To lista kilku najslawniejszych:
Dinant - malownicze miasteczko w Ardenach w
Belgii. Podczas pierwszej wizyty kupilam mapke ze szlakami dla pieszych i rok temu wybralam sie ze znajomymi na spacer w naturze. Jak sie okazalo Belgowie takich wycieczek nie robia, szlak zarosl i przedzieralismy sie przez jezyny, maliny, pokrzywy, zboze itp. Na koniec polowa grupy zaczela kichac, wiec skrecilismy, zeby ominac rumianki i jak bylismy na bardzo stromym zejsciu nagle uslyszelismy strzaly i cos sie na nas posypalo. Wystraszylismy sie, ze mysliwi poluja na zwierza i pietra mielismy strasznego, ale okazalo sie, ze to grupka facetow z armatki wyrzucala doniczki, do ktorych potem strzelali, a my sie znalezlismy dokladnie w polu spadu gruzu (kawalek tego co nam spadalo na glowy widac na zdjeciu)!!! Fachowo to sie chyba nazywa strzelanie do rzutkow (clay pigeon shooting). Panowie zdebieli, jak zobaczyli 11 turystow mowiacych w dziwnym jezyku wylaniajacych sie z krzakow, my zrobilismy im straszna awanture, a ja wiecej na szlak do Dinant nie pojechalam.
Rixensart - nauczona doswiadczeniem wyszukalam w necie informacje o organizacji Adeps organizujacej spacery po Belgii (dla szpanerskich tubylcow w butach do trekingu, z kijkami do nordic walking i bidonami z woda, nawet jak trasa wiedzie asfaltowa droga). I kiedys pojechalam na taka zorganizowana bezpieczna wyprawe. Dostalismy mapke i sie okazalo, ze polowa szlaku wiedzie miedzy domami. Wiec skrecilismy do lasu, ktory niestety byl prywatny, ale znalezlismy przejscie i poszlismy dalej. Tam byly grzyby i na wszelki wypadek postawilismy na czatach syna kolezanki, zeby nas uprzedzal o przechodniach, a on zamiast tego z niewinna mina ich informowal co robimy. Na koniec totalnie stracilismy poczucie orientacji i gdyby nie jego kompas to mielibysmy powazny problem z powrotem do domu. Jardin botanique national de Belgique, czyli ogrod botaniczny pod Bruksela. Znowu bylo nas kilkanascie osob i najpiew szlismy pieszo kilka kilometrow wzdluz drogi szybkiego ruchu od Atomium (z kazdym kilometrem zaufanie grupy do mnie malalo, ale na koniec okazalo sie, ze bylo warto tam isc). Na miejscu moglismy podziwiac prawdziwa zlota jesien. I wszystko byloby super, gdyby kolega, ktory swietnie zna francuski, nie przeczytal, ze na krzaczku rosnie rodzynka amerykanska i jednej nie zerwal i jej nie zjadl. Dopiero jak sie zaczal krzywic, ze kwasna, doczytalismy, ze jest to roslina silnie toksyczna. A kolega dzieki nam sie dowiedzial, ze rodzynki nie rosna na drzewie rodzynkowym. Na szczescie szkod zadnych nie odniosl.
Grimbergen - znowu spacer od Atomium, 9 km w jedna strone, poszlismy zwiedzic browar. Jak juz doszlismy do miasteczka (skadinad bardzo urokliwego), nikt nie umial nam powiedziec, gdzie tu robia piwo. Zaszlismy do pubu i tam barman nas uswiadomil, ze 300 lat temu produkcje przeniesiono do... Brukseli. Wiec wypilismy po piwku w knajpce i wrocilismy pieszo te 9 km spowrotem. Mialam tez kiedys probe zwiedzenia swietnie sie zapowiadajacego browaru Leffe. Najpierw kazano nam czekac pol godziny na nastepna ture wycieczki i jak juz przewodnik przyszedl, to sie spytal w jakim jezyku chcemy zwiedzac. Jak wybralismy angielski, to odparl, ze takiej opcji nie ma. Francuski? Nie ma. A jaki jest? Niderlandzki. Jak juz sie zdecydowalismy, byle nas przeprowadzil i dal darmowe piwo, to stwierdzil, ze jak tego jezyka nie znamy, to oprowadzania nie bedzie i nas wyprosil. Od tego czasu w ramach protestu nie pije Leffe (Grimbergen za bardzo lubie, zeby zrezygnowac ;-)).
Opera Wiedenska - 1 maja zeszlego roku grzecznie kupilismy bilety na wycieczke z przewodnikiem po Operze w Wiedniu. Po zwiedzaniu zapytalismy czy moglibysmy jeszcze wejsc do holu zrobic pare ostatnich zdjec. Jak sie obfotografowalismy okazalo sie, ze juz nikogo nie ma, opera zamknieta, a na sa zewnatrz tlumy protestantow robiacych jakies pochody pierwszomajowe. I tak szukajac wyjscia obieglismy pol budynku, lacznie z garderobami i tylko patrzylismy czy nie ma kamer i zartowalismy, ze w tym czasie BBC i CNN nadaja relacje, ze szostka terrorystow opanowala opere. Jedyne wyjscie znalezlismy przez kawiarnie.
Rzym - do miasta przylecialysmy tanimi liniami poznym wieczorem, tam wynajelysmy auto i sie skierowalysmy na wloskie wybrzeze, gdzie mialysmy mieszkac. Najpierw sie okazalo, ze nasz zjazd z autostrady jest w remoncie i jakis czas krazylysmy wkolo zastanawiajac sie, co robic. Jak juz dotarlysmy nad morze i zobaczylysmy fale, okazalo sie, ze nie mozemy namierzyc kempingu. Probowalysmy zapytac policjantow, ale nam uciekli, potem troche glupio nam bylo podchodzic do ambulansu, gdzie kogos reanimowano i ostatecznie zostaly nam panienki lekkich obyczajow tudziez ich klienci. Kemping byl tuz obok, kilkaset metrow od morza, tylko nikt nas nie uprzedzil, ze miedzy naszym miejscem zamieszkania a plaza przebiega trasa szybkiego ruchu z jakims podejrzanym elementem. Ale nocleg byl rewelacyjny - bungalow E, stal na ceglach, jak choc jedna z nas wstala, to caly sie bujal.
I jedno trzeba przyznac - choc przewodnik ze mnie zaden (znam sie tylko na mapie, ale z reguly nie znam zadnych opowiesci o miejscach, ktore zwiedzamy), nie lubie sprzeciwu (choc dopuszczam dyskusje), to z wycieczek ze mna wraca sie z reguly pelnym wrazen. I zawsze mozna puscic wodze wyobrazni (jadac Eurostarem do Londynu mocno sie zastanawialysmy, jak udalo sie wybudowac tunel pod kanalem La Manche - jeden z pomyslow, to grupka nurkow ze szpachelka, ktorzy sie zanurzali i budowali kanal - w rzeczywistosci biegnie on w ziemi, a nie w wodzie, ale o tym dowiedzialam sie dopiero dzis).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz