środa, 3 marca 2010

Dzien Pisarza

Slucham sobie Trojki przez internet i dowiaduje sie, ze dzis jest Miedzynarodowy Dzien Pisarza. W zadnym wypadku nie blogera (od tego jest odrebne swieto, ktore wypada 31 sierpnia), tylko pisarza z prawdziwego zdarzenia. Takiego, jakim byl na przyklad Kapuscinski.  Zbieglo sie to z wydaniem jego biografii, ktora od kilku dni jest glownym tematem w radiu (Trojce), telewizji (ogladam co rano choc kilka minut telewizji sniadaniowej na jedynym polskim kanale, jaki posiadam - TV Polonii - i tam wlasnie po raz pierwszy uslyszalam o tej ksiazce) czy prasie. Szkoda, ze zadza wywolania sensacji i zbytu (po takim rozglosie sama jestem ciekawa tej publikacji, zeby wyrobic sobie wlasne zdanie) sprawia, ze autor nie liczy sie z protestami wdowy po pisarzu, ale korzysta z 'mody' na Kapuscinskiego.

Poki co przejrzalam sobie opinie o ksiazce tych, co mieli okazje juz po nia siegnac. Jedna z ciekawszych byl komentarz Stasiuka:

Co do mnie - chyba zawsze czytałem go dla samego czytania. Dla przyjemności lektury. Dla zdań, dla akapitów, dla fragmentów i dla historii, które potrafił tkać ze szczegółów, sekundowych obserwacji, okruchów. A czy to była prawda? Czy to była rzeczywistość jeden do jednego jak w raporcie policyjnym? Kompletnie mnie to nie zaprzątało. Zdolność lektury naiwnej - ten cud dzieciństwa i lat młodzieńczych - z czasem nas opuszcza.
Zrodlo: http://wyborcza.pl/1,75248,7615303,Kapuscinski_non_fiction__Stasiuk__A_jesliby_nawet.html

Mi jest wszystko jedno, czy to co pisal Kapuscinski bylo prawda i tylko prawda, czy nagial pewne fakty. Gdyby nie on, moze nigdy nie siegnelabym po ksiazki o Afryce, ktora jest dla mnie kontynentem zupelnie nieznanym i ziemia bardzo daleka. Cejrowskiego, ktory sie przechwala i bynajmniej zadnym autorytetem nie jest, tez mi sie swietnie czyta. Zawsze z zapartym tchem i ogromna ciekawoscia pochlaniam opowiesci globtrotterskie o miejscach, ktorych pewnie nigdy nie zwiedze i nie zobacze i rozliczne reportaze o ludziach, ktorych nigdy nie spotkam.

Dzis znowu sie nie wyspalam, bo do pozna bylam po uszy pochlonieta opowiescia Khaleda Hosseini o chlopcu z latawcem. Choc to czysta fikcja, to historia do glebi mnie poruszyla i teraz inaczej bede zerkac na doniesienia o Talibach. Nie tak dawno w Amsterdamie wdalismy sie w bardzo burzliwa dyskusje z taksowkarzem o Islamie (facet wprawil mnie w oslupienie swoja logika wypowiedzi, ktorej daleko bylo od demagogii i pustych frazesow) i zdalam sobie sprawe, jak wciaz niewiele wiem o historii i religii osob, ktore mieszkaja tuz kolo mnie. A ze na glebokie studia nie mam czasu i ochoty, to jesli literatura piekna czy reportaz moga przyblizyc mi pewne zagadnienia, to chwala im za to.

Szkoda, ze pisarzy nie ceni sie tylko za ich prace, bez czepiania sie ich zycia prywatnego. Teraz mam nadzieje, ze ksiazke 'Kapuscinski non-fiction' zakupi jakas brukselska biblioteka (jest juz kilka z wciaz rosnacymi zbiorami literatury polskojezycznej) i sobie ja przeczytamy bez nabijania kasy autorowi.

poniedziałek, 1 marca 2010

Klamka zapadla


Juz nie tylko 'slowo sie rzeklo, kobylka u plotu', ale 'klamka zapadla', bo dopelnilam wszelkich formalnosci i zapisalam siebie oraz siedmiu krewnych i znajomych (a nie krasnoludkow) na majowy bieg w Brukseli!!! System wieszal sie strasznie, ja cholerowalam, rodzinka z Polski dzwonila i sie dopytywala, czy juz, ale po 3 godzinach i 33 minutach udalo mi sie zakonczyc cala procedure (szybciej jest przejsc te 20 km niz sie zarejestrowac).

Teraz wszystko zalezy od nas - 'jak sobie poscielesz, tak sie wyspisz' czy raczej 'jak pocwiczysz, tak pobiegniesz'. Co prawda ile bym nie trenowala i tak z naszej osemki z Tata do mety dotrzemy na samym koncu, ale w sumie nie wynik sie liczy, najwazniejsze, zeby nastepnego dnia moc zejsc po schodach z mojego drugiego pietra starej kamienicy i nie krzywic sie z bolu miesni z zakwasami. A wiem sama, ze 'kiedy wejdziesz miedzy wrony...' pedzisz szybko jak i one, bo ja na tych imprezach zawsze osiagam tempo niemozliwe dla mnie na codzien, wiec moge sie zalozyc, ze i teraz skonczymy wczesniej, niz to przewiduja organizatorzy.

W kazdym razie rozpoczelam juz plan wdrazania zdrowego trybu zycia i popijam soczki owocowo-warzywne na kolacje tudziez koktajle mleczne na sniadanie i zintensyfikowalam swoj udzial w zajeciach sportowych (z radoscia powrocilam do Friskisa i bardzo optymistycznie zakladam, ze bede cwiczyc 3 razy w tygodniu). Jak narazie jedyne czego w moich planach nie ma, to bieganie... Ale ktoz by sie przejmowal takimi szczegolami.

Poza tym zainspirowalam sporo osob do udzialu w biegu czy marszu, wiec jestem dumna, jaki dobry wplyw mam na siebie i innych ;-) Mam nadzieje, ze potem wszyscy spotkamy sie na mecie!

niedziela, 28 lutego 2010

La Maison Cauchie

Na obrzezach Parku Cinquantenaire, niedalego polskiego konsulatu na Rue des Francs, znajduje sie La Maison Couchie, czyli piekna kamienica bedaca rezultatem milosnych uniesien dwojga brukselskich artystow. Zbudowana w 1905 roku, jest uwazana za jedno z najwspanialszych dziel Art Nouveau w miescie, ktore kiedys okreslano jako swiatowa stolice secesji.

Paul Cauchie (1875 - 1952) i Caroline Voet (1875 - 1969), zwana na codzien Lina, spotkali sie na Akademii Sztuk Pieknych jako studenci. Pobrali sie w 1905 i od razu zdecydowali wybudowac dom na niewielkiej dzialce o szerokosci 6 metrow, ktora juz wczesniej nalezala do Paula (zgodnie z zarzadzeniem wladz miasta, front mogl miec szerokosc wielokrotnosci 6 metrow, ale tylko nielicznych bylo stac na 12, o 18 juz nie wspominajac). Wybor miejsca nie byl przypadkowy -  mimo ze budynek znajduje sie na bocznej uliczce, zgodnie z planem zagospodarowania terenu  na przeciwko nigdy nie miala byc zbudowana zadna kamienica. Fasade budynku zaprojektowali bowiem jako ogromna reklame swoich zdolnosci i umiejetnosci (Paul Cauchie byl czolowym sgrafficiarzem w Brukseli) i swojego atelier, ktore urzadzili w suterenie.

Sgraffito (wł. graffiare - ryć, drapać) - technika malarska polegająca na nakładaniu kolejnych, kolorowych warstw tynku lub kolorowych glin i na zeskrobywaniu fragmentów warstw wierzchnich. Poprzez odsłanianie warstw wcześniej nałożonych powstaje dwu- lub wielobarwny wzór.
Zrodlo: Wikipedia

Wyraznie zaznaczony dopisek 'Par nous - pour nous' (przez nas dla nas) podkresla, ze budynek mial charakter prywatny. Zreszta do dzis jest w rekach zapalencow, ktorzy uparli sie go odrestaurowac i  korzystaja z pomieszczen na gornych pietrach, a dol udostepniaja zwiedzajacym.


Jako jedno z dziel w stylu Art Nouveau, kamienica jest przykladem typowego dla tego okresu laczenia malarstwa, rzezby, architektury, etc. Meble, ceramika, bizuteria, ubiory, tkaniny - wszystko stanowilo jedna nierozerwalna calosc. Na sgraffitach w Maison Cauchie postacie wygladaja jakby siedzialy na szafie, a zatem mebla nigdy nie mozna bylo przestawic, zeby nie zaburzyc kompozycji. Byc moze to wlasnie spowodowalo, ze po paru latach ludzie mieli dosc plynnych linii i roslinno-zwierzecej ornamentyki. Panstwo Cauchie rowniez zatapetowali swoje dzielo w salonie. Dopiero niedawno odkryto 6 zmyslow, ktore wyryli na scianie:

Dotyk


Wzrok i wech


Smak



Sluch




Zas historia kamienicy mogla by posluzyc jako zrodlo inspiracji dla niejednej ksiazki czy filmu. Jest i wielka milosc (na jednym sgrafficie sa dwa serca z inicjalami panstwa Cauchie i ich data slubu) i zdrada, dzielo tworzenia i niszczenia. Za namowa notariusza dokonano podzialu na odrebne mieszkania, a w latach 70tych, kiedy w miescie tworzono struktury Wspolnot Europejskich, wymyslono, aby wyburzyc sciane pomiedzy sasiednim budynkiem i calosc zaadaptowac na modne apartamentowce dla eurokratow (taki los podzielilo wiele kamienic w okolicy Square Ambiorix, w czasie gdy miasto nie nalegalo, aby te secesyjne perelki utrzymac w dobrym stanie i w ich miejscu wybudowano paskudne blokowiska). W ostatniej chwili znalezli sie pasjonaci, ktorzy najpierw chcieli tu urzadzic wystawe poswiecona Tintin'owi, ale powierzchnia okazala sie zbyt mala (przy okazji odratowano dzielo Horty, w ktorym postanowiono stworzyc oddzielne Muzeum Komiksu), budynek odrestaurowano i obecnie pomieszczenia udostepnia sie zwiedzajacym oraz organizuje sniadania (dla max.8 osob) lub przyjecia czy koktajle (dla wiekszych grup).















Szczegoly mozna znalezc na stronie poswieconej kamienicy, a ja ze swojej strony bardzo polecam zajrzenie do srodka. No, moze tylko nie kazdy bedzie mial okazje isc tam na impreze urodzinowa, gdzie czyniac zadosc tradycji Art Nouveau wszyscy dotarli w obowiazkowych secesyjnych kreacjach (moja byla spontanicznie kompletowana  ostatniej chwili, ale w klimat sie wpasowalam). Przewodnicy po budynku zgodnie przyznali, ze juz dawno nie mieli tak barwnych gosci ;-)

wtorek, 23 lutego 2010

Historia damskiej torebki

W Amsterdamie jest mnostwo muzeow, do ktorych chcialam/chcialabym zajrzec. Mam juz za soba Van Gogha (ktorego obrazy oglada sie doskonale po lekturze ‘Pasji zycia’ Irvinga Stone'a), Heinekena (gdzie w cenie biletu byly 3 piwa, wiec zwiedzenie dostarczalo niezapomnianych doznan i wiele zabawy). W ten weekend pojechalam do stolicy Wiatrakowa na urodziny kolezanki z ogolniaka i przy okazji postanowilam skorzystac z brzydkiej pogody absolutnie niesprzyjajacej wedrowkom po miescie i zahaczyc o kolejne miejsca. U Anne Frank jak zwykle byla straszna kolejka, w Hermitage akurat szykowano nowa wystawe i budynek zamknieto i ostatecznie wyladowalam w Rijksmuseum. Tam szczegolne wrazenie (oprocz malarzy niderlandzkich, ktorych bardzo lubie, ale ilez mozna ogladac podobnych portretow) zrobily na mnie… domki dla lalek. A wlasciwie domiska. Na ponad 2 metry wysokie (wchodzilo sie na drabine, zeby zajrzec na gore), kilkupietrowe, z meblami, zastawami i wszystkim tym, co normalnie znajduje sie w pomieszczeniu, tylko ze w miniaturce. Jako dziecko tez mialam taki (no moze nie doslownie) domek – pokoj z kuchnia, z wyposazeniem zrobionym przez prapradziadka. Rewelacja!

Zas drugiego dnia ze znajoma poszlysmy odkrywac Amsterdam dla kobiet, czyli Muzeum torebek i portmonetek (Tassenmuseum). Powiem szczerze, ze jest to fascynujaca wystawa. Do tego miesci sie w pieknej kamienicy z 1664 roku i oprocz bogatej kolekcji na parterze urzadzono bardzo przyjemna czesc kawiarniana (w sam raz na moja ulubiona Koffie verkeerd, czyli holenderska wersje Lait russe'a, czyli po prostu Latte) i ogrod (z oczywistych wzgledow chwilowo nieczynny).

Historie torebki w tymze muzeum datuja od XVI wieku, kiedy to sluzyla glownie mezczyznom. Z biegiem czasu panie z bogatych domow zaczely uzywac malutkich sakiewek, gdzie trzymaly drobne dla biednych (zwano je jalmuzniczkami). Pozniej rozpowszechnil sie doskonaly wynalazek - kobiety pod licznymi warstwami swoich sukni wiazaly dwa worki po obu stronach bioder. W spodnicach zostawiano wyciecia, zeby latwo mozna bylo siegnac do skrzetnie ukrytych toreb. Na swoj sposob byl to prekursor obecnych kieszeni.



Innym pomyslem byly châtelaines. Nazwa doslownie oznaczala pania na zamku. W XVIII i XIX wieku gospodynie do pasa przyczepialy  pek lancuchow z narzedziami pierwszej potrzeby: kluczem do spizarki, przyborami do szycia, szklem powiekszajacym itp.

Kiedy moda sie zmienila, zabraklo miejsca na drobiazgi pod ubraniem i zaczeto wprowadzac torebki - smiesznotki (ridicule): wyszywane szklanymi paciorkami, o fantazyjnych ksztaltach (np.tulipana), sakiewki ponczochowe i inne. Zmienialy sie tez materialy, z ktorych je robiono: od koralikow, metali, przez skory wezy, krokodyli, pawie piora, kosc sloniowa, az po plastik (co pozniej zaowocowalo nowym trendem i popularnoscia toreb z napisem: I am not a plastic bag). Jak grzyby po deszczu pojawialy sie stosowne pamiatki ze znanych kurortow, z wizerunkiem zamku, kosciola czy mola i dopiskiem 'Pamiatka ze Spa' czy 'Karlsbad'.

Ciekawym przykladem byly rowniez ozdobne kopertki w ksztalcie splaszczonego jaja z wizerunkiem kobiety na froncie, w ktorych we Francji i Hiszpanii Pan Mlody wreczal swojej nowo poslubionej malzonce 13 monet symbolizujacych Chrystusa i 12 Apostolow. Zwyczaj ten przetrwal az do XVIII wieku. Diametralnie roznily sie od tego, w czym obecnie wreczamy podobne prezenty slubne.



Kilka zdjec z kolekcji mozna obejrzec na stronie muzeum: http://www.tassenmuseum.nl/default.aspx?pagename=de_collectie. Czesc z nich przekleilam powyzej.

Poza tym jako absolutna abnegatka mody i trendow w dziedzinie ubioru, mocno sie podszkolilam w zakresie slawnych projektantow. I tak, jedna z pracownic muzeum wyrazila przy nas swoje ogromne ubolewanie nad przedwczesna smiercia (udana proba samobojcza ok. 10 dni temu) Alexandra McQueena. Widzialysmy jego torebke, zas pozniej w internecie wyszukalysmy inne jego projekty. Tu poczetne miejsce maja buty (jedna pare nosila rowniez Doda):










I ja narzekam na buty narciarskie!!! Jakbym sie w czyms takim wywalila, to juz zupelnie nie wiem, jak bym sie podniosla ;-) Fantazja w projektach torebek czy kapeluszy jest mi jednak troche blizsza.

Wczoraj zas, mimo tylu bodzcow i wrazen estetycznych, wyciagnelam moj niesmiertelny plecak, wypchalam go podrecznikami do niderlandzkiego i strojem na gimnastyke i powloklam sie do mojej zupelnie niekreatywnej pracy. Ale za to zerknelam sobie na strone Pakamery i moze sprawie sobie jakas wymyslna torebke ;-)

PS Kiedy szperalam po necie, natknelam sie na blog nawiazujacy do wystawy Muzeum Narodowego w Krakowie http://zawszepodreka.blogspot.com/ Okazuje sie, ze w Polsce tez sa milosnicy starych torebek ;-)

piątek, 19 lutego 2010

Wyszywanki

Znajoma pozyczyla mi ksiazke Marjane Satrapi ‘Broderies’. Niczym europejskie panie z dobrych domow, ktore przed kilkuset laty w salonach poswiecaly sie haftowaniu, mlodsze i starsze Iranki, po wspolnym posilku, zaparzaly herbate w samowarze i zasiadaly do ‘wietrzenia duszy’, czyli pogadanek na najrozniejsze tematy. Babcie, matki, corki, wnuczki w ksiazce dziela sie plotkami - kto z kim, jak, kiedy i dlaczego. Znajduja sposoby na radzenie sobie z rzeczywistoscia w jakiej zyja i wymogami dotyczacymi kobiet – zwlaszcza niezameznych (tytulowy motyw z haftowaniem tez sie pojawia w dyskusjach i bynajmniej nie ma nic wspolnego z robotkami recznymi).

Co niektore Epski tez sie spotkaja na wieczorkach szydelkowych. Ja juz od jakiegos czasu przymierzam sie, zeby od Babci pozyczyc (a wlasciwie przywlaszczyc sobie) szydelko, ale jakos ciagle o tym zapominam. Zreszta w chwili lekkiego zacmienia swiadomosci obiecalysmy kolejnej pannie mlodej sposrod nas wyszycie patchworka, a wtedy to raczej bardziej sie przyda igla z nitka (chyba ze wymyslimy jakis sposob zrobienia pledu ‘na skroty’).

Przy czym wydaje mi sie, ze tak jak bohaterki ‘Persepolis’ nie sa dobra probka spoleczenstwa do wyciagania wnioskow i uogolniania tez o zachowaniach Iranek (w koncu autorka od 14 roku zycia mieszkala w Austrii i Francji), tak i my w zadnym wypadku nie jestesmy reprezentatywna grupa Polek. A mimo to, daje sie znalezc pewne wspolne cechy…

Wczoraj bylam na swietnej wystawie rownie nietypowej Meksykanki – w Brukseli wciaz jeszcze mozna obejrzec obrazy Fridy Kahlo. Ona z klopotami radzila sobie przez malowanie, a nie gadanie. Z jednej strony mozna ja bylo zobaczyc jako elegancka kobiete o silnej osobowosci, fantazji, w pieknych barwych strojach, a z drugiej jako zmaltretowana bolem i cierpieniem osobe, uwiezona w gorsetach, szpitalnych lozkach itp. Pierwszy obraz na wystawie to Autobus / El Camion. Kiedy Frida miala 18 lat, ulegla wypadkowi na skutek zderzenia autobusu z drezyna – miala zlamany kregoslup i miednice. Namalowala i faceta w niebieskich ogrodniczkach, ktory wyrwal porecz, ktora pozniej przeszyla jej cialo i mezczyzne z torebka ze zlotym pylem, ktory sie na nia wysypal i siebie, wciaz jeszcze spokojnie siedzaca obok nich, jako mloda dziewczyne.

U nas w poniedzialek tez byl wypadek. Zderzyly sie 2 pociagi. Spadl niewielki snieg, zaczely sie opoznienia, pociag pospieszny skierowano inne tory niz w rozkladzie, a nadjezdzajacy z przeciwka osobowy nie stanal przy sygnalizacji swietlnej. Ponoc ten pierwszy mial wbudowany system, ktory by sprawil, ze po przejechaniu na czerwonym swietle pociag automatycznie by sie zatrzymal. W osobowych tego typu urzadzenia nie bylo. W jednym z dalszych wagonow jechal moj kolega z pracy, ktory co dzien dojezdza do Brukseli z Mons. Opowiadal, ze tez sobie wszyscy spokojnie siedzieli, ta trase przebywali bowiem co dzien w identyczny sposob, nagle szarpnelo, co niektorzy sie poprzewracali i przez okno zobaczyli wykolejony przod pojazdu. Podobno ok.20 minut po wypadku nie mozna bylo wychodzic z pociagu, bo wszedzie dokola lezaly pozrywane przewody. Pozniej po cichu wyprowadzano pasazerow. Nie bylo zadnych krzykow, paniki. Nawet nie widzial tych najbardziej poszkodowanych. Na dana chwile zmarlo 18 osob (w tym 3 urzednikow). Mnostwo lezy w szpitalach. Koledze nic sie nie stalo.

Zerkam sobie w wolnych chwilach na rozne blogi i ostatnio na kilku z nich tez zaczynaja sie pojawiac rozne choroby i inne smutne tematy. Osoby, ktore wirtualnie sledze od wielu wielu miesiecy nagle znikaja z blogowej przestrzeni. Zreszta w realu tez sie troche sypiemy. Fajnie jest, jak pozniej wraca sie ‘z tarcza’. Mam nadzieje, ze wkrotce przyjdzie wiosna i zrobi sie troche optymistycznej. W kazdym razie mi na troski i zmartwienia najlepiej pomaga takie iranskie 'wietrzenie'. Parler derrière le dos des autres est le ventilateur du cœur. Poki co plotkujemy i networkujemy glownie przy kawie, herbacie (choc nie z samowaru) i na polskich lunchach. Zamiast malowac – spiewamy. Co do szydelkowania i patchworkowania jeszcze sie zastanowie…

PS1 I jeszcze jeden cytat z Satrapi: C’est comme ça la vie ! Des fois, tu es sur le dos du cheval et des fois, c’est le cheval qui est sur ton dos.

PS2 A wystawe obrazow Fridy polecam. Wygladaja zupelnie inaczej niz w necie czy albumie. Pelne kolorow, emocji, symboli. Najbardziej podobal mi sie Portret Luthera Burbanka.

Do tego na slajdach mozna obejrzec zdjecia z Frida.

Teraz sie zapalilam, zeby jeszcze sie przejsc do muzeum Margritte’a. Tez surrealizm, ale belgijski.

wtorek, 16 lutego 2010

Frytki z majonezem wedlug Zabojadow

Pewniego wieczoru instruktorzy i kucharze z UCPA zorganizowali dla nas kabaret. Widzowie stawili sie tlumnie, artysci walczyli z trema, nagle na srodku sceny stanal koles (Francuz oczywiscie) odpowiedzialny za animacje. Kiedy rozlegly sie slabe brawa, pierwszy komentarz brzmial: 'Co jest, sami Belgowie przyszli???'.

Nastepnie rozpoczeto serie skeczy, jak sie witaja przedstawiciele roznych narodow. Nie zapomniano tez o kraju frytek i majonezu:

AKT 1

Na scenie stoi Aktor 1 z kuflem w prawej dloni.

AKTOR 1
To jest belgijskie piwo. Najlepsze na swiecie. Nazywa sie Jupiler.

Wchodzi Aktor 2.

AKTOR 2
Przepraszam, ktora godzina?

Aktor 1 przekreca prawy nadgarstek w celu spojrzenia na zegarek rownoczesnie wylewajac plyn na ziemie.

AKT 2

Na scenie stoi Aktor 1 z kubkiem w prawej dloni.

AKTOR 1
To jest belgijskie piwo. Najlepsze na swiecie. Nazywa sie Jupiler.

Wchodzi Aktor 2.

AKTOR 1
Oooo, ja pana znam! Zaraz sie pan znowu zapyta ktora godzina! Wie pan co, sam panu powiem!

Ostroznie przeklada kufel z piwem do lewej dloni i spoglada na zegarek na prawym nadgarstku.

AKTOR 1
Jest 20ta.

AKTOR 2
Ale ja wcale o nic nie pytalem.

Aktor 1 wykonuje w kierunku wspolrozmowcy gest Kozakiewicza polewajac sie zawartoscia kufla.

KURTYNA
Opada.

Rozlegaja sie gromkie brawa jak przystalo na francuska publike.

Zas z innych rozrywek - bylismy na koncercie, dochod z ktorego przeznaczono na pomoc dla Haiti - spiewal swietny lokalny chorek gospel i drugi, z bardzo ambitnym repertuarem, skladajacy sie glownie ze starszych pan (bardzo ciekawy efekt).

Poza tym oddawalismy sie glownie przyjemnosciom konsumpcyjnym (dla ducha wystarczaly piekne widoki). Z alpejskich specjalow odkrylismy likier ziolowy Génépi (cos jak czeska Beherovka), ktory doskonale rozgrzewal po poznopopoludniowym szusowaniu na wysokosciach. Do tego bez ograniczen mozna sie bylo objadac serami i tlustymi miesami, bo i tak sie tracilo mnostwo kalorii w ruchu na mrozie. A waga ani drgnela. Powoli robie sie milosniczka francuskiej kuchni ;-)

poniedziałek, 15 lutego 2010

Krokusowe wakacje

We Flandrii ferie zimowe nazywane sa Krokusvakantie - choc ich data uzalezniona jest bezposrednio od dni, w ktorych wypada karnawal, to powszechnie uwaza sie, iz jest to tez czas poczatku kwitnienia krokusow. Prawidlowo zaczynaja sie dzis i trwaja tydzien. Ja, jako osoba calkiem niezalezna od dni wolnych w szkolach, moj urlop juz zakonczylam.

To juz moj trzeci wyjazd z UCPA i coraz bardziej mi sie podoba. Tym razem nie spekalam po paru godzinach, ale caly tydzien dzielnie uczestniczylam w zajeciach. Ponoc jestem nadzieja dla wszystkich lamag, bo skoro ja dalam rade, to znaczy, ze kazdy sie nadaje do nartek! I do tego okazalo sie, ze bylismy najlepsza najgorsza (bo poczatkujaca) grupa, jaka kiedykolwiek mieli w Les Contamines! We wtorek zorganizowano nam wyscigi slalomem ze skretami rownoleglymi i komisyjnie uznano, ze na niebieska trase zamiast w piatek wyjedziemy juz w srode (choc byla taka mgla, ze widzialam co najwyzej czubki swoich nart). Co prawda dzien pozniej na koncowce dosc stromego stoku sie wystraszylam i trzeba bylo mnie sila sciagac z ostatnich kilku metrow, a ja instruktorowi miazdzylam reke w zelaznym uscisku, ale w piatek ze znajomymi zrobilam ta trase jeszcze pare razy i generalnie urlop zakonczylam w zachwycie nad niewatpliwa uroda okolicy, moja odwaga i czysta przyjemnoscia, ktora sie czerpie z dotlenienia i ruchu. I z pewnoscia wroce tam jeszcze ktoregos lata na trekking czy wspinaczke.

Zas co do samej organizacji, to coraz czesciej nasuwaja mi sie skojarzenia z sanatorium dla osob w kwiecie wieku. Zamiast kapieli w borowinie, jest sport na bardzo swiezym powietrzu, zamiast dansingow - soirées dansantes. Pierwsza impreza zyskala miano wieczoru pierwszej szansy, a piatkowa - ostatniej. Do tego streching, joga czy (auto)masaz. I, opcjonalnie, sauna i jacuzzi. Tym razem niestety zabraklo silnej reprezentacji Szwedow, ale za to wzbijalam sie na wyzyny mojego francuskiego. Mialam tylko jedna wtope na zajeciach, kiedy instruktor wciaz nam kazal uwazac na 'bosses'. W pierwszej chwili skojarzylam to z niderlandzkim 'bos', czyli zaroslami i tylko z deczka sie dziwilam, czemu nam ciagle przypomina, zeby nie wjezdzac w krzaki, jesli duzo bardziej niebezpieczne sa na przyklad przepascie. Dopiero jak sie wykopyrtnelam na muldzie ze swiezego sniegu, to zrozumialam o co chodzi.

Ja za to odwdzieczylam sie podszlifowaniem znajomosci polskiego wsrod Francuzow. Jadac raz ze mna wyciagiem instruktor opowiedzial, ze mial kiedys kursanta polskiego pochodzenia, ktory za kazdym razem, jak mu cos nie wychodzilo, krzyczal:
- Korba!
- Chyba 'kurwa'!
- Oui, kuhrwaaa ma.
- Chyba 'mac'.
- Ah, oui, oui, kuhrwaaa macz - rozleglo sie szerokim echem po alpejskich lakach.

Zreszta ja tez chyba przeploszylam wszystkie swistaki i inna zwierzyne, ktora sie wlasnie przebudza z zimowego snu, bo jak na jednym stoku kazano sie nam tak rozpedzic, zeby za jednym zamachem przeszusowac przez 3 wzniesienia, w polowie drogi, kiedy osiagalam jakas oszalamialaca predkosc, zaczelam sie drzec ze strachu (a pluca to ja mam mocne). Zorientowalam sie dopiero, jak wyhamowywalam na ostatniej gorce. Teraz sie smieje, ze mam w siebie automatycznie wmontowany system wczesnego ostrzegania i jak sie mnie przypadkiem nie zauwazy, to na pewno uslyszy.

W kazdym razie wyjazd udal sie wspaniale, choc zaluje, ze nie udalo mi sie zalapac na jakas wyprawe piesza z przewodnikiem, bo okolica oprocz stokow dla narciarzy obfitowala w niezwykle formy terenu, oblodzenia i osoplenia niczym z basni o Krolowej Sniegu, a cala miejscowosc byla przeorana szlakami typu 'Tour du Mont Blanc' czy 'Voie Romaine'. A zreszta co sie bede rozpisywac. Zobaczcie sami:

Nasza pierwsza zielona trasa przygotowana do slalomu


Na szlaku dla piechurow



Po calonocnych opadach sniegu


Okolica Parc des Loisirs


Mont Blanc schowany za chmurka


Takie sobie sople


I absolutna perelka - moj widok z okna. Nawet piekniejszy niz w BXLi ;-)


Na krokusy trzeba co prawda jeszcze poczekac, ale przynajmniej jest co powspominac...

A dla porownania, tu sa moje wrazenia po wyjezdzie z UCPA na narty w zeszlym roku: Sprawnosc Niedzwiadka. Teraz juz bym zasluzyla na odznake Sniezynki!