poniedziałek, 15 lutego 2010

Lost in translation

... czyli kilka slow wyjasnienia a propos blokady bloga.

Chociaz zawsze wydawalo mi sie, ze jezykiem polskim wladam biegle i potrafie 'odpowiednie dac rzeczy slowo', okazalo sie, ze i mi zdarzaja sie przeklamania w przekladzie i odbior tego co mowie czy pisze moze byc czasem calkiem inny od zamierzonego (zwlaszcza jak sie bierze pod uwage tylko czesc wypowiedzi, wyrzucajac kontekst i co niektore zdania). Blog przez chwile wymknal sie spod kontroli i zaczal zyc wlasnym zyciem, stad decyzja o jego zablokowaniu. Troche stchorzylam, bo przepuscilam okazje kilkudziesieciokrotnego powiekszenia ilosci czytelnikow, a na taki nagly wzrost popularnosci nie bylam absolutnie przygotowana. Mam zatem nadzieje, ze przyslowiowe piec minut juz minelo, emocje ustaly i licze przede wszystkim na powrot stalych czytaczy.

Istnieje tez prawdopodobienstwo, ze dolaczyli nowi goscie, ktorych witam i w razie uwag, bardzo prosze o wyrazanie swojego zdania przez zakladke komentarze, ktore od zawsze mozna bylo zostawiac pod kazdym postem, albo kierowanie ich bezposrednio do mnie (choc ten przywilej maja tylko ci, ktorzy mnie namierzyli badz znaja skadinad).

A co u mnie? Po pierwsze, troche stesknilam sie za blogowaniem. Przez ponad poltora roku po kazdym wiekszym czy mniejszym wydarzeniu wlaczalam laptopa i wystukiwalam kolejne dyrdymaly. Nauczylam sie patrzec bardziej swiadomie i to wieczorne (czy w moim przypadku raczej Wieczorynkowe) klikanie weszlo mi w nawyk i wielokrotnie pozwalalo mi zlapac dystans do tego co sie dzieje dokola (dobrze czasem z perspektywy spojrzec na wydarzenia, ktore kiedys spedzaly mi sen z powiek, a teraz powoli zacieraja sie w pamieci). Pomijam juz tak prozaiczne powody, ze dzieki starym zapiskom latwiej mi sobie przypomniec, kiedy trzeba sie zapisac na bieg, kiedy kwitna endymiony i jak dojsc do rezewaru w De Panne. I bynajmniej nie czuje potrzeby trzymania tych genialnych odkryc tylko dla siebie.

Po drugie, minela moja 4 rocznica przyjazdu do Brukseli. Ja zamiast swietowac, troche sie pochorowalam, ale wlasciwie toast wziesiony lait russe'm i zagryziony ptasim mleczkiem na srodowym lunchu tez sie liczy. Jak dobrze pojdzie, to przede mna jeszcze jakies 10 takich czterolatek ;-)

Poza tym jestem dotleniona i wypoczeta po wspanialym tygodniu we Francji. Kiedy po raz kolejny zmagalam sie z silami fizyki i grawitacja uczac sie jazdy na nartach (wciaz poziom poczatkujacy), wszelkie brukselskie troski i problemy staly sie bardzo odlegle i zeszly na dalszy plan.  A zatem, jak spiewal Mlynarski (w kontekscie co prawda zupelnie innym, ale chyba pasuje do reaktywacji bloga):

Róbmy swoje,
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje,
Bo dopóki nam się chce,
Drobiazgów parę się uchowa:
Kultura, sztuka, wolność słowa, dlatego
Róbmy swoje,
Może to coś da? Kto wie?...


http://www.youtube.com/watch?v=16KoUgNjJTw

PS Milosnikow slowa pisanego odsylam natychmiast do literatury pieknej (vide akcja 'czytaj ksiazki a nie blogi'!). To jest moja grafomania i zakladam, ze mam prawo dowolnie wybierac poruszane zagadnienia, nie trzymac sie tematu i wyrazac wlasne poglady, jak dlugo nie sa one krzywdzace dla osob trzecich i nie wkraczaja w sfere ich zycia prywatnego. Znajomi juz sie pogodzili, ze od czasu do czasu pojawiaja sie w moich tekstach. Jak dotad, nikt nie zglaszal zazalen.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Ojciec Damian z Molokai

Père Damien to wedlug sondazy ponoc najbardziej rozpoznawalny Belg na swiecie. Urodzil sie w malej wsi Tremelo, studiowal w Leuven i jeszcze przed konsekracja udal sie na Hawaje, gdzie zglosil sie do pracy z tredowatymi na Molokai. Szybko stal sie nie tylko duszpasterzem, ale i lekarzem, pielegniarzem, grabarzem, a przede wszystkim przyjacielem chorych (w sumie pisze sie o 12 funkcjach, ktore sprawowal rownoczesnie). Zmarl w wieku 49 lat. W pazdzierniku 2009 zostal wyswiecony przez papieza Benedykta XVI.

Dzis ojciec Damian jest zrodlem inspiracji dla innych pragnacych dazyc z pomoca i symbolem jednej z najbardziej popularnych akcji charytatywnych w Belgii organizowanych co rok pod koniec stycznia - http://www.actiondamien.be/. Corki mojego kolegi z pracy mocno zaangazowaly sie w dystrybucje magicznych dlugopisow z logo akcji, z ktorych dochod w tym roku jest przeznaczony dla Bangladeszu, gdzie trad i gruzlica zbieraja wciaz swoje zniwo. Dzieki nim tez sie stalam wlascicielka 4 pisakow (kolega niestety sam nie dal rady zapewnic odpowiedniego popytu dla wszystkich swoich 4 corek i prosil o wsparcie). Mimo zlej pogody, kryzysu, rosnacego bezrobocia, skupieniu sie na pomocy dla poszkodowanych w trzesieniu ziemi na Haiti, dzieciakom udalo się sprzedac 510 tysiecy zestawow.

A z ciekawostek: na stronie, gdzie opisano objawy i przebieg gruzlicy, wymieniono rowniez kilku znanych pisarzy, malarzy i muzykow, ktorzy zmarli na ta chorobe – wsrod nich jest m.in. nasz rodzimy Fryderyk Chopin (choc obecnie uwaza sie, ze cierpial na nieznana wowczas mukowiscydoze).

niedziela, 24 stycznia 2010

Spiewac kazdy moze

No i okazuje sie, ze nie kazdy.

Otoz pokrzepieni sukcesem naszej pierwszej plyty, dojrzewamy do pomyslu nagrania kolejnej. Najpierw przezornie zorganizowalismy sobie zajecia z emisji glosu. Na pierwsza lekcje nie dotarlam, bo bylam na koncercie Lodzkiego Teatru Muzycznego w BXLi i teraz musialam nadrobic zaleglosci. Zaczelo sie od oddechu, w ktorym najpierw miesniami nalezy rozszerzyc zebra, a nastepnie gleboko wciagnac powietrze wprawiajac w ruch przepone. Lata pilatesu i wymyslnych gimnastyk nie poszly na marne, okazalo sie ze zadanie umiem wykonac spiewajaco. Na tym niestety sie skonczylo. Kolejnym zadaniem bylo obnizenie krtani, ktore polega na ziewnieciu i utrzymaniu narzadu w tej dosc nienaturalnej pozycji (w tym momencie zaczyna sie wygladac jak paratlityk). Do tego wazne jest, zeby sie nie spinac a rozluznic. A na koniec nalezy wydobyc z siebie glos, korzystajac odpowiednio z rezonatorow (czyli postarac sie go poczuc np. w nosie).

Reasumujac: musialam sie rozluznic, rozszerzyc zebra, nabrac powietrza, obnizyc przepone, wyregulowac krtan, po czym z ust wydobyl mi sie… skrzek. I bynajmniej w zatokach nic mi sie nie odezwalo ;-) Po paru probach stwierdzilam, ze jestem zbyt zestresowana i moze lepiej najpierw pocwicze sobie sama w domu. Kiedy jednak zaczelam trenowac w zaciszu mojego mieszkania, jak ryknelam, to sie wystraszylam, ze sasiedzi albo sie zaraz zbiegna z pytaniem, co mi sie stalo, albo zaczna wysylac na mnie donosy do wlasciciela kamienicy (ktory jest lekarzem i bez watpienia ma jakiegos znajomego psychiatre).

Przy czym okazuje sie, ze u mnie problem lezy glebiej. " Kto chce dobrze śpiewać musi dobrze mówić". Na probie teatralnej kiedys przysluchiwano sie naszej dykcji i wyszlo, ze nagminnie ‘zjadam’ spolgloski. ‘Pojechaam’, ‘wzieam’ – to kilka przykladow. Do tego jak siedze, to zle mi sie oddycha przepona i dzwieki nie maja odpowiedniego podparcia, co sprawia, ze dosc slabo mnie slychac.

A zawsze uwazalam, ze mam nauczycielski glos…

Troszke sie martwie, ze im bardziej sie zaglebie w teorie, tym szybciej strace cala przyjemnosc robienia czegos. Pewnie podobnie by bylo z pisaniem bloga, jakbym poszla na zajecia ze stylistyki. Dobrze, ze nie ma kursow, jak organizowac wycieczki ;-)

sobota, 23 stycznia 2010

W swoim zywiole

Tak sie troche opuscilam w pisaniu, bo cala energie i kreatywnosc kieruje gdzie indziej. To juz niemal tradycja, ze jak tylko uporam sie z egzaminami z jezykow, kiedy od czasu do czasu zza gestych chmur wyjrzy slonce i powieje cieply wiatr, zaczynam zerkac na przewodniki, mapy i powoli w glowie wykluwaja mi sie kolejne plany wakacyjno-wyjazdowe. A to wpadnie w oko jakies stare zdjecie, a to ktos napomknie, ze moze warto by powtorzyc wycieczke na Texel (gdzie po 3 dniach wypoczelismy tak, jak na 2tygodniowym urlopie), a inni znajda tanszy bilet w jakies odlegle miejsce. I zaczynam studiowac kalendarz w poszukiwaniu dlugich weekendow i licze dni urlopu, ile ich moge na co poswiecic. Potem rzucam haslo wsrod znajomych czy rodziny, zbieram chetnych i zaczyna sie dopracowywanie pomyslu - zagrzebuje sie w ksiazkach, atlasach, internecie, szukam ciekawostek, noclegow, wytyczam trasy itp. I musze przyznac, ze to UWIELBIAM!!! Czasem sie zastanawiam, czy bardziej lubie planowac czy pozniej to realizowac ;-)

Moja inwencja tworcza niestety jest mocno ograniczona przez zdecydowanie za mala liczbe wiosenno-letnich tygodni w roku. Poki co mam zaklepane kilka wizyt, narty za 2 tygodnie, pomysl na podroz, ktora mi zezre wiekszosc urlopu, bieg na 20 km, jeden dlugi i jeden krotki weekend. A to dopiero styczen...

niedziela, 17 stycznia 2010

Truc Troc

Wlasnie wrocilam z bardzo oryginalnej wystawy... Przez 2 dni ok. 200 artystow prezentowalo swoja tworczosc i kazdy 'widz' mial mozliwosc zaproponowania dowolnej wymiany za dzielo, ktore mu wpadlo w oko. Zamiast sum pienieznych, w gre wchodzily tylko nieoczekiwane i ciekawe oferty, ktore moglyby zainteresowac tworce. Zostawialo sie je na post-it'ach wraz ze swoim nazwiskiem i numerem telefonu/adresem mailowym.

Pierwsza taka wystawa odbyla sie w 1975 roku w Woluwe-Saint-Lambert. Od niedawna przeniesiono ja do BOZARu (mimo rangi miejsca, wstep bezplatny). Pelno bylo lepszych czy gorszych obrazow, rzezb, zdjec, konstrukcji i jeszcze wiecej malych karteczek z propozycjami wymian.

Wiecej szczegolow imprezy na stronie: http://www.perrier-tructroc.be/

Zaczynalo sie od kolejki, w ktorej stalo sie pol godziny, po czym mozna sie bylo napic kawy w belgijskim kubku, wody Perrier, piwa, zjesc kanapke z maslem czekoladowym czy rogalika ;-)

W tle widac juz pierwsze obrazy

Jedna z sal

Plakaty z Bruksela (ten po prawej stronie nawet mi sie podobal)

Malpka. Wyciagniety palec jest wskazujacy, a nie srodkowy ;-)

Seria bialych plansz, z ktorych zartowalam, ze pewnie przedstawiaja burze sniezna czy cos w tym rodzaju...

...dopiero jak sie podeszlo blizej, pod odpowiednim katem widac bylo sylwetke kameleona. Byl bialy. Co sie dziwic ;-)

Ajax

Z daleka wygladalo to jak karabin...

...a blizej widac bylo szczegoly przeslania 'make love not war'

To jedna z propozycji wymiany bez udzialu srodkow pienieznych - oferta sprzatania mieszkania przez rok

I swietny obraz, z tla ktorego przebijaly sie stare zamalowane znaczki pocztowe i male obrazki - mozna bylo go ogladac godzinami


W tej chwili znane juz sa wyniki. Artysci ostatecznie godzili sie wymienic dziela na: ipoda, tydzien w Knokke, 20 prywatnych lekcji tanga argentynskiego, powrotny bilet na samolot do Hiszpanii, oferte przetlumaczenia strony internetowej na niderlandzki, autohipnoze u neuro-psychiatry, czy 10 dni na Kubie.

Kolejna wystawa najprawdopodobniej za rok.

Zas dla dobrego zakonczenia wieczoru poszlysmy na Grand Place, gdzie po raz pierwszy pilam drinka (wloska gancia) ze swiezym ogorkiem

A jakby malo bylo niespodzianek, dzis, 17 stycznia, na moim balkonie zakwitl pierwszy bratek!!! A w srode mielismy jeszcze pelno sniegu...

Homebook

Ale wtopa. Cztery lata w Brukseli, plus minus 10 gosci rocznie (takich co zostaja kilka dni), a ja dopiero wczoraj sie dowiedzialam od kolezanki o stworzonym przez nia Homebooku, czyli czyms w rodzaju zlotej ksiegi, do ktorej wpisuja sie wszyscy odwiedzajacy ja w Brukseli goscie ;-). Opowiadala, ze czasem siega do niej i sie zasmiewa wpisami typu: 'To znowu ja, ten sam, co na stronie 4, 8 i 11.', opisanymi glownymi wydarzeniami z pobytu, rysunkami sporzadzanymi przez dzieci i generalnie milymi slowami, ktore pozostawiaja jej znajomi. Do tego data wizyty i jest pamiatka na lata. No coz, nie mam specjalnie zadnych postanowien noworocznych, to choc od 2010 roku stworze sobie album dla przyszlych gosci - Ci co planuja mnie odwiedzic, niech sie przygotuja ;-)

czwartek, 14 stycznia 2010

Wszedzie dobrze, gdzie nas nie ma

Epsy uwielbiaja narzekac. Prawdopodobnie jakbysmy mieszkali w kraju o przyjaznym klimacie i swietnym poziome uslug, a wysokosc pensji pozwalalaby nam zaspokoic wszystkie nasze potrzeby, to i tak znalazlby sie jakis powod do marudzenia. Bruksela moze nie jest najwspanialszym miejscem na swiecie, ale moje osobiste uwagi dotycza glownie tego, ze po 27 latach mieszkania na wsi, gdzie las zaczynal sie tuz za plotem, a rano budzilo mnie co najwyzej szczekanie psow (bo piejacych kogutow juz dawno u nas nie ma), przyszlo mi przeprowadzic sie do zanieczyszczonego, halasliwego miasta. Jednak bilans i tak wypada dodatnio.

A zatem 10 zalet bycia w Belgii, ktore pierwsze przychodza mi na mysl:

1. Zawsze mozna liczyc na pomoc i towarzystwo innych – za kazdym razem znajduje sie ktos, kto pogada, wyslucha, doradzi, odradzi, wpadnie na kawe, zaprosi na kolacje, podleje kwiatki, pojdzie na spacer, do kina, teatru itp. Ponoc 'przyjaciele to rodzina, ktora sami sobie wybieramy'. I cos w tym jest. U nas nie ma zadnego przymusu i obowiazku, zeby dazyc innym z pomoca, ale takie bezinteresowne dobrowolne wyciagniecie reki zdarza sie co rusz.

2. Wlasciwie nigdy nie spotykam sie z narzekaniami, jak to nie ma czasu na nic, tylko praca, dom i obowiazki (choc tutaj raczej nazywa sie to métro, boulot, dodo, ale to wiem z lekcji francuskiego, a nie z autopsji). W Polsce wciaz mam wrazenie, ze wszyscy sa zabiegani, zajeci i zmeczeni.

3. W biurze nie trzeba wciaz udowadniac jakim jest sie wspanialym, wydajnym, niezastapionym, doskonale zorganizowanym i absolutnie cudownym pod kazdym wzgledem pracownikiem. Nie musze wypelniac tabelek i wykazywac, ze kazda minuta zostala doskonale wykorzystana i nie zmarnowana. Choc jak zrobilam podsumowanie transakcji zrobionych w roku 2009 to wyszlo ich ok. 400, co, wziawszy pod uwage fakt, ze zwyczajowo dostaje najgrubsze i najbardziej skomplikowane teczki do sprawdzenia (jedna max zajmuje mi nawet 2 dni), jest doskonalym wynikiem. Ale i tak nikt tego nie doceni i z jednej strony troche marnie wplywa to na moja motywacje, ale z drugiej ratuje mnie przed ‘wyscigiem szczurow’, ktorego nie znosilam pracujac w Polsce w prywatnych firmach.

4. Nie ma zawisci i zazdrosci miedzy nami (przynajmniej ja jakos tego nie widze). Dzielimy sie na asystentow i administratorow, co mocno rozni nas pod wzgledem zarobkow, ale zawsze jest to kwota, ktora pozwala spokojnie przezyc do pierwszego (czy, w naszym przypadku, pietnastego). Jeden ma samochod, drugi rower, inny jezdzi STIBem, ja chodze pieszo i nie sprawia to, ze ktos jest lepszy, a ktos gorszy. Czasem tylko wdajemy sie w dziwne dyskusje o Mali, Mauritiusach, Malediwach i innych miejscach, ktorych nie umiem umiejscowic na mapie, a ktore rzekomo sa wlasnie ta okolica, dokad koniecznie nalezaloby sie wybrac. A niech sobie beda. W Europie tez jest mnostwo wspanialych miejsc. Baaa, kilka to nawet w Belgii sie znajdzie ;-)

5. W Brukseli moze i duzo pada, ale np.sierpien 2009 byl przepieknym slonecznym i cieplym miesiacem i kazdy ladny dzien cieszy bardziej niz gdziekolwiek indziej i sprawia, ze warto sie zastanowic, jak go przyjemnie spedzic. Stad moj ped na spacerki i wycieczki, bo tak naprawde wystarczy czasem pare godzin, zeby sie poczuc jak na wakacjach – mozna pojechac do Zeelandii na rowery, na spacer na wybrzeze czy przechadzke w Ardeny tudziez moje ostatnie odkrycie – Hautes Fagnes.

6. Jestem zachwycona duchem sportowym miasta – mieszkajac w Polsce prawdopodobnie nigdy w zyciu nie wzielabym udzialu w biegach ulicznych, nie jezdzilabym na parady rolkowo-rowerowe, nie organizowala trekkingow po okolicy itp.

7. Mieszanka ludzi zewszad sprawia, ze latwo sie tu odnalezc i super prosto nawiazac nowe kontakty (choc samolubnie przyznam, ze juz coraz mniej mi na nich zalezy i staram sie raczej pielegnowac dotychczasowe znajomosci). Zawsze sie balam, ze kiedys trafie w hermetyczne i zamkniete srodowisko, gdzie tubylcy nie beda zainteresowani obcowaniem z imigrantami. Tutaj Belgowie faktycznie nie darza nas jakims ogromnym uczuciem, ale ludnosci naplywowej jest tak wiele, ze to wlasnie oni tworza klimat miasta. Stad niezliczona ilosc sklepow i restauracji z zarciem z kazdego konca swiata i zycia nie starczy, zeby wszystkiego sprobowac.

8. Swietna infrastruktura i oferta kulturalna – kursy jezykowe prawie za darmo (patrz moj niderlandzki), zajecia ze wszystkiego (wyrabianie pralinek, solfez, szkolenia dla mazoretek). Chory - do wyboru, do koloru. Do kina czy teatru da sie dojsc pieszo.

9. A i wydostac sie stad jest super prosto. Na weekend moge pojechac do znajomych do Amsterdamu, kuzyna w Kolonii, na musical do Londynu, impreze do Paryza czy zakupy do Aachen. Po 2 godzinach lotu jestem w Polsce. Tak samo prosto moga do mnie dojezdzac kolejni goscie.

10. Wreszcie, last but not least, mieszkanie za granica doskonale zaspokaja moja ciekawosc. Bo mozliwosci poznawania sa tu nieograniczone. Najpierw zaczelo sie od zwiedzania okolicy, teraz, w miare jak sie ucze francuskiego i niderlandzkiego, wlaczam tutejsza telewizje, slucham radia, czytam gazety, czy wreszcie spotykam innych i ta konfrontacja z obca wyobraznia i pojmowaniem swiata jest fantastycznym doswiadczeniem (zwlaszcza, jak sie wezmie pod uwage tak pokrecony kraj jak Belgia ;-). Mieszkam wsrod spoleczenstwa, ktore za wydarzenie roku uznalo narodziny sloniatka w Antwerpii, a nie w kraju, gdzie polityk X obrazil pana Y i tworzy sie komisje sledcze. Fakt, ze z nostalgia i przyjemnoscia jezdze do Polski na swieta i urlopy, zeby czasem odpoczac od nadmiaru wrazen, ale mysle, ze jakbym miala tam wrocic na stale, to by mi chyba brakowalo tej brukselskiej roznorodnosci.

Ponoc malkontenci powinni przeczytac ksiaze Evy Hoffman "Lost in translation", ktora swietnie opisuje objawy kliniczne problemow z integracja. Kiedys moze uda mi sie do niej siegnac. W kazdym razie ja nie mysle, ze na emeryturze to wreszcie sobie zamieszkam tam gdzie chce i bede realizowac swoje plany i marzenia. Najlepiej sie tym zajac tu i teraz!

A poza tym juz wkrotce moja 4 rocznica ;-)