czwartek, 5 czerwca 2008

Ja i moj francuski

Pisalam juz jak rozsmieszam Holendrow moim niderlandzkim, nadszedl czas na chwile prawdy jak to jest z francuskim. Otoz koncze wlasnie 4ty poziom kursu i nadal nie umiem zamowic herbaty (ja nawet nie moge wylapac tego dzwieku, ktory oni wydaja mowiac 'thé', a o powtorzeniu wole nie wspominac). W efekcie kupilam sobie czajnik, ktory trzymam u siebie w pokoju w pracy i herbatke robie sobie sama.

Problem picia czegos, kiedy idziemy razem do kafeterii po lunchu rozwiazalam odkrywajac kawe 'Lait russe', czyli cos w rodzaju znanej w Polsce latte (kawa z duza iloscia goracego mleka). W naszym budynku w kafejce pracuja dosc niemile i nachmurzone dwie panie i dopiero jak zaczelam sama zamiawiac moja kawe okazalo sie, ze potrafia sie usmiechac. Malo tego, po dwoch latach same na moj widok sie juz usmiechaja, kawe robia bez pytania, a jak chca sobie poprawic humor to prosza, zebym powiedziala jak ta kawa sie nazywa. Okazalo sie, ze na poczatku mylilam 'le' z 'la', francuskiego 'uuu' nie jestem w stanie powiedziec do tej pory, 'rrr' wychodzilo mi polskie i w efekcie zamawialam 'Rosjanke' z mocnym srodkowoeuropejskim akcentem.

Bolesnie sie rowniez kiedys nadzialam przeceniajac moja znajomosc obu jezykow obowiazujacych w Belgii. Otoz w niedzielne przedpoludnia bardzo lubie jezdzic do Arboretum w Tervuren (rosna tam piekne araucarie, zdjecie obok). Bylam tam juz nie raz i moj plan spaceru zawsze zaklada, ze wysiadam na przystanku tramwajowym o nazwie 'Quatre bras' (co znaczy 'cztery rece'), wchodze w las i wychodze kilka przystankow dalej przy Muzeum Afryki. Niestety niemal za kazdym razem przejezdzalam ten przystanek i albo wysiadalam na nastepnym i sie wracalam, albo spacer zaczynalam przy Muzeum w odwrotnym kierunku. Kiedys zebrala sie nas wieksza grupa, ja wzielam sobie za punkt honoru, zeby wreszcie choc raz wysiasc tam gdzie trzeba, juz z daleka poznalam przystanek, wyskoczylam pierwsza upewnic sie, czy to na pewno to i jak zobaczylam napis 'Vier armen' zaraz kazalam wszystkim wsiasc spowrotem. Tramwaj ruszyl, ja ruszylam mozgownica i dopiero sie zorientowalam, ze to ten sam przystanek, a czy francuskie 'quatre bras' czy niderlandzkie 'vier armen' to i tak zawsze wyjda polskie 'cztery rece'.

O jeszcze lepszej pomylce uslyszalam na otwarciu przetargu w pracy, na ktorym bylam czlonkiem komisji i czyms w rodzaju hostessy, bo mialam prezentowac czy koperty sa zamkniete, sprawdzac date wyslania, po czym na oczach reszty komisji wszystko otwierac. Otoz kiedys termin skladania ofert wypadal w niemieckie swieto narodowe. Jedna firma sie nie wyrobila z przygotowaniem dokumentow, w swieto poczta byla zamknieta, zatem ktos tam wsiadl w samochod i udal sie na poczte we Francji. Nie znal jezyka i wypelniajac druczki pomylil nadawce z adresatem. Nastepnego dnia kurier zamiast do Instytucji dostarczyl mu ta wlasnie paczke ;-)))

Niemniej jednak z nauka francuskiego walcze dzielnie, co pol roku ladnie zdaje egzaminy, nawet regularnie chodze na konwersacje organizowane przez moja dyrekcje - po angielsku nazywaja sie 'Conversation tables' co ja sobie sprytnie na poczatku tlumaczylam jako 'Conversation de tables', az ktos mnie uswiadomil, ze to nie stoly ze soba rozmawiaja, a ludzie przy stole (po francusku powinno byc 'Tables de conversation') i oprocz latwych tematow jak kuchnia francuska, film czy muzyka mielismy juz dyskusje o Traktacie Lizbonskim czy szczytach frankofonskich i zawsze trzeba zabrac glos (z reguly sa nas 3-4 osoby plus moderator). Dobre jest to, ze juz duzo rozumiem. Rok temu mialam jeszcze wpadke na zajeciach z jogi, jak instruktorka kazala zamknac oczy i lezec i oddychac w jakis dziwny sposob, ktorego nie rozumialam (z otwartymi oczami moglam przynajmniej nasladowac innych) i jak je otworzylam podejrzec, co sie dzieje, to juz wszyscy stali ;-) Teraz jednak chodze na pilates po francusku i wlasciwie wszystko lapie. Natomiast w pracy wciaz uparcie mowie po angielsku (nawet jak na spotkaniach dyrekcji obowiazuje nas francuski - ja grzecznie sie przysluchuje, ale uwagi wtracam i tak po swojemu). Czasem smiesznie wychodzi jak prowadze zawile rozmowy mowiac po angielsku, a rozmowca mi odpowiada po francusku, ale i tak uwazam to za najbezpieczniejsze rozwiazanie jak omawiamy jakies sprawy sluzbowe.

Teraz pewnie bede miec serie kolejnych wpadek na urlopie we Francji, ale to opisze najwczesniej za tydzien...

1 komentarz:

Unknown pisze...

Moja Droga E/W!

Widze, ze wiedziesz podwojne zycie - bez niedomowien - prawdziwe i wirtualne ;o)

A propos francuskiego, to "le russe" powinno sie wymawiac jako "ly rüs". Czyli zamiast e mowisz y, a zamiast u mowisz u z umlautem, jak w niemieckim. Wiem, wiem, latwiej napisac niz wymowic, ale to juz inna bajka ;o) No, ale na kursach w pracy tego nie ucza...

Udanego blogowania i milego wieczoru. Pojawie sie w przyszla srode :o)

À bientôt!
Kubus