czwartek, 20 maja 2010

Miniaturki i wieczorynki


W Lyonie, poza kamieniczkami w kolorze ochry i sieny palonej, mostami i freskami, znajduje sie Muzeum Miniatur i Dekoracji Filmowych http://www.mimlyon.com/# Odkrylysmy je przypadkiem, uciekajac przez chlodem i zgromadzone tam obiekty zachwycily nas od pierwszego wejrzenia. Znajomy stwierdzil, ze wszystkie kobiety maja w pamieci dziecinne marzenie o domkach dla lalek i to jest gwarantem sukcesu ekspozycji ;-)

Dzis kino i animacje opanowaly techniki komputerowe, dawniej trzeba bylo sobie radzic na inne sposoby. I tak, zeby pokazac wysadzanie w powietrze Bialego Domu, budowano minaturke i podkladano pod nia ladunki wybuchowe. Ten sam myk stosuje sie, zeby sfilmowac rzut na cale wiezienie, kiedy do realizacji ma sie do dyspozycji jedynie jedna cele, w ktorej mozna krecic poszczegolne sceny. Poza dzisiatkami miniaturowych pomieszczen, filizanek, talerzykow, obrazkow wielkosci paznokcia na malym palcu, potraw, kapeluszy, czy bibliteczek z malenkimi ksiazkami, mozna tam rowniez obejrzec dekoracje z ‘Pachnidla’, maski postaci ze znanych produkcji i kilka krotkich reportazy, jak powstaja filmy (czy raczej powstawaly jeszcze pare lat temu).

Tu kilka przykladow miniaturek wielkosci kartki papieru:










Po powrocie do BXLi mialam z kolei okazje obejrzec najnowsze animacje SeMaForu. I tu nowoczene techniki powoduja, ze odchodzi sie od rejestracji kamera i dzis prym wioda cyfrowe obrobki rysunkow w 2D lub technologia 3D. Lodzki SeMaFor jest najwiekszym polskim studiem, znanym przede wszystkim z Misia Uszatka, czy Kolargola. 30 lat temu zdobyli pierwszego Oskara za animacje Tango Zbigniewa Rybczynskiego, zas 2 lata temu – za Piotrusia i wilka. I choc wizualnie wspolczesne animacje bardzo mi sie podobaja, to jesli chodzi o przekaz, mam spory klopot. Kazdy z nas mial zupelnie inna interpretacje, o co chodzi w ‘Ichtis’, czy ‘Danny Boy’u’ i zadna nie byla bardziej przekonujaca (podobno to na tym polega, by kazdy odczytal przeslanie na swoj sposob).

(fotka ze strony Se-Ma-Fora)

W BXLi toczy sie coroczny Kunstenfestivaldesarts. Wczoraj mielismy wyklad o sztuce (jest tu za nia odpowiedzialnych ponad 40 roznych wladz, wszystko mnozone przez dwa, bo nawet centrum kultury arabskiej ma 2 wersje - flamandzka i frankofonska). A na koniec poszlismy na jedno z odjechanych przedstawien.

Ukulturalnilam sie zatem ;-)

Teraz czas zadbac o cialo. Za 10 dni bieg!

środa, 19 maja 2010

Rodan-Alpy, czyli akordeony, freski i oda do okonia

Z okazji Wniebowstapienia mamy co roku dlugi weekend, przypadajacy z reguly w maju, od czwartku do niedzieli. Jest to okazja wybrac sie w okolice lub troszke dalej na urlop. Tym razem nasz wybor padl na Lyon i Annecy we Francji.

Nie mam az takich zdolnosci podpatrywania okolicy i pstrykania pieknych zdjec, jakie z przyjemnoscia ogladam sobie od czasu do czasu na blogu Patrycji Todo, nomen omen tez mieszkanki regionu Rhône-Alpes
http://mafrance.blox.pl/2009/09/Akordeon-czyli-na-czym-gra-Lyon.html 
czy
http://mafrance.blox.pl/2006/10/Raz-na-moscie-raz-pod-mostem.html
czy
http://mafrance.blox.pl/2009/04/Lionskie-powroty.html


Ale w Lyonie brak pomyslowosci nadrabia okolica - liczne mosty, barwne kamienice ustawione jak akordeony po obu stronach rzeki, place i palacyki, traboule, czyli waskie przejscia miedzy budynkami i piekne freski pojawiajace sie znienacka w roznych czesciach miasta. W dodatku wszystko jest czyste, lsniace, zadbane i nawet jak okolica nie jest skapana w promieniach slonca (akurat mialysmy 'okazje' zobaczyc miasto w pochmurnej odslonie), to i tak przy blizszym poznaniu robi bardzo dobre wrazenie.


Jest to tez miasto, w ktorym wybitnie mozna dbac o forme. Zwiedzanie warto zaczac od wzgorza Fourviere, na ktore prowadzi podobno 560 stopni (nie liczylam, ale jestem sklonna sie zgodzic). Tam, w katedrze sw. Jana, mialysmy niespodzianke w postaci obrazu Matki Boskiej Czestochowskiej, ladnie wyeksponowanego, podarowanego Lyonczykom przez Polakow.


W dzielnicy Croix-Rousse czekalo na nas jeszcze wiecej schodow, schodkow, waskich pochylych przejsc i nawet metro jedzie pod bardzo duzym nachyleniem (o polnocy zrezygnowalysmy z dalszego wedrowania i zamiast schodzic po ciemnych zaulkach postanowilysmy sprawdzic, jak na takim stromym terenie radzi sobie komunikacja miejska - wrazenia niczym w wesolym miasteczku!).

Moja druga pasja byly freski, malowane w roznych czesciach miasta od 30 lat przez grupe Cité de la Création. Miedzy innymi przy rue de la Martinier i quai de la Pecherie znajduje sie  La fresque des lyonnais - upamietniajacy wielu wybitnych mieszkancow miasta - np. Malego Ksiecia ;-) Drugi - Le mur des canuts - widzialysmy w srodku nocy, bo nie moglam sie pogodzic z mysla, ze wyjade z miasta nie widzac malowidla, ktory co rusz wpadal mi w oko na pamiatkowych pocztowkach. Mam teraz mase zdjec jak wchodze w interakcje z bohaterami malunkow ;-)




I po trzecie - francuskie jedzenie!!! Nawet wchodzac po tych wszystkich schodkach nie mialam szans stracic tysiecy kalorii, ktore pochlonelam przez kilka dni. Jedno co mi zdecydowanie nie smakowalo, to glowny przysmak deserowy lyonczykow w postaci tarte/brioche aux pralines
(migdalow w karmelizowanym na czerwono cukrze w ogromnej ilosci). W Annecy konsumpcja juz zupelnie wysunela sie na pierwszy plan (mzawka wykluczala wedrowki po Alpach, dalo sie tylko przespacerowac przy jeziorze - najczystszym we Francji, otoczonym gorami wciaz pokrytymi sniegiem). Tam wykwintnie podane lekkie mieska zastapilysmy goracymi serowymi fondue i smazonymi rybami (okoniami). W dodatku w niedziele byl ogromny targ i zakupilam do domu suszone kielbaski i smierdzace sery, bo juz nie bylam w stanie nic wiecej skonsumowac na miejscu. Na szczescie odnalazlam moj narciarski digestif w postaci génépi i niewatpliwie pomogalo to trawic i zachowac usmiech i dobry humor nawet przy pelnych zoladkach.


Slowem - pyszne krociutkie wakacje! Plus cudne widoki. Plus troche kultury (w Lyonskiej operze bylam na 'Mazepie'). W takich okolicznosciach nawet chmury nam nie przeszkadzaly. A wrocilam prosto na egzamin z niderlandzkiego. Tam jedno z pytan dotyczylo okreslenia, kim sa Bourgondiërs (dla niewtajemniczonych - amatorzy dobrego jedzenia i picia, przeciwienstwo:  'Hollandse calvinisten'). Jak to kim sa? To my we Francji ;-)

niedziela, 9 maja 2010

113 lat Avenue Tervuren

Aleja Tervuren powstala dzieki Leopoldowi II (jednemu z najbardziej operatywnych krolow, ktory twierdzil, ze kraj Rubensa powinien nie tyle wyrozniac sie w handlu czy przemysle, a w sztuce, a sztuka zaczyna sie kolo nas - jemu miasto zawdziecza m.in.uatrakcyjnienie Bois de la Cambre, Parc Cinquantenare, obsadzenie ulic i skwerow drzewami, Avenue Louise i wiele innych parkow i bulwarow)


Wpolczesnie aleja wyglada troche inaczej - tu fotka z netu z oblezenia miasta przez traktory w zeszlym roku


Zas dzis zorganizowano wielki festyn z pchlimi targami, stoiskami promocyjnymi krajow i regionow, serami, wedlinami itp z okazji 113 jubileuszu. Ja sie zalapalam na polska kielbaske z grilla z bigosem - jest to zywy przyklad umiedzynarodawiania miasta (zreszta amatorow naszych wyrobow nie brakowalo, przy stoliku mialysmy pare Azjatow zajadajacych ze smakiem). Chwile pozniej sprzedawcy zostali sprawdzeni przez belgijski odpowiednik sanepidu - LIBCB/BILSB.


Avenue Tervuren od lat jest rowniez znana z imprez sportowych.


Najblizsza juz za 3 tygodnie!



PS A tymczasem dzis w Warszawie odbyl sie Wyscig Szczurow ;-) Tu link ze szczegolami: http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/10,88291,7858654,_Wyscig_Szczurow__czyli_w_Warszawie_biegaja_w_garniturach.html

sobota, 8 maja 2010

Officer Krupke

... czyli West (plus North) Side Story à la BXL ;-)

Dokad najlepiej zorganizowac wycieczke urzednikom, zeby sluchali z zapalem i entuzjazmem, a na koniec nagrodzili przewodnika gromkimi brawami? Do...najbardziej niebezpiecznych dzielnic Brukseli! Na wszelki wypadek nie poszlismy tam w piatkowy wieczor, ale w zimny, pochmurny, wietrzny sobotni poranek.

Najpierw mielismy wyklad o mniejszosciach narodowych w miescie. Do 1960 roku udzial obcokrajowcow wsrod mieszkancow BXLi wynosil mniej niz 10%. 50 lat temu kilka krajow Europy Zachodniej (Niemcy, Holandia, Francja i Belgia) podpisalo umowy majace na celu sprowadzenie sily roboczej z Maroka, Turcji i Portugalii. I tak rozpoczal sie masowy naplyw imigrantow. Najwiecej przyjechalo z pierwszego kraju, choc oficjalne statystyki nie sa do konca miarodajne - w 2001 roku Marokanczykow bylo 'raptem' ok.50 tysiecy plus (uwaga!) 76 tysiecy osob tejze narodowosci, ktore dostaly obywatelstwo belgijskie i sa obecnie traktowani jako tubylcy! Dla porownania, druga duza grupa sa Francuzi - jednak wiekszosc (36 tys.) pozostala wierna swojemu krajowi i tylko 11 tysiecy osob chcialo zostac Belgami.

Marokanczycy glownie przybywali z poludnia i opanowali okolice dworca Midi oraz Molenbeek, zas Turcy zwykle dojezdzali do Norda i zamieszkali w Schaerbeeku i na St-Josse-ten-Norde. Istnieja jednak ogromne roznice pomiedzy obiema spolecznosciami.


Turcy w wiekszosci pochodza z Izmiru, tworza bardzo zwarta grupe, silnie sie kontroluja nawzajem i dzieki temu popelniaja mniej wykroczen (lamanie prawa wyklucza ich z 'rodziny'). Jednoczesnie malo sie integruja z Belgia, zachowuja scisle kontakty z krajem pochodzenia (choc tu wykonuja proste czynnosci, jadac w odwiedziny do siebie sa traktowani jak VIPy) i swoj styl zycia porownuja do warunkow tureckich. Maja doskonale rozwiniete sieci sklepow (Rue Brabant mozna nawet porownac do podlodzkiego Rzgowa, bo przyjezdzaja tu kupcy z calego kraju oraz z Holandii, Francji czy Niemiec - BXLa sie wyspecjalizowala w handlu dywanami), pilnuja siebie nawzajem, zeby nikt sie nie bogacil kosztem swoich ziomkow i dzieki temu zachowuja konkurencyjne ceny. Na Rue Brabant zaszlismy w ciekawym momencie, bo dwa razy w roku (w maju - dzis! - i wrzesniu) sa organizowane wielkie przeceny i przez ulice przeplywa ogromny barwny tlum potencjalnych konsumentow lub Turkow, ktorzy traktuja to jako okazje do spotkania towarzyskiego.

Marokanczycy nie sa zorganizowani, chcieliby miec warunki zycia takie jak Belgowie i wlamaniami czy kradziezami chca sie szybciej wzbogacic i dorownac swoim wzorcom. Trudno nad nimi zapanowac i dlatego w centrum Molenbeeku ladny zabytkowy budynek lokalnych wladz jest przytloczony biurowcem policji i kilkunastoma radiowozami zaparkowanymi w okolicy. Niestety, policja ma wysokie wymagania dla swoich funkcjonariuszy (trzeba biegle mowic po francusku i niderladzku i malo kto przechodzi przez testy jezykowe) i na dana chwile boryka sie z zapelnieniem 700 wakatow w calym miescie! Jesli zatrudnia takich oficerow Krupke jak w West Side Story, to lepiej nie bedzie ;-(

Generalnie imigranci wypelniaja nisze w zawodach 3D - i nie ma to nic wspolnego z technologia informatyczna, lecz ze stanowiskami, ktore sa dirty, dangerous, difficult (brudne, niebezpieczne i ciezkie). No i oczywiscie chetnie pozostaja na bezrobociu (rosnie juz kolejne pokolenie niepracujacych dzieci po rodzicach bez dochodu).

Ciekawy jest tez scisly podzial miasta, kto co uwaza za centrum. Dla przybyszow z Afryki, zycie toczy sie wokol Matongé. Europejczycy na zakupy jezdza na Rue Neuve. Arabowie - Rue Brabant.

Obecnie trwaja dyskusje, jak poprawic bezpieczenstwo i opinie tym 'gorszym' dzielnicom. Jednym z pomyslow jest przerobienie okolic kanalu, zeby staly sie bardziej 'modne'. Dawniej sluzyl on polaczeniom miedzy kopalniom w Charleroi a portem w Antwerpii. Teraz mozna by go wykorzystac do celow czysto komercyjnych, niestety poziom wody jest wiele metrow nizszy niz brzeg kanalu i bez gruntownego przerobienia calego otoczenia, nie ma szans na zmiane. Poki co poprzestano na wytyczeniu ladnej sciezki rowerowej.

Okolice dworcow tez pozostawiaja wiele do zyczenia. Kolej belgijska byla pierwsza w kontynentalnej Europie - do jej budowy przystapiono zaraz po Wielkiej Brytanii i polaczono Mechelen z BXLa, aby pozniej pociagnac tory do Antwerpii - w tym roku mija 170 rocznica i prasa cytuje owczesne opinie, ze w przyszlosci predkosc 40 km/h bedzie maksymalna do osiagniecia dla kolei zelaznej ;-) Kiedys przebiegala w linii postej miedzy Nordem (dworzec byl przy placu Rogier!) a Midi. Ciagle zazalenia sprawily, ze pociagnieto ja na nowo lukiem przez wschod, a gorka w okolicy Botanique wymusila usytulowanie torow przy dworcach na bardzo wysokiej skarpie (dzieki czemu podrozujacy z polnocy moga zagladac w okna prostytutek).

Z rozwojem nowoczesnych srodkow transportu, coraz wiecej bogatszych Brukselczykow przeprowadzalo sie na przedmiescia i w latach 70tych przy Nordzie przystapiono nawet do budowy Manhattanu, tak usytulowanego, zeby pracownicy nie tracili cennego czasu na wedrowanie do biur i przebijanie sie przez centrum. Pierwotny plan 8 wiez padl na skutek kryzysu, ale dworzec polnocny (specjalnie przeniesiony blizej biurowcow) nosi znamiona owczesnej mysli architektoncznej - dzis, przy ciaglym braku tych licznych drapaczy chmur, glowne wyjscie (na zachod) sprawia wrazenie, jakby kierowalo sie ku kanalowi i Molenbeekowi, a nie ku polozonemu na poludniu centrum miasta (chciano jeszcze skrocic trase pracownikom World Trade Center, a przez to dzis niejeden podrozny podczas swojej pierwszej wizyty w BXLi myli sie i idzie nie tam gdzie trzeba).

PS Zas co do tygla narodowosciowego, 22 maja przejdzie parada Zinneke. W dialekcie brukselskim slowo to oznacza kundla, ktory jest symbolem przecietnego mieszkanca miasta - tutaj tez co krok spotyka sie najprzerozniejsze mieszanki ;-)

piątek, 7 maja 2010

Secouristes Industriels

Zostalam SIN! Przeszlam 20 godzinny kurs pierwszej pomocy, dzis podeszlam do karkolomnego egzaminu i czekam na wynik, naklejke z krzyzem i dopiskiem secouriste (ratownik) do powieszenia przy drzwiach w biurze oraz opaske na ramie do zakladania przy ewakuacji na wypadek pozaru (zeby bylo wiadomo do kogo sie zwrocic, jak ktos padnie z nadmiaru emocji). Generalnie jestem troche w stresie, bo myslalam, ze kurs zrobie dla siebie, a tu sie okazalo, ze jak ktos w pracy zaniemoze, to mam bezwzgledny obowiazek udzielic pomocy. W zasadzie wymog ten dotyczy wszystkich, ale ja jestem minimalnie 'wykwalifikowana'.  Dostalismy podrecznik do wyuczenia i tam zaznaczono, ze jak ofiara dozna uszczerbku na zdrowiu na skutek naszej interwencji, sad znajdzie jakies okolicznosci lagodzace, a w ostatecznosci to pracodawca wyplaci odszkodowanie. Ufff. Nie zebym nie wierzyla w swoje mozliwosci, ale na przyklad dzis na egzaminie dzielnie przeszlam przez teorie i kiedy na manekinie mialam pokazac cala procedure udzielania pomocy, od sprawdzania bezpieczenstwa, podejscia z przodu (coby sobie karku nie skrecil), pytan, czy mnie slyszy, potrzasania za ramiona (jakby mial uszczerbek sluchu), ustalenia, ze nie oddycha, az do reanimacji, dopiero jak zaczely mnie bolec rece przy masazu serca, przypomnialo mi sie, ze trzeba... zadzwonic po pogotowie (rychlo w czas, bo juz prawie oblalam egzamin, ze ominelam tak wazny szczegol).

W poradniku dla 'secouristes industriels' zaznaczono jednak, ze poza Belgia mamy sie nie wyrywac z pierwsza pomoca, bo podobno w krajakch Magherbu proba reanimacji jest ryzykowna i niemile widziana.

A szkolenie bylo swietne i w niczym nie przypominalo zajec z PO z Ogolniaka. Okazalo sie, ze srednio co 5 lat nastepuje rewizja zasad i szacuje sie, ze obecny wymog 30 uciskow przy masazu serca + 2 oddechow zostanie prawdopodobnie zmodyfikowany w tym roku, o czym zostaniemy poinformowani w stosownym momencie.

Wczoraj, jak juz przerobilismy wiekszosc materialu, mielismy specjalnego goscia w postaci aktorko-charakteryzatorki, ktora co kilkanascie minut wtaczala nam sie do sali z bardzo realistycznie pocieta dlonia zbroczona krwia, wbitym gwozdziem w nadgarstek, otarciami czy udarem mozgu.

Grupe mialam bardzo sympatyczna, choc 'w praniu' okazalo sie, ze z pozornie prozaicznym bandazowaniem kobiety radza sobie znacznie lepiej niz faceci. Jak kolega, z ktorym bylam w parze, mial mi zrobic opatrunek na glowe z chusty trojkatnej, bardzo dlugo ja przekrecal, wreszcie ulozyl ja najdluzszym bokiem do gory, przylozyl mi ja z tylu i dwa katy zwiazal na czole. Nikt nie mogl zrozumiec, co tak naprawde chcial mi opatrzyc, ale wszyscy ryczeli ze smiechu. Pozniej mielismy razem zareagowac, jak ktos amputuje sobie srodkowy palec u reki. Ja trzymalam bandaz, tamujac krwawienie, a kolega obwiazal dlon dokola, bo tylko to bylo opisane w podreczniku i nie wiedzial, jak mozna sobie poradzic stosowniej do okolicznosci.

A teraz trzymam kciuki, zeby przez moje kolejne 30 lat pracy, wszystkie kolezanki i koledzy tryskali zdrowiem i zeby bron Boze nikt sie nie krztusil (kiedys widzialam na zywo rekoczyn Heimlicha, jak znajoma sie zadlawila i tylko po ucisku przepony udalo jej sie wypluc drobinke z tchawicy). SIN, nie SIN, najlepiej, zeby ta cala wiedza nigdy mi sie nie przydala!

PS W Belgii notuje sie ok. 200tys.wypadkow przy pracy rocznie. Moj zawod nie jest moze bardzo kontuzyjny, ale byl kiedys przypadek, ze zmarly na swoim krzesle przy biurku pracownik zostal odnaleziony kilka dni pozniej.

poniedziałek, 3 maja 2010

Wizyta

Dzis mielismy niecodziennych gosci w Brukseli...

Od kilku lat jedno gimnazjum spod Warszawy wspolpracuje z lokalnym Osrodkiem Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Nieslyszacych i Slabo Slyszacych w ramach projektu 'Wzajemne zaufanie'. Dzieci sprawne i te, ktore nasz swiat odbieraja troche inaczej, stworzyly fantastyczna grupe, porozumiewajaca sie jezykiem miganym i juz nie tyle dzialajaca na zasadzie wolontariatu, ale kolezenstwa czy przyjazni. Przez pare miesiecy starali sie zdobyc wsparcie od roznych europsolow (nieskutecznie), sponsorow (tu poszlo lepiej), robili i sprzedawali kartki swiateczne i pomagali w pakowaniu zakupow w supermarketach, zeby zebrac fundusze dla 20 uczniow nieslyszacych, 25 slyszacych i 5 opiekunow i wspolnie przyjechac na dlugi weekend do... Brukseli!

Nie udalo sie zorganizowac oficjalnej wizyty w instytucjach, ale kolega, aktywnie pomagajacy im w calym przedsiewzieciu, zwolal kilku Epsow, podzielilismy ich sprawiedliwie miedzy siebie i kazdy mial zabrac grupke na lunch do swojego budynku. Kiedy  niespodziewanie znalazl sie w szpitalu, ja z osoby zupelnie drugoplanowej stalam sie wice-koordynatorka. Mialam drobne obawy (tyle zlego sie teraz mowi o dziesiejszej mlodziezy), ale efekt przeszedl moje najoptymistyczniejsze oczekiwania.

Ale od poczatku...

Pierwszy raz zetnelam sie z goscmi na wczorajszej mszy. I musze przyznac, ze oniemialam z wrazenia, jak podczas kazania jedna dziewczynka wstala, ustawila sie przy filarze z glosnikiem i starala sie wymigac dla reszty tekst Ewangelii i kazania. Zadanie okazalo sie karkolomne, z miny wywnioskowalam, ze czasem sie gubila i tracila watek, ale nie moglam sie oprzec wrazeniu, ze nagle cos, co dla innych stanowi codzienna forme komunikacji, dla mnie jest zupelna tajemnica. Po mszy zamienilam kilka slow z ich opiekunami, wymienilismy miedzy soba pare SMSow (juz wtedy stwierdzilam, ze sa to swietni ludzie) i dzis doszlo do konfrontacji urzedniczo-mlodziezowej.

I do tej chwili nie moge wyjsc z zachwytu. Zamiast pompatycznych delegacji, wielkich slow i frazesow, byla szczera frajda, usmiech i mnostwo entuzjazmu. Nagle fakt, ze ktos nie slyszy, przestal byc bariera - czasem tylko trzeba bylo chwile poczekac, az sobie pomigaja. Dzieciaki (choc by sie obrazily za to okreslenie, bo byly w trzeciej klasie gimnazjum i pierwszej liceum) ekscytowaly sie przejsciem przez ochrone i spisywaniem ich danych, wyborem dan na stolowce i naszymi egzotycznie wygladajacymi deserami. Podczas rozmowy przyznaly, ze najbardziej w BXLi zaskoczyly ich... stosy smieci na ulicach (pierwsze wyjscie na miasto zbieglo sie z momentem, kiedy mieszkancy wyciagaja worki z odpadami i stawiaja pod domem). Mialy rozne pytania dotyczce zycia w Belgii i jak rozmowa zeszla na moj ulubiony temat w postaci lekcji niderlandzkiego i wytlumaczylam, ze dla imigrantow czasem jest problemem zrozumienie zasad dzialania bonow rabatowych w sklepach czy rozkladu jazdy pociagow, dowiedzialam sie, ze to tak jak z nieslyszacymi - kilkoro dzieci mialo niedawno wszczepione implanty i teraz ucza sie z mozolem dopasowywania dzwiekow, ktorych nie znaja, do poszczegolnych slow i to co dla nas jest oczywiste i naturalne, dla nich wiaze sie z ciezka praca.

Ale samozaparcia im nie brakuje! Zreszta sami opiekunowie zarazaja optymizmem i wiara w innych. Wspolnie zgromadzili srodki na podroz, ktora w przypadku wiekszosci dzieci pochodzacych z biednych rodzin przekraczala ich budzet. I zamiast pograzyc sie w myslach o niesprawiedliwosci na swiecie, odwalili kawal dobrej roboty, zasluzyli sobie jak malo kto na ten wyjazd, a  przy okazji ci fajni mlodzi ludzie nauczyli sie radzic sobie w roznych sytuacjach, rozumiec sie nawzajem, pomagac, wspolpracowac i okazywac szacunek.

A i nam naladowali akumulatory!!! Wracajac ze znajoma do pracy po pozegananiu i odmachiwaniu do kilkudziesiecu rak stwierdzilysmy, ze taka wizyte nalezaloby aplikowac tym wszystkim, ktorzy sie pograzaja w depresjach.

Na pamiatke w imieniu calej grupy odebralam piekne podziekowanie w kolorowej ramce i recznie malowany sloik do kawy (bycie pelniaca obowiazki koordynatora niespodziewanie okazalo sie ogromna frajda). Czasem tak malo trzeba, zeby sprawic innym tak wiele radosci (i nie wiem, kto tu wiecej bral, a kto dawal).


I na koniec jeszcze mam jeden cytat ze strony o pewnym niepelnosprawnym chlopaku:

Nikt nie jest doskonały - bez wad, braków, ułomności... czy to w sferze fizycznej, psychicznej, emocjonalnej, czy też duchowej... Prawdziwy problem pojawia się jednak wtedy, gdy człowiek zatrzymuje się na swoich niedoskonałościach. W ten sposób nawet „odstające ucho” może stać się „kalectwem”, które sparaliżuje całego człowieka.

Dzis te kilkunastoletnie dzieciaki pokazaly nam wiecej, niz my moglismy im przekazac. Potrafimy tylko gadac o swiecie bez barier i integracji, a one te hasla przepieknie wcielily w zycie.

Az ciary przechodza...

niedziela, 2 maja 2010

Endymion non-scriptum, czyli niebieska poswiata w Bois de Hal


Powoli staje sie renomowanym przewodnikiem i znawczynia endymionow zwislych. Znow pojechalam do Bois de Hal z kolejna wycieczka i musze przyznac, ze bardzo lubie obserwowac reakcje osob, ktore pierwszy raz wchodza do lasu i oniemiaja na widok ogromnych polaci niebieskawych kwiatkow (i do tego zdaja sobie sprawe, ze to nie tylko jedna polanka, ale ciagnacy sie kilka kilometrow jednobarwny dywan). Dzis aura wyjatkowo nam nie sprzyjala, deszcz lal strumieniami, udalismy sie najpierw do portugalskiej kawiarenki, by przy kawie i ciastkach namyslic sie, czy jedziemy dalej czy wracamy do domu, ale zadza ruchu, swiezego powietrza i pieknych widokow zwyciezyla. Sztormiaczki i parasolki okazaly sie niezbedne, a ja chetnie wymienilabym moje buty trekkingowe (ktore w sumie swietnie sie sprawdzaly na rozmytej sliskiej glinie) na kaloszki. Za to las niczym nie przypominal tego sprzed tygodnia. Mialam porownanie dusznego powietrza, slodkiego zapachu i delikatnych barw z zeszlego weekendu, z soczysta zielenia, ciemnymi od deszczu pniami drzew, liliowym welonem kwiatow i mocnym aromatem namoklej sciolki i ziemi. I sama nie wiem, ktora odslona bardziej przypadla mi do gustu. O dziwo, oprocz nas spotykalismy czasem Flamandow-twardzieli, zwykle w czerwonych wiatrowkach, ktorzy z daleka na tle seledynowej masy drzew wygladali jak krasnoludki. I raz tuz przed nami przebiegla sploszona sarenka!!!

Jako ze w tym roku do Hallerbos juz sie raczej nie wybieram, ku pamieci kilka wskazowek empirycznie wyprobowanej najlepszej trasy wedrowkowej:

  • parkujemy na Hogebermweg
  • idziemy prosto przed siebie wzdluz Rode Amerikaanse Elkendreef, az dotrzemy do ronda i (nieco pozniej) zoltego szlaku oznaczonego sarenka/zyrafa (zdania sa podzielone)
  • szlak wyglada mniej wiecej tak - lacznie z dojsciem z parkingu przejdziemy ok.10 km, o ile sie nie pogubimy:

Z ciekawostek - po drodze mijamy cyprysy kalifornijskie i staw z tysiacami kijanek, ktore niestety podczas ulewy i gradobicia wyplynely na brzeg i pousychaly w pierwszych promieniach slonca (az zal bylo patrzec na takie czarne kleksy, ktore po nich zostaly i zartowalismy, ze zabom powinni odebrac prawa rodzicielskie).

A deszcz zmyl caly kurz i pyl, powietrze stalo sie rzeskie, a zielen dokola zyskala na wyrazistosci. Ja wczoraj (jak przystalo na swieto pracy) doszorowalam wszystkie okna w mieszkaniu, przeprowadzilam wiosenne porzadki zakrojone na szeroka skale i jestem gotowa na gosci, ktorych na ten miesiac mam pokazna liste.

Tymczasem moj Tata startowal juz w pierwszym biegu na 10 km (dotarl na mete ostatni, ale wciaz z niegasnaca wola walki), a siostra dostala puchar dla najlepszej zawodniczki z naszej wioski (byla co prawda jedyna przedstawicielka plci pieknej, ale trofeum zdobyte w honorowym stylu - w koncu kazdy mogl sprobowac). Do dwudziestki w Brukseli zostaly 4 tygodnie!