poniedziałek, 16 lutego 2009

Ława

Czytam 'Dziewczyne z zapalkami' Anny Janko (ksiazka troche zbyt ponura jak na moj gust, ale czyta sie dobrze) i tam trafilam na opis… lawy.

Lawa - niski stol biesiadny, z blatem na wysokosci kolan, modny szczegolnie w epoce gierkowskiej, nadajacy sie w istocie tylko do czytania gazety lub podgryzania slonych paluszkow. Jednakze Polacy przy lawach sniadali, obiadowali i podwieczorkowali, kultywujac niewygode i skladajac ofiare z sukien i spodni obficie oblewanych i obsypywanych spozywanym pokarmem.

U nas w domu tez byla lawa, dzieki ktorej fantazyjnie skrzywilam sobie kregoslup (jako dziecko oprocz czynnosci wyzej wymienionych odrabialam przy niej lekcje wywijajac sie na wszystkie strony). W efekcie przez wiekszosc lat bylam zwolniona z WFu i w zamian jezdzilam na zajecia korekcyjne, gdzie ryjac nosem w materac i trzymajac woreczki z kasza mialam udawac, ze plyne zabka. Czasem dostawalam tylko czesciowe zwolnienie (ze skakania, dzwigania itp) i wtedy mimo moich srednich wynikow i tak stawiano mi piatki ‘za dobre checi’. Jest jeden plus tej calej sytuacji – teraz musze cwiczyc, zeby mi sie kregoslup nie dawal we znaki. Na moich ulubionych zajeciach instruktorka co tydzien przynosi inne rekwizyty, zeby nie przyzwyczajac miesni do wciaz tych samych ruchow i niestety okazalo sie, ze nie umiem skakac na skakance stylem przeplatanym (zawsze przeskakuje prawa noga), hula hop zazwyczaj mi spada (choc wlasnie sie nauczylam nim krecic na rece!), a o lapaniu podrzucanej pilki moge zapomniec, bo sie lapie za glowe zamiast za spadajaca pilke. Najlepiej mi ida cwiczenia z krzeslem (ten mebel mam opanowany do perfekcji) i podestem (to zasluga mieszkania od roku w starej kamienicy na drugim pietrze bez windy). Ale dobre checi mnie nie opuszczaja!!!

Za to w moim mieszkaniu mam stol. Porzadny drewniany z 4 krzeslami i dwoma awaryjnymi stolkami jak przyjdzie wiecej osob. Na codzien w polowie jest zasypany gazetami, notatkami, mapami, zeszytami, ksiazkami, ktore chowam na miejsce zawsze jak spodziewam sie, ze ktos przyjdzie, po czym znowu wracaja na wierzch (mam ostatnio zly nawyk przegladania tego wszystkiego podczas jedzenia). Przy tym stole pisze bloga i rownoczesnie moge ogladac telewizje, co wlasnie czynie (na EXQI Culture jest koncert jazzowy). A jak skoncze, to posprzatam ten stos papierzysk, bo pojutrze mam gosci.

I choc poczatkowo myslalam o kupieniu malej lawy i postawieniu jej przy kanapach, to juz zrezygnowalam z tego pomyslu.

A siedzac na krzesle nadal sie krzywie. Consuetudo est altera natura. (Przyzwyczajenie jest druga natura).

Grafik

Ostatnio postanowilam, ze czas sie spotkac z grupka znajomych i wyslalam maila, ze jestem w pelni elastyczna co do dnia spotkania, byle nie byl to poniedzialek, czwartek, piatek i zaden z najblizszych weekendow ;-) Podobnie jest z umawianiem sie ze mna na lunch – mam do dyspozycji… kazdy piatek oprocz tych w ciagu najblizszego miesiaca (w poniedzialki jest chor, we wtorki - konwersacje, w srody - polskie lunche w pracy, w czwartki - gimnastyka, na piatki trzeba sie zapisywac z duuuzym wyprzedzeniem).

Na skype’a to juz wogole nie umiem sie zadeklarowac, bo mi wciaz cos wyskakuje w ostatniej chwili i prawie mi sie nie zdarza spedzac wieczorow w domu, a jak juz jestem przed 22ga to znaczy, ze albo ktos u mnie jest, albo sprzatam/piore/prasuje, wiec i tak nie wlacze komputera. Zatem jak juz sie pojawie (zazwyczaj oznacza to, ze pisze bloga, maila, albo cos pilnie zalatwiam), to trzeba mnie lapac, bo nastepna taka okazja moze sie szybko nie powtorzyc!

Na szczescie od czasu do czasu cos mi z grafiku wypada i wtedy doceniam fakt, ze mam wolny wybor i udaje mi sie zrobic cos 'spontanicznie'.

Za to teraz planuje wakacje i mam juz pomysly na prawie kazdy dzien urlopu, ktory mi przypada na ten rok ;-)

niedziela, 15 lutego 2009

Romeo i Julia


Od czasu do czasu lubie ckliwe historie i tak sie zlozylo, ze ostatnio dwa razy pod rzad bylam na 'Romeo i Julii' (choc za opowiescia specjalnie nie przepadam). Najpierw obejrzalam sztuke wystawiana przez teatr z Oklahomy w Brukseli po angielsku. Jednak zamiast cytatow z Szekspira, dwojka aktorow (jedno z nich jest na zdjeciu obok) probowala odtworzyc rozmowy, ktore przeprowadzili z Amerykanami, pytajac ich co pamietaja z opowiesci o slawnych kochankach. Przez pierwsze 15 minut bylo smiesznie, ale potem okazalo sie, ze kazdy mowil to samo i caly czas klepali podobny tekst w identyczny sposob. Po godzinie prawie spalam, teatr opuscilam z ulga. Nastepnego dnia opowiadalam znajomym Polakom, ze to byl koszmar czym wprawilam w ogromne zaskoczenie przysluchujacego sie kolege-obcokrajowca: 'Romeo et Juliette? Un cauchemar?!!!' ;-)

Na szczescie wszystko co ta opowiesc stracila w moich oczach przed kilkoma tygodniami, to odzyskala dzisiaj. Balet moskiewski do muzyki Prokofieva nie mogl mnie zawiesc. Przepiekne kolorowe stroje, urodziwi tancerze i swietna choreografia robily wrazenie. Kolega-Holender zauwazyl, ze moze nasz zachwyt wzbudza slowianskie podejscie do tematu - glowy rodow Kapulettich i Montekich ubrani byli w kontusze niczym z 'Pana Tadeusza', a dworki mialy stroje lowiczanek. Dla urozmaicenia Tybalt i Julia byli wyraznie pochodzenia azjatyckiego (co poniekad nie szkodzilo, bo przeciez byli z tych samych rodow ;-) Swietne byly role Merkucja (ktory caly czas robil wrazenie, ze swietnie sie bawi - nawet podczas koncowych braw stronil do swojego mordercy Tybalta) i niani (siadala na stolku rowniutko z hukiem podkladu muzycznego), ale w prawdziwy szok nas wprawilo, jak Romeo z zamachem rzucil na ziemie rzekomo niezywa ukochana! Julia upadek przezyla! Ale zaraz potem odegrala swoje samobojstwo.

Generalnie mam za soba przepieknie spedzone 3 godziny.

Po kliknieciu tu, mozna posluchac fragmentu 'Romea i Julii', ale w innym wykonaniu niz widzialam.

W czerwcu ide na Don Kichota (tez balet moskiewski).

wtorek, 10 lutego 2009

Sezon na gosci rozpoczety

Jak sie mieszka w BXLi przez kilka lat, to z czasem mozna sie przyzwyczaic do calej listy dziwnych sytuacji z ktorymi sie spotykamy na codzien, ale przestajemy je zauwazac. Dlatego bardzo lubie miec gosci, bo dzieki nim moge spojrzec na to moje otoczenie ich oczami i czasem skonfrontowac, o ile inaczej zyje mi sie tutaj, niz przed paroma laty.

Z reguly (choc jest sporo wyjatkow) moje rowiesniczki w Polsce sa juz zamezne i nierzadko maja jedno dziecko. Czas im mija na pracy i obowiazkach domowych, wychowywaniu potomstwa, odpoczynku przed telewizorem, spotkaniach z krewnymi i (rzadziej) z przyjaciolmi, ktorzy sa w podobnej sytuacji rodzinnej (czyli malzenstwa z dzieckiem).

Tymaczasem tutaj najczesciej jestesmy stanu wolnego, bez dzieci, po pracy sie spotykamy ze znajomymi w pubach, na probach, koncertach, fitnessach, czy zapraszamy sie nawzajem, rodzine widzimy jedynie podczas swiat i urlopow, a filmy ogladamy w kinie. I nie umiem powiedziec, czy zyje nam sie lepiej lub gorzej niz w Polsce, ale napewno zyjemy inaczej.

Byla teraz u mnie na weekend kuzynka (jej maz i synek zostali w Polsce i tak sie zlozylo, ze na te pare dni przyleciala do mnie sama). Standardowo zaczelysmy od spaceru po miescie, a potem mialam okazje ja zabrac na dwa spotkania. W sobote poszlysmy na parapetowke do kolezanki i przez pierwsza godzine bylysmy w towarzystwie samych samotnych Czeszek i Slowaczek. Panow przyszlo kilku i sie smialysmy, ze co niektore dziewczyny sie na nich rzucily jak hieny, bo to towar bardzo limitowany.

Udalo mi sie znalezc raport o pracownikach instytucji i tam niezbicie stwierdzaja, ze w naszym przedziale wiekowym zatrudnionych kobiet jest ponad 2 razy wiecej niz facetow. Proporcje sie wyrownuja dopiero wsrod 45-latkow. Najgorzej maja 25latki (na 105 dziewczyn przypada 19 przedstawicieli plci przeciwnej). W uproszczeniu wyglada to tak, ze instytucje sa pelne mlodych kobiet z nowych krajow czlonkowskich i starszych facetow z EU15 (czyli unii przed rozszerzeniem w 2004 roku).

Te statystki (nota bene raport jest swiezutki, bo zaktualizowano go 9 stycznia br) mialy odzwierciedlenie na imprezie. Kolejnym zaskoczeniem kuzyki byly pytania jakie zadawano zaraz po przedstawieniu sie sobie nawzajem. Pierwsze to ‘W jakim DG pracujesz?’ (zatem od razu zakladamy, ze wszyscy wokolo sa z instytucji, bo skad u licha ktos z zewnatrz ma wiedziec, co to jest ‘didzi’) i czy nie chcialaby wyjechac z Polski i pracowac w Brukseli ;-)

Natomiast drugiego dnia bylysmy na probie choru w skrajnie innym towarzystwie – tu juz liczba malzenstw wzrosla i w dodatku naszym spiewom przysluchiwalo sie pare dzieci w wieku od kilku tygodni (!!!) do paru lat. Juz na naszej polskiej mszy wyraznie widac, ze Epsy jak moga, to namnazaja sie szybko i sprawnie, bo ilosc maluchow wystarczylaby na male przedszkole. Trend widac we wszystkich grupach narodowosciowych - kolega Belg z ktorym pracuje ma 4 corki, kolega Francuz – szostke (chcieli miec 5, ale na koniec trafily sie im blizniaki). Te zwyczaje stopniowo przejmujemy i my i np. panstwo ambasadorostwo moga sie juz pochwalic 10tka potomstwa (wiecej na stronie http://kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53662,4040977.html). W Polsce osiagnieciem jest jedno dziecko, w Belgii z reguly liczba ta znacznie wzrasta. I kiedy w kraju swiezo upieczeni rodzice zasluzenie relaksuja sie przed telewizorem, tutaj dzieciaki pakowane sa w samochod i zabierane na spotkania, zakupy, wycieczki i wszedzie tam, gdzie dorosli musza czy chca sie udac, a brakuje dziadkow, z ktorymi mozna by maluchy zostawic. Jak juz urosna, to troche wytchnienia zapewniaja rozne zajecia: umuzykalnianie, balet, sport, kolega wyslal teraz corke na tydzien do Euro Space Center w Ardenach czy na weekend ubiera sie je w szorty (niezaleznie od pogody i temperatury powietrza) i wysyla na zbiorki organizacji skautowskich.

W naszym polskim chorze urodzilo sie juz trzecie dziecko w tym roku kalendarzowym! Ich rodzice powoli do nas wracaja, lada chwila dzieciatka zaczna im towarzyszyc na codzien. W nosidelkach, chustach czy lezaczkach beda uczestniczyc w swiecie doroslych. Sluchac naszych spiewow zamiast ogladac bajki w telewizji. Za pare lat zobaczymy, co z nich wyrosnie…

A kuzynka wtedy odwiedzi mnie ponownie i porowna ;-)

Nagranie

Uffff. Wczoraj wieczorem udalo nam sie wreszcie zakonczyc nagrywanie plyty z koledami!!! W ciagu najblizszych miesiecy beda jeszcze dograni solisci, dzieci (wtedy my spiewamy tylko 'dudududu' albo 'hmmm hmmm') czy skrzypce i trzymam kciuki, zeby nie trzeba bylo robic zadnych poprawek. Plyte nagrywalismy po nocach w kosciele o.Dominkanow, trzesac sie z zimna i popijajac herbatke z wkladka. Kazdy mial na sobie pare warstw swetrow, cieple buty, czapki, rekawiczki (wszystko z nieszeleszczacych materialow) i wygladalismy wyjatkowo zabawnie i kolorowo (zwlaszcza z zaczerwienionymi policzkami z zimna). Ale czego sie nie robi dla sztuki ;-)))

Pierwsze nagrania robilismy zaraz po naszym powrocie z nart i na wyjazd ja i jedna kolezanka chorzystka dostalysmy zadanie nauczenia sie i przecwiczenia tekstow. Spiewnikow ze soba nie wzielysmy, ale dyrygentka i tak moglaby byc z nas dumna, bo pod koniec stycznia poszlysmy na niedzielna msze do malutkiego kosciolka we St Sorlin, gdzie ksiadz przyjezdza tylko raz w miesiacu (akurat dobrze trafiysmy), stanowilysmy prawie polowe wiernych, ktorzy sie tam zgromadzili i na pytanie, co umiemy zaspiewac wyjechalysmy z polskimi koledami. Zatem dzielnie szerzylysmy polska kulture na wysokosciach.

Na szczescie pomimo mojego sentymentu i zamilowania do koled, ten repertuar zamknelismy na najblizsze pare miesiecy. Za to na naszym chorku w pracy cwiczymy intensywnie... 'Va pensiero' z 'Nabucco' Verdiego. Podklad muzyczny mamy z plyty - jednym slowem bawimy sie w karaoke ;-)

http://www.youtube.com/watch?v=7K68tdN3fYw

niedziela, 1 lutego 2009

Wspomnienia z podboju UE

W zeszlym roku moj blog zostal wspomniany przez Reine_Marguerite. Wkrotce rozpocznie staz w Brukseli (trzymam kciuki) i troche mnie sprowokowala do przypomnienia sobie, jak to bylo na poczatku... Na moja druga rocznice, kiedy ze znajomymi robilysmy duza impreze, jedna kolezanka przygotowala swietna prezentacje o mnie i innych Epskach, ktore tez zaczely prace w lutym. W tym celu musialysmy podeslac jej fragmenty starych maili, ktore pisalysmy do znajomych/rodziny. Tu wklejam kilka fragmentow z 2006 roku:

Wszystko zaczelo sie w piatek po pracy wyjsciem z moim Unitem na piwko. Nauczona doswiadczeniami z poprzedniej firmy bardzo sie ucieszylam z takiej mozliwosci, jak mi jeszcze powiedzieli, ze idziemy do jakiegos super miejsca, gdzie chodza urzednicy, to sie ucieszylam jeszcze bardziej i jak juz dojechalam na miejsce (srednia wieku ludzi z ktorymi pracuje jest ok. 40 lat, wiekszosc po slubie i jeden 'kolega' mnie podrzucil) to sie zalamalam - bylo tam tak potwornie ciasno, ze ludzie stali w kurtkach z piwem w reku i udawali, ze jest tak super. Porazka. Czulam sie jak w tramwaju, taki scisk, tylko nie bujalo. Po 2 godzinach zwatpilam i zwialam prosto na comiesieczne spotaknie Polakow pracujacych w instytucajach (w kazdy pierwszy piatek miesiaca). Jak tam doszlam, bladzac niemilosiernie, to wpadlam w absolutny zachwyt - pub wygladal bardzo polsko, wokol sami Polacy, az zal bylo wychodzic.

W sobote ruszylam na poszukiwanie mieszkania. Generalnie to mi sie srednio podobaly, bo pietra sa malutkie i wszedzie sie trzeba bardzo nachodzic po schodach. Hitem bylo jedno mieszkanie, generalnie bardzo ladnie urzadzone, gdzie w celu dojscia do pokoju, ktory mialam wynajmowac, trzeba bylo pojechac w gore winda, potem pietro po schodach, potem korytarz, potem super waskie i strome schody w dol, tak zakrecone, ze caly czas sie zastanawiam, jak ja bym tam sie miala zmiescic z walizka. Zeby sie dostac do salonu, stala drabina, po ktorej trzeba sie tam bylo wdrapac. Jakis kosmos. I pokoj kosztowal tam 500 eur. Pewnie nie musialabym doplacac jeszcze za gimnastyke, ale i tak dziekuje bardzo za takie udogodnienia. Ostatecznie zdecydowalam sie na ladny pokoik z balkonem, 10 min pieszo od pracy, w ladnej i podobno bezpiecznej okolicy, lazienka na polpietrze (niestety) i 4 innymi osobami wynajmujacymi pokoje na innych pietrach. Zaraz ide podpisac kontrakt i mam pokoik na 6 miesiecy z mozliwoscia przyjmowania gosci ;-)))

Co do pracy, to tu wcale lepiej nie jest, jesli chodzi o to co tu robie. Caly czas nie wiem, co gdzie jest i za co sie zabrac. Dzis pol dnia stracilam na wyrobienie sobie indentyfikatora - poszlam tam o 8-mej, zeby byc jedna z pierwszych, ze specjalnej maszyny wyciagnelam numerek i jak zaczeli nas wpuszczac, to sie okazalo, ze tasma z numerkami byla wlozona w odwrotnej kolejnosci i numery zamiast narastac, to sie zmniejszaly. Balagan maksymalny!

Poza tym jestem troszke przytloczona biurokracja i procedurami. I pomyslec, ze narzekalam kiedys na tabelki w poprzedniej pracy. Tu zamiast tabelek mam liste, z ktora bede pokonywac kilkometry po korytarzach zbierajac podpisy. Przynajmniej nie bede narzekac na brak ruchu ;-))) Ludzie, z ktorymi pracuje, sa na szczescie dosc sympatyczni i pomocni. Jak na poczatku dostalam od IT klawiature francuska - oni tam maja wszystko w innym miejscu - i troche ponarzekalam, od razu mi zalatwili taka normalna (a wiem od innych ludzi z innych DG, ze sie nie moga doprosic o zmiane).Niestety mam szefowa gestapowca - nawet na kurs francuskiego mi zolza nie pozwolila pojsc, bo mam sie skupic na pracy.


Szkoda, ze wtedy nie wpadlam na pomysl prowadzenia bloga, bo bym miala takich historyjek jeszcze wiecej. Na koniec cytuje absolutny hit w postaci wspomnien mojej kolezanki :

Umowmy sie, nie byla to najlepsza decyzja jaka podjelam w zyciu. Dzisiaj przed praca usilowalam kupic sobie kolejna paczke chusteczek higienicznych, bo z nosa leje mi sie ciurkiem. Tymczasem zachodze dzis do sklepu a tam polka pusta i nie ma zadnych. Mysle sobie kupie w jakims kiosku po drodze, ale tu (cenzura) nie ma zadnych kioskow po drodze. Tu sa albo domy, albo biura, albo sklepy z drogimi ciuchami, ewentualnie (cenzura) czekoladki. Spozywczych jest malo, bo to jest Europa Zachodnia i oni nie jedza w domu - albo na stolowkach albo w restauracjach. Przekonuje sie powoli do Arabow, bo to jest jedyny narod, ktory tu pracuje jakos sensownie.

Rocznica

Dzis obchodze 3 rocznice rozpoczecia pracy w Komisji. Wciaz pracuje w tej samej dyrekcji, ale rok temu zostalam przesunieta z inicjowania platnosci dla jednego z dzialow do ich sprawdzania dla calego dyrektoriatu. I poki co, zadnych zmian nie planuje, choc na tym stanowisku moge byc jeszcze max 2 lata i musze sie przeniesc gdzies indziej (jest to wymog dla finansistow, zeby zminimalizowac ryzyko korupcji). Na szczescie jako mianowany urzednik nie musze sie martwic bezrobociem.

Przyjazd do Brukseli ma jednak swoje dobre i zle strony.

Glowne plusy to:
• Stabilna i dosc spokojna praca
• Mnostwo nowych mozliwosci: spiewanie w chorach, koncerty i wodewile, liczne wycieczki i nowi znajomi, z ktorymi mozna 'konie krasc'
• Swietna lokalizacja - 1,5 godziny pociagiem od Paryza, 2 od Londynu, 6-7 od Lazurowego Wybrzeza ;-)

Ale sa tez minusy:
• Zamienilam sliczna podlodzka miejscowosc, las i ogrodek z grzadkami z kwiatkami na zanieczyszczone miasto (szczegolnie dotkliwie odczulam to wczoraj, jak wrocilam z gor i poczulam smrod spalin)
• Coraz bardziej czuje sie 'gosciem' jak wracam do Polski, a z kolei w Belgii wciaz jeszcze nie jestem do konca 'u siebie' - ciagle sie nie moge dogadac z tubylcami, a francuskiego sie bede uczyc permanentnie

Przede mna jeszcze ponoc 40 lat pracy (chodza sluchy, ze wiek odchodzenia kobiet na emeryture maja z czasem przesunac do 70tki). Glownie mnie martwi fakt, ze coraz mniej nadazam za tym, co sie dzieje w Polsce - w grudniu kuzynka mi przywiozla gazete 'Viva' z rankingiem 50 najprzystojniejszych Polakow i o wiekszosci z nich nigdy nie slyszalam. Nie znam nowych piosenkarzy, prezenterow telewizyjnych, aktorow. O hitach ksiazkowych dowiaduje sie z 'Merlina' z lekkim opoznieniem, a nowosci filmowe docieraja do nas wiele miesiecy pozniej na DVD. Za pare lat juz zupelnie sie pogubie... Szkoda...