicow i zostac urzednikiem? ;-)

Kolezanka Dunka za to sie przyznala, ze chciala byc… ksiezniczka. Kiedy mnie zapytano, czy tez nie mialam takich aspiracji musialam sie dluuuugo zastanawiac. Ale nie, bo w Polsce nie ma rodziny krolewskiej i myslalam, ze ksiezniczki wystepuja tylko w bajkach. A teraz prosze - mieszkam w monarchii. Choc chyba nie ma tu zadnego ksiecia do wziecia.

czwartek, 18 marca 2010

Ogrod a filozofia

Nareszcie przyszla wiosna! I swieci slonce! Wyciagnelam juz dzis moja lzejsza kurtke, szalik zamienilam na kolorowa chustke, czapke zostawiam w domu i najchetniej zamiast do pracy poszlabym na wagary ;-) Albo moglabym popracowac, ale na powietrzu. Niestety ani na jedno ani na drugie liczyc nie moge. I kiedy mi sie teskni za zielenia, na przekor moim checiom, przekonaniom i pasjom, natknelam sie na teorie o nie-uprawianiu ogrodka wedlug Kolakowskiego (ponizej zamieszczam wnioski z trzech z nich).

I tak, marksisci uwazaja, ze promowanie zalet ogrodnictwa to zmowa kapitalistow, ktorzy chca zajac robotnikom czas wolny, zeby nie mieli kiedy organizowac rewolucji proletariackiej. Ponadto wmawia sie im, ze przez posiadanie ogrodka staja sie wlascicielami, a nie pracownikami najemnymi.

Psychoanaliza (czyli cos, w co zamieszany byl doktor Zygmunt ‘Fraud’, a wiadomo, co slowo to oznacza w jezyku angielskm) obala gigantyczne oszustwo. Mit Matki Natury sprawia, ze rewolucja przemyslowa sciaga na ludzkosc poczucie winy i zbrodnie probuje sie odkupic otaczajac czcia swoj pseudonaturalny ogrodek.

Zas teoria strukturalna tlumaczy, ze ludzie pierwotni pracowali w polu, a odpoczywali w domu. Obecnie uleglo to odwroceniu. Pracujemy w urzedach, biurach, fabrykach, a czas wolny spedzamy na otwartej przestrzeni – w lesie, parku, nad rzeka. Ogrodnictwo zaburza rozdzial miedzy praca, a czasem wolnym i dlatego jest szkodliwe. Q.E.D. [ quod erat demonstrandum - co należało udowodnić].

Jak pisze Kolakowski: Nie uprawiać ogrodu bez teorii jest płytkim i niegodnym sposobem życia. A jak juz wspominalam w kontekscie spozniania sie na niderlandzki, dobrze znalezc na wszystko jakas sprytna wymowke ;-)

Ja mam jeszcze swoja wlasna teorie empiryczna. Otoz mimo zamilowania do grzebania w ziemi, przyjemnosci z obcowania z natura i ogromnej radosci, kiedy wszystko zaczyna kwitnac, ogrodu sie nie uprawia, jesli sie go po prostu nie ma. Ja akurat jestem w takiej sytuacji piaty rok z kolei. Posiadam co prawda swoja dzialke, ale dzieli mnie od niej ok.1400 km, wiec nie bardzo moge sobie popielic wieczorkiem.

Za to mam kwiatki w doniczkach. I wlasnie zakwitaja mi dwa domowe amarylisy!!! Ersatz nieidealny, ale lepszy rydz niz nic. I tesknie spogladam na balkon, za ktory sie zabiore po swietach.

Tym, ktorzy chcieliby przeczytac probke Kolakowskiego, polecam rowniez Legende o Cesarzu Kennedym z 1986 roku.

A ci, co lubia takie pokrecone teksty, powinni przyjsc na nasze mrozkowskie przedstawienie chyba w lipcu. Termin w sam raz na teatr absurdu. O szczegolach jeszcze napisze w swoim czasie. Poki co szukam czarnego kapelusza z woalka. Tak w sam raz na wiosne ;-)

środa, 17 marca 2010

Chopin w Belgii

W zeszlym roku byla 'moda' na Jacksona, w tym przyszla kolej na Chopina. Belgowie tez sie wykazali, bo choc Zimerman jest ostatnio rokrocznym gosciem w Brukseli (tym razem mial jednak w repertuarze same nokturny i sonaty, a ja siedzialam tak blisko, ze slyszalam jak sobie nuci pod nosem :-), to do programu dolaczano pokazne broszurki o kompozytorze. Mimo ze narodowosc artysty wciaz budzi mnostwo watpliwosci (Francuzi maja teorie o zrobieniu z niego swojego rodaka http://diaph16.free.fr/chopin//chopin6.htm), nie omieszkano zacytowac slow Norwida: ... z urodzenia był warszawiakiem, z serca i wyboru Polakiem, a z talentu świata obywatel (na to akurat sie powolal nasz ambasador, ale reszta tekstow jest autorstwa tubylcow). Nawet dla Belgow Chopin okazuje sie mityczna osobowoscia: wygnany z kraju, slabego zdrowia, nieszczesliwy w milosci, samotny, tragiczny - slowem - doskonala ikona romantyzmu.

Na koniec wydrukowano kalendarium. Najbardziej kluczowa data okazal sie rok 1830. Kiedy u nas wybuchlo powstnie listopadowe i rozpoczela sie Wielka Emigracja, a Chopin opuscil Polske na zawsze, w Belgii, ktora wtedy jeszcze nalezala do Krolestwa Zjednoczonych Niderlandow, w brukselskiej La Monnaie wystawiono opere 'Niema z Portici' ("La muette de Portici"/"De Stomme van Portici") o walce o wolnosc. I wlasnie to bylo iskra, ktora doprowadzila do rewolucji i 4 pazdziernika 1830 Belgia oglosila niepodleglosc, a rok pozniej Leopold I zostal pierwszym krolem.

Z okazji 200 rocznicy urodzin Fryderyka w BOZARze zorganizowano koncerty dwoch polskich laureatow Konkursu Chopinowskiego: Krystiana Zimermana i Rafala Blechacza oraz Janusza Olejniczaka, ktory zdobyl 6 miejsce (niestety na jego koncercie nie bede). Wyglada na to, ze Belgowie podzielaja opinie, ze Chopina najlepiej interpretuja Polacy.

A wczorajszy koncert Zimermana byl super, choc zaraz po ostatnim utworze artysta sie zmyl (oczywiscie po gromkich brawach i mnostwie uklonow). W zeszlym roku pozwolil sobie jeszcze na bis i odegral fragment, ktory, jak nam wytlumaczyl, postanowil jeszcze szczegolnie przecwiczyc przed koncertem. Wykonal gwaltowne 'taram', trwalo to jakas sekunde, nastepnie podziekowal i opuscil sale ;-)

PS Chopin w Belgii nigdy nie mieszkal (ani nawet nie przebywal z wizyta). Zas Bruksela na niemal 30 lat stala sie domem Joachima Lelewela (1833-1861), a Jan Skrzynecki zostal w 1839 roku generalem w belgijskiej armii. Ale to juz inna historia...