niedziela, 30 stycznia 2011

Przeniesienie bloga



Zapraszam na strone:

http://www.jakkaruzela.blogspot.com


I zalaczam wieczorynkowa piosenke na pozegnanie:





Dobranoc, dobranoc mężczyzno
Zbiegany za groszem jak mrówka
Dobranoc, niech sny Ci się przyśnią porosłe drzewami w złotówkach
Złotówki jak liście na wietrze czeredą unoszą się całą
Garściami pakujesz je w kieszeń a resztę taczkami w P.K.O.
Aż prosisz by rząd ulżył Tobie i w portfel zapuścił Ci dren
Dobranoc, dobranoc mój chłopie już czas na sen

Dobranoc, dobranoc niewiasto
Skłoń główkę na miękką poduszkę
Dobranoc, nad wieś i nad miasto jak rączym rumakiem wzleć łóżkiem
Niech rycerz Cię na nim porywa co piękny i dobry jest wielce
Co zrobił zakupy, pozmywał i dzieciom dopomógł zmóc lekcje
A teraz tak objął Cię ciasno jak amant ekranów i scen
Dobranoc, dobranoc niewiasto
Już czas na sen

Dobranoc, dobranoc ojczyzno
Już księżyc na czarnej lśni tacy
Dobranoc i niech Ci sie przyśnią pogodni, zamożni Polacy
że luźnym zdążają tramwajem, wytworną konfekcją okryci
i darzą uśmiechem się wzajem, i wszyscy do czysta wymyci
i wszyscy uczciwi od rana, od morza po góry, aż hen
Dobranoc, ojczyzno kochana już czas na sen

Top lista



Czyli to juz bylo i nie wroci wiecej - najwazniejsze podroznicze linki ku pamieci:


A to Belgia wlasnie:


Z serii Bruksela tez moze byc ciekawa:


I piekna ;-)

5 lat odsiadki

Zastanawiam sie, czy istnieje jakas korelacja miesiaca, w ktorym sie przyjechalo do Brukseli z poziomem optymizmu. Byc moze te coraz dluzsze dnie, zonkile i tulipany na skwerkach, skrzeczace wesolo zielone papugi sprawily, ze Bruksela wywolala na mnie stosunkowo dobre wrazenie na poczatku (przeprowadzilam sie 30 stycznia 2006) i potem tak juz poszlo...


Mimo ze wtedy wydawalo mi sie, ze piec lat to baaaardzo duzo czasu, okres ten minal w mgnieniu oka. I nadszedl czas na swietowanie kolejnej, tym razem polokraglej rocznicy. Z dwiema innymi Epskami, moimi rowniesniczkami stazem, sprobowalysmy podjac sie karkolomnego wyzwania wylonienia wspolnych znajomych, ktorzy nam towarzyszyli  na 'obczyznie' (zadanie niemal niewykonalne, bo jest ich tak wielu) i zorganizowalysmy nostalgiczne spotkanie pod haslem:

TOGETHER SINCE 2006, czyli 5 lat odsiadki

Wszystkie trzy staramy sie pogodnie traktowac to nasze dozywocie. Razem spedzamy czas za biurkiem, trudy wieziennego zycia umilajac sobie aktywnoscia fizyczna na spacerniaku, ucieczkami w nature czy udzialem w swietlicowych chorkach. Co prawda jedna z nas wyjechala na 10-miesieczna przepustke zamieniajac stalowoszare niebo Brukseli na cieplejsze klimaty, jednak szybko wrocila jako recydwistka. Zreszta i warunki, wraz z rosnacym stazem, nam sie poprawiaja i z towarzyszami doli i niedoli nie musimy juz sie gniezdzic w naszych malenkich celach, jak moja poprzednia na Michel Ange, ale w porywach udaje nam sie upchnac razem i 25 osob. 

Choc przyznam, ze przygotowanie zgrzebnej imprezy nastreczalo pewne trudnosci, ale chleb ze smalcem, boczek chlopski, puszka paprykarzu szczecinskiego, kapusniak i kiszone ogorki rozlozone w garach, slojach i konserwach na stole pokrytym gazetami zrobily swoje. I byly toasty ('Sto lat niechaj pracuja nam'), kratki, tatuaze (ja mialam zaszyfrowana 'Szczesliwa Wieczorynke' w postaci czterolistnej koniczynki, ksiezyca i 5 gwiazdek), makowe ciasteczka i nawet tort z pila. I masa smiechu i jeszcze wiecej wesolych wspomnien. A na pamiatke dostalysmy m.in. komplety znaczkow pocztowych z naszymi zdjeciami, zeby sie latwiej grypsowalo. Bo o 'prison break'u' ani 'ucieczce z Alcatraz' narazie nie ma mowy.



Niewatpliwie sa to dobre poczatki w drodze do piecdziesiatki! I zawczasu musimy sobie zrobic sesje zdjeciowa, poki jeszcze jestesmy piekne i mlode (godzina z profesjonalnym fotografem rowniez znalazla sie wsrod prezentow ;-). Bedzie jak znalazl na kolejne rocznice!

A zeby mocnej zaakcentowac ten fakt, ze mimo obaw pracowego serwisu medycznego (przy rekrutacji dostalam 5 letni okres probny przed nabyciem praw do ewentualnej renty), udalo mi sie dzielnie dotrwac do 2011 roku, juz co prawda na innym stanowisku, ale wciaz z tym samym widokiem za oknem, postanowilam wdrozyc w zycie krazacy mi od jakiegos czasu pomysl przeniesienia bloga. Bo to czy jestem Epska czy nie, nie ma zadnego wplywu na zamieszczane tresci (okazuje sie, ze potrafie perfekcyjnie oddzielic zycie prywatne od sluzbowego), a wzbudza tylko niepotrzebne emocje. Bo jak dalej bede tyle pisac, to niedlugo moja skrzynka pocztowa podlaczona do bloga sie zapcha. Bo znudzila mi sie forma graficzna i chetnie sprobuje czegos innego.

Zatem majac nadzieje, ze inwencji tworczej i ciekawych zdarzen mi nie zabraknie na najblizsze lata zapraszam do lektury dalszych dziejow Wieczorynki na nowej stronie (tudziez do zerkania na to, co juz bylo). Do zobaczenia!

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Nie-imieniny

Alez mialam ciezki weekend. Kiedy w sobote, po milym spotkaniu ze znajomymi i snuciu planow wakacyjnych, wylaczylam radio pare minut po polnocy, zeby isc spac, zorientowalam sie, ze w domu naprzeciwko w najlepsze trwa huczna impreza. No nic, pomyslalam sobie i ulozylam sie wygodnie, do pierwszej moze sie skonczy. Pozniej, zerkajac co 5-10 minut na zegarek, mialam nadzieje, ze o drugiej zapadnie cisza, potem o trzeciej, czwartej, ostatecznie goscie wyszli kolo szostej. A ja sie bawilam w rozpoznawanie puszczanych szlagierow (czasem slyszalam tylko basy, ale zdarzaly sie i slowa piosenek). Dwie godziny pozniej powinnam byla juz wstac, zeby rozstawic sprzet naglasniajacy na nasze scholowe spiewy, ale zadna sila nie moglam otworzyc oczu. Po mszy czym predzej wrocilam do domu i dalej odsypialam te, jak sie pozniej okazalo, 25 urodziny sasiadki z naprzeciwka (na calej ulicy wisialy kartki z prosba o wyrozumialosc na nocne halasy). Teraz pozostaje mi sie cieszyc, ze na szczescie ciercwiecze swietuje sie raz w zyciu (po trzydziestce forma im spadnie i sie beda rozchodzic o bardziej cywilizowanej godzinie - wiem to z autopsji) i smieje sie, ze wszyscy mieszkancy calej okolicy w niedziele czuli sie jak skacowani po zabawie, w ktorej nie uczestniczyli.

Co zas sie tyczy roznych okazji, od piatku dzielnie odpieralam podejrzenia znajomych o obchodzenie imienin w Dniu Babci (ja jestem z Ag kwietniowych, na wspomnienie Agnese Segni z Montepulciano). Stare porzekadlo mowi, ze sw.Agnieszka (Rzymianka) wypuszcza skowronka z mieszka i choc w Polsce rzadko sie zdarza, zeby ptaki te zaczynaly migracje w styczniu, to jestem niemal stuprocentowo pewna, ze w weekend uslyszalam pierwsze trele na Ambiorixie (w okolicach Brukseli kwitna juz ponoc forsycje, wiec i fauna stosownie reaguje i odpowiada na pierwsze oznaki wiosny). I na ta okolicznosc, moich nie-imienin, az sie prosi o ladny cytat wiersza Jeremiego Przybory przepisany z jego 'Listow na wyczerpanym papierze' do Agnieszki Osieckiej (przewrotnie tez kwietniowej):

Agnieszko! Agnieszko!
Jak będziesz wypuszczać z mieszka,
To, bez względu na powiedzonka, 
- Słowika, a nie - skowronka!
Skowronek mieszka w życie - 
Głupawe jego życie. 
Słowik - ptaszyna nie ta!
On zakochuje się w kobietach
i o nich w lirycznych wstrząskach
kląskuje po gałązkach. 
Aż przez tę tematykę grzązką
kota się staje zakąską
w jaśminu wonnych jarzynach
i takim w pamięć sie wrzyna. 
Cudowny heroizm płci, 
Agnieszko, mówię Ci!

PS A to moje nie-imieniowe roze, ktore dostalam, zeby nam sie milo solfezowalo w zeszla srode ;-)




czwartek, 20 stycznia 2011

Ucz sie ucz...

Ostatnio z pewna satysfakcja zauwazylam, ze ja juz wlasciwie nie musze sie uczyc niczego, na co nie mialabym ochoty. Bo niderlandzki (gdzie co tydzien konkurujemy w quizach), lekcje muzyki (wczoraj mielismy dyskusje o tym, jak Pitagoras - ten od a^2 + b^2 = c^2\! - stworzyl system kwintowy i pojecie harmonii) i konwersacje z francuskiego (jutro), to przyjemnosc, a nie nauka. Po glowie mi chodzi, ze chetnie doinformowalabym sie np.z historii sztuki (sa rozne spotkania organizowane przez domy kultury), ale poki co zostawiam to sobie na blizej nieokreslona przyszlosc.

Wczoraj  ukonczylam ostatni, szosty poziom francuskiego i udowodnilam, ze przyjety na kursach system testowego oceniania pozostawia bardzo wiele do zyczenia, bo choc moja znajomosc jezyka uwazam wciaz za marna (biernie rozumiem go nienajgorzej, ale odpowiadam po angielsku), na egzaminie mialam 86% poprawnych odpowiedzi (w tym 100% z analizy tekstu czytanego, w ktorym jednego artykulu nie kumalam ni w zab, ale wylapujac kluczowe zdania udzielilam 10 na 10 poprawnych odpowiedzi na zadane pytania). Fakt, ze przygotowujac sie w ogolniaku do angielskich certyfikatow przeszlam fenomenalny trening z rozwiazywania setek testow, co teraz dziwnie procentuje i na sprawdzianach osiagam dobre wyniki opierajac sie nie tyle na wiedzy, co na... intuicji (choc hitem jest moj ostatni egzamin z trzeciego roku niderlandzkiego, na ktorym osiagnelam wynik 98% ;-).

 
Teraz mam przygotowac plan szkolen na wlasnie zaczynajacy sie rok (z zalozenia cos powinnismy sobie wybrac). No i patrze na liste i nic mnie nie przekonuje. Uzywane przeze mnie systemy znam i wiedze poglebiam empirycznie, a o nieuzywanych nie ma sensu sie uczyc, bo i tak zapomne. Kursy pisania mailii czy liczenia w excelu wprowadzaja mnie w czarna rozpacz i uwazam je za karygodna strate czasu. W ofercie mamy tez treningi asertywnosci czy zarzadzania czasem, ale nie wyobrazam sobie, zeby moj grafik i upor dalo sie jeszcze bardziej zoptymalizowac. Poradzilam sie znajomych, co mam wybrac i od paru osob dostalam bardzo interesujace porady:  friskis, plywanie, taniec czy zajecia rysunku klasycznego. Niestety nie znajdzie to uznania w oczach mojej szefowej...


W zeszlym roku uratowalo mnie szkolenie z pierwszej pomocy, w tym wymyslilam, ze dodatkowo moglabym zostac strazakiem, ale pechowo nie oglaszaja naboru. I tak moja teoria o uczeniu sie samych interesujacych rzeczy umiera w starciu z rzeczywistoscia...

PS Swoja droga, po dluzszym zastanowieniu, przypomnialam sobie, ze jeden z kursow, ktore przeszlam w zeszlym roku, nomen omen z ksiegowosci, pozornie nudnej, acz zaprezentowanej w bardzo ciekawy sposob, prowadzil koles, ktory nam sie przedstawil jako Harry Potter. A ja sie powinnam podszkolic z zasad uzywania przecinkow w jezyku polskim, bo juz troche zglupialam przy tym poprzednim zdaniu.

sobota, 15 stycznia 2011

Szopping

Chyba po raz pierwszy zostalam wywolana do odpowiedzi. A bylo to tak...

Dzis znowu siegnelismy do naszej wieloletniej tradycji wspolnego wyjazdu do Niemiec (z reguly do Aachen). Zwyczaj kultywujemy srednio 2 razy w roku kupujac stosy chemii (o wiele tanszej niz w Belgii) i pare innych produktow, mniej czy bardziej potrzebnych, kierujac sie impulsem albo przemyslana strategia. A ze dodatkowo jest okazja spedzic ze soba troche czasu, pogadac, zjesc dobry obiad, totez wyjazdy te staly sie czysta przyjemnoscia i rozrywka. I dzis, kiedy umilalismy sobie podroz paplaniem, rozmowa zeszla na bloga i zazyczono sobie podsumowania.

A zatem prosze. Oto prezentacja mojego szoppingu (dodam tylko, ze w wiekszosci przypadkow to zapas na co najmniej 6 miesiecy):


  • 4 Hotchocspoon do rozpuszczenia w goracym mleku, zakup absolutnie nieplanowany, w dodatku produkcji niderlandzkiej, a nie niemieckiej ;-) Ale nasza wedrowke po sklepach zaczelismy od konsumpcji goracej czekolady, ja zachwycilam sie od pierwszego lyka moja kostka 'hot chili orange' i zakupilam druga do domu, dorzucajac do niej kolejne: 'miod - tymianek', 'miod - cytryna - sol z Guérande' i 'Apfelstrudel'
  • podstawowe srodki czystosci - plyny (do kapieli, plukania tkanin, mycia naczyn, podlog), tabletki (do prania), pasty (do zebow), kremy (do rak) itp - lacznie 2 pokazne torby
  • 4 farby do wlosow
  • syrop z agawy do wyprobowania - ponoc doskonale zastepuje cukier
  • miod wielokwiatowy (przyda sie do pierniczkow)
  • herbatki: czarna porzeczka z wisnia, pomarancza, owoce lesne, jagoda, truskawka - lacznie 7 pudelek
  • suszone morele, sliwki, jablka, mango
  • niemieckie pieczywo, ktore uwielbiam (!!!)
  • przecenione foremki do pierniczkow z Butlersa,  gotowe pierniki i spekulosy z posezonowej wyprzedazy (w Penny-Markt po 43 centy za opakowanie!)
  • torebka
  • pantofle (potrzebuje dla gosci)
  • w Saturnie: szczoteczka do zebow Oral B z 4 wymienionymi glowkami, etui na plyty, termos, termometr, nozyczki kuchenne wielorakiego zastosowania 
  • ksiazka 'Podroze z Herodotem' Kapuscinskiego koledze na prezent (chce wsrod Niemcow promowac polska literature)
  • srodki przeciwkaszlowe: 2 rozne pudelka herbatek (acz o podobnym skladzie: babka lancetowata Spitzwegerich, korzen lukrecji Süßholzwurzel, fenkul wloski Fenchel, tymianek Thymian), opakowania tabletek do ssania Isla Moos (plucnica islandzka) i Emser Pastillen (sol emska), pare torebek pastylek na kaszel, drapanie w gardle i glos (z eukaliptusem, miodem, i innymi bajerami)
  • w sklepie z tanimi gadzetami: 2 pary grubych i super cieplych skarpet, rekawiczki, zaparzaczka do herbaty, komplet 6 pedzli do farb, co bym nie musiala malowac patyczkami z wata, jak robie wymyslne kartki czy albumy, odjechane okulary w sam raz na ciekawe przebrania (mam plan ich pierwszego uzycia)


    A czemu warto kupowac to wszystko w Niemczech?

    • 900 ml Lenora kosztuje 1,11eur
    • Denk Mit - 36 tabletek na 18 pran - 2,85 eur
    • Farby do wlosow to 40% ceny w Belgii
    • Chemia w dm-drogerie i moim ulubionym sklepie Müller kosztuje 2-4 razy taniej (w zaleznosci od produktu) niz w Brukseli


    Z przecen praktycznie nie skorzystalam (poza 50% obnizka piernikow i foremek). Po sklepach z ciuchami wlasciwie przejsc nie zdazylam (nic straconego, mam ich pelna szafe). 


    Reasumujac:
      Zakupy w Niemczech na pol roku: niecale 250 eur.
      Pyszne Zigeunerbratwurst z kapusta i frytami na obiad z herbata i malenkim piwem: 13 eur.
      Przyjemnosc wyjechania za wschodnia granice w milym towarzystwie: bezcenne ;-)

      PS Tylko teraz zawartosc 6 toreb musze poupychac po katach...

      czwartek, 13 stycznia 2011

      Postawione na glowie

      Nowy Rok jest juz definitywnie rozpoczety i wrocilam na chyba wszystkie zajecia po przerwie swiatecznej. Miedzy innymi za nami jest kolejny solfez (teraz nawet chrypka mnie z niego nie zwalnia, bo odbywa sie u mnie w domu). Zaczelo sie od prostego dyktanda i po pierwszym wysluchaniu dwoch roznych ciagow dzwiekow mielismy odpowiedziec na pytanie:

      - Jaka jest roznica pomiedzy tymi melodiami?
      - Zmienia sie barwa.
      - Tak? A na jaka?
      - Z kanarkowozoltej na niebieska - pewnym tonem odparl kolega.

      My w smiech, a tu sie okazalo, ze sa na swiecie jednostki, ktore 'widza' dzwieki w postaci kolorow!!! Nie wiadomo dokladnie czy to dar, czy niedogonosc, ale jedna na pare tysiecy osob ma pewna szczegolna umiejetnosc:

      Chromostezja, barwne słyszenie, zjawisko towarzyszenia wrażeniom dźwiękowym spostrzeżeń i wyobrażeń koloru, np. kojarzenie wysokości dźwięku z określonym kolorem. U niektórych określoną barwę mają całe tonacje. Chromostezja jest rodzajem synestezji, czyli jednoczesnego odczuwania wrażeń różnymi zmysłami, polega na stałych związkach skojarzeniowych dwóch lub kilku rodzajów wrażeń.

      W internecie jest sporo artykulow o synestetach, np. http://www.poradnia.pl/choroby/uklad-nerwowy/1714-synestezja-widziec-dzwiek-smakowac-kolory, gdzie znalazlam m.in.taka ciekawostke:

      Gdy się rodzimy, wszyscy jesteśmy synestetami. Postrzegamy kształty jako smaki, a dźwięki jako kolory. Każde wrażenie zmysłowe – czy to smak, czy dźwięk – pobudza w mózgu niemowlęcia wszystkie obszary jednocześnie, wybuchając istną feerią odczuć i wrażeń. Prawdopodobnie dlatego małe dzieci swoje zabawki „oglądają” przede wszystkim ustami. Na późniejszym etapie rozwoju mózgu, domniemany nadmiar połączeń mózgowych ulega redukcji, przez co percepcja staje się jednozmysłowa – albo wzrokowa, albo słuchowa, a nie jak poprzednio – słuchowo-wzrokowa. Ci, u których dokonuje się to w sposób niepełny, stają się synestetami.


      Nasz wspoluczen nalezy do tej garstki (nie)szczesliwcow i przyznal, ze z corka sluchal i omawial wiele utworow i prawdopodobnie wytworzyl u niej identyczne spostrzezenia barwno-sluchowe (tzn. sama wykazywala skonnosci, a nie ma pewnosci co do przyczyn ich zgodnosci). On natomiast ma je podobno bez zadnego ksztalcenia. Druga corka tej umiejetnosci juz nie posiada.

      Ja sie tylko zastanawiam, czy na tych zajeciach solfezu ucze sie muzyki, czy zdobywam wiedze o dysfunkcjach: dyspraksjach, chromostezjach i innych. Swoja droga nie wiedzialam, ze ksztalcenie sluchu i znajomosci nut moze byc tak fascynujace! Teraz z niecierpliwoscia czekam na nasze kolejne spotkania!

      Poza tym bylam na pierwszej w tym roku gimnastyce (doszlam do wniosku, ze kaszle juz tylko jak sie odprezam w pozycji horyzontalnej, wiec zalozylam, ze nie powinno byc problemu). Nasza fizykoterapeutka znowu wprawila nas w zaklopotanie obdarowujac swoje kursantki różkami wypelnionymi slodyczami, ktore maja nas zmotywowac do dalszego dbania o forme. I przy okazji dala nam taki wycisk, ze jutro pewnie nie bede mogla sie ruszyc.

      Ale to nadal nie koniec typowego dla Belgii surrealizmu, ktorym zarazam sie w tempie blyskawicznym ;-)

      Dzis cwiczylysmy z elastyczna szarfa i jak podczas zajec jednej z nas wystrzelila z rak, instruktorka cos skomentowala po francusku i wszyscy sie zasmiali. Moja znajoma z karimatki obok tylko mi cichutko szepnela:

      - Fouet to po polsku bicz.
      - A skad to wiesz?
      - Z wczorajszego francuskiego.

      No i to przewazylo szale, postanowilam nie byc gorsza i w poniedzialek zdaje koncowy egzamin z ostatniego poziomu tego jezyka na kursie, a od srody zaczynam... korepetycje!

      środa, 12 stycznia 2011

      Misski

      Wczoraj wybrano nowa Miss Belgique aka Miss België. W ostatnich 3 latach najpiekniejszymi kobietami okazaly sie same Flamandki. I wzbudzilo to ferment i oskarzenia o brak rownouprawnienia, bo ponoc mieszkankom polnocy latwiej spelniac wymog dwujezycznosci, ktory stawia Walonki* na straconej pozycji. Druga najpiekniejsza, pochodzaca z Liège, odpadla, bo nie zrozumiala pytania po niderladzku (choc ponoc obiecala sie go douczyc).

      Jest zatem kolejny powod zasadnosci podzialu Belgii ;-)

      I to wcale nie zart, tylko podobne newsy podaja w mediach. Ten kraj nie przestanie mnie zadziwiac...


      * Uprasza sie o nie mylenie Walonek (no bo jakze inaczej nazwac mieszkanki poludnia) z walonkami, ktore zwykle uroda nie grzesza (http://pl.wikipedia.org/wiki/Walonki).

      wtorek, 11 stycznia 2011

      Palce lizac

      Z Polski przywiozlam kilka zeszytow wydawanych przez "Gazete Wyborcza" zbieranych skrzetnie przez moich Rodzicow z przepisami kulinarnymi - serie 'Polska je je je', 'Wakacyjne smaki' czy 'Palce lizac'. Zaczelam od smakowitej lektury i musze przyznac, ze czasem sa lepsze niz niejedne dowcipy.

      Na przyklad znalazlam przepis na ziemniaki z ogniska:

      Skladniki:

      • po kilka sredniej wielkosci ziemniakow na osobe - starsze sie lepiej sprawdzaja niz mlode (nie doprecyzowano tylko, czy chodzi o osoby czy kartofle ;-))
      • ognisko
      Jest tez przepis na zsiadle mleko:

      Skladniki:

      • dowolna ilosc surowego mleka, czyli tyle ile bedziemy w stanie wypic




        Po tej calej lekturze zdecydowalam sie poeksperymentowac i kupiwszy w polskim sklepie twarog sernikowy Piatnicy upieklam moj piewszy sernik wg przepisu ze strony:
         http://mojewypieki.blox.pl/2010/12/Swiateczny-sernik-wykwintny.html Wyszedl super! Mial tylko jedna wade - zniknal w mgnieniu oka (inna sprawa, ze przewinelo sie kilku gosci, ale i tak nie dotrwal do poniedzialku ;-). 

        Muzykoterapia

        Gdzie uslyszysz spiew, tam wchodz, tam dobre serca maja. 
        Zli ludzie, wierzaj mi, ci nigdy nie spiewaja!

        Okazalo sie, ze jest mnostwo przepieknych polskich koled, ktorych nigdy nie slyszalam. W zeszly czwartek mielismy choralne spiewanki trzejkrolowe i szybko sie zorientowalismy, ze to co my znamy, to tylko kropla w morzu wspanialych utworow bozonarodzeniowych. Przy gitarze nucilo sie swietnie, niesmialo wtorujac nawet mimo mojego permanentnego stanu przeziebienia, z ktorym sie mecze od miesiaca i wydawalam z siebie dzwieki o niezamierzonej wysokosci i brzmieniu, mocno rezonujace w zatokach przynosowych. I choc na koniec juz generalnie stracilam glos, to muzykoterapia na ducha umeczonego noworocznym powrotem do pracy dzialala doskonale (a i cialo sie wmocnilo, bo katar dal sie ladnie opanowac - odkrylam swietne krople Rhinospray).

        Z ciekawostek - znacie dodatkowa zwrotke 'Pojdzmy wszyscy do stajenki'? Zaserwowal nam je jeden z zaproszonych Ojcow, z zaznaczeniem, zebysmy raczej ich nie dodawali do repertuaru podczas mszy, a zostawili sobie na podobne spiewne wieczorki. Przeczytajcie nucac melodie koledy:

        Zostań Jezu mym braciszkiem.
        Podzielę się z Tobą wszystkim.
        Dam Ci swoje klocki lego,
        dam Ci misia pluszowego.

        A to jedna z koled, ktorej sie ostatnio nauczylam:




        Teraz juz sie zajelam planowaniem weekendow, wakacji, pieciolatki (wkrotce mam rocznice przyjazdu do BXLi), zaczynamy solfez i spiewy choralne, powrocilam do wieczorkow kinowych, wdrozylam w zycie plan spotkan (z jedna znajoma smiejemy sie, ze wyrobilysmy juz roczna norme, bo w ostatni weekend bylam u niej 3 razy i ona raz u mnie), szykuje sie do testow w francuskiego i niderlandzkiego i znowu duzo sie dzieje.

        Jedyne czego zaluje, to fakt, ze nie udalo mi sie wybrac na koncert WOSP, ktory po raz pierwszy organizowano w Brukseli - w Belgii zebrano ponoc lacznie 45 tys.euro!!! A w dodatku srodki maja byc przekazane na dzieci z chorobami nefrologicznymi, czyli tymi, o ktorych wiem najwiecej...

        A skoro znowu zeszlam na temat zdrowia, po smierci Krzysztofa Kolbergera (7 stycznia) siegnelam po raz kolejny po ksiazke Szymona Holowni 'Ludzie na walizkach' do wywiadu z aktorem (chorym od 20 lat na nowotwor trzustki z przerzutami na nerki). Rozmowa, przeprowadzona przed kilku laty (tom wydano w 2009 roku) konczy sie odpowiedzia na pytanie, na co czeka:

        Na Euro 2012 (śmiech). Cieszyłem się jak dziecko, gdy gruchnęła wieść, że będziemy to robić. Wróżka przepowiedziała mi kiedyś, że umrę, mając 61 lat, a więc w 2011 roku. Może uda mi się oszukać los i doczekać tych stadionów, dróg, pięknych domów.

        Niech pan spojrzy za okno. Co pan widzi? Czternaste piętro, po lewej warszawskie wieżowce, po prawej Powązki. To właśnie jest moje życie - między metropolią i nekropolią (śmiech). A tutaj, widzi pan ten neon? On codziennie przypomina mi, że muszę żyć. To reklama banku, w którym spłacam kredyt.

        Szkoda, ze nie podano szczegolow skad jest ta wrozka ;-)

        Ja Kolbergera widzialam na goscinnych wystepach na deskach lodzkiego teatru w sztuce 'Kocham O'Keeffe'. Byl rewelacyjny!

        W wywiadzie zas powtarzal, ze teatr byl najlepsza terapia na wszelkie bolaczki. Zapis rozmowy jest w necie na stronie:

        http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/spoleczenstwo/ludzie-wierza--ja-czekam,10616,1

        poniedziałek, 3 stycznia 2011

        Do przodu

        I po raz kolejny okazalo sie, ze jestem gwarantem sprawnej i terminowej podrozy. W obie strony (Belgia - Polska) przejechalam prawie bez opoznien (wczoraj tylko czekalismy drobne pol godzinki na odsniezenie pasa startowego), a teraz slucham coraz to bardziej dramatycznych historii transportowych. Zreszta TV Polonia zrobila mi 'prezent' noworoczny i zamiast bajek o Boulinkach wrocily poranne serwisy informacyjne i dzis moglam sobie obejrzec reportaz o skandalach w PKP i ich rzekomym zaskoczeniu, ze 2 stycznia pasazerowie licznie beda korzystac z ich uslug. Coz, ja wczoraj mialam przyjemnosc skorzystac z dwoch pociagow, w pierwszym konduktor zabawial mnie dowicipami, a w drugim niestety stalam przez prawie dwie godziny (niefortunnie do Warszawy trafilam na sklad do Bialegostoku i jedyne miejsce znalazlam na korytarzyku w WARSie), ale jechaly sprawnie i na czas. I jedyna niedogodnoscia bylo 5 minut na przesiadke podczas ktorych wyskoczylam z pierwszego pociagu, rozejrzalam sie dokola i jeknelam ze zgrozy, po czym z moja 20kilogramowa walizka (dokladnie 19,6 kg) i niemal 10 kilowym plecakiem odbylam kilusetmetrowy sprint do przejscia podziemnego, schodami w dol, w bok, w gore, potem 150 metrow do kasy, robiac przy okazji za plug sniezny, tam wywolalam babke z zaplecza, bo ja natychmiast musze kupic bilet na pociag, ktory wlasnie nadjezdza, potem znowu 150 metrow do przejscia podziemnego, w dol, w gore i jak wybieglam na moj peron sapalam jak lokomotywa (uff, jak goraco). I stwierdzilam, ze ja narzekac moge najwyzej na to, ze moje pociagi sa niemal punktualne, bo przy opoznieniu mialabym troche wiecej czasu na przesiadki (podobny sprint wykonalam 2 tygodnie temu). *

        Na lotnisko dotarlam z bolem miesni i glowy i kiedy w samolocie przekartkowalam najnowszy numer LOTowskiej gazetki wpadl mi w oko artykul o panu Piotrze Pogon. I az wstyd mi sie zrobilo. Pacjent kliniki onkologicznej, po walce z nowotworem gadla, pluca (jedno ma usuniete) i na czole. Pobiegl w maratonie w Afryce (na wysokosci 2400 m npm) i NY, wszedl na Kilimandzaro i Elbrus. I kipi pomyslami, co by tu jeszcze zrobic. Wiecej o nim na stronie:
        http://runners-world.pl/ludzie/Zaklinacz-dobrej-energii-3704.html i http://www.nazdrowie.pl/artykul/wykorzystac-kazda-sekunde-zycia (polecam zajrzec). A ja, moze nie idealnie zdrowa, ale w calkiem niezlym stanie, wymiekam na dworcu w Koluszkach...

        Zreszta jedzac sniadanie o 4 rano przed wylotem do Polski trafilam w telewizji na kabaret z udzialem pana Jacka Federowicza, w stroju biegacza, ktory opowiadal o swoich doswiadczeniach w maratonach. Zaczal majac kolo 40 lat. Startuje do dzis. Zartowal, ze najpierw sprawdza, czy w jego grupie wiekowej (>70 lat) nie startuje wiecej niz 3 biegaczy, zeby miec zagwarantowane miejsce w pierwszej trojce. I bedac w sile wieku, kiedy zaczal dbac o zdrowie poszedl do lekarza i zapytal, czy jak bedzie jadl same zdrowe rzeczy, regularnie cwiczyl, zrezygnuje z alkoholu i kawy, to bedzie zyl dluzej. Doktor na to, ze bedzie zyl pewnie tyle samo lat, ale… na pewno bedzie mu sie dluzylo ;-)

        Moj Tata zapowiada, ze w tym roku rezygnuje z 20 km, tylko ja mam wziac nasze oba czipy, a on bedzie mi robil zdjecia ;-) Mam 5 miesiecy na przygotowania i poki co sie zastanawiam, czy leczyc kaszel, czy go ignorowac i robic swoje. Ratunku upartuje jeszcze w hiperwentylacji drog oddechowych podczas proby choru, a wczesniej moze sie zalapie na 'spiewanki Trzejkrolowe'. Pozyjemy zobaczymy... Byle do przodu.

        * Drobna uwaga, dla tych, co sobie pomysla, zem traba, bo nie kupilam od razu biletu na cala trase. Otoz niestety Tanie Linie Kolejowe nie honoruja biletow Interregio i chyba vice versa, a ja oprocz pociagu zmienialam przewoznika. Moglam jedynie ryzykowac wsiascie na gape i wzbudzanie wspolczucia w konduktorze kierujac ku niemu prosbe o lagodny wymiar kary. Uznalam jednak, ze wiecej zalatwie sila miesni niz perswazji. I chyba slusznie.

        sobota, 1 stycznia 2011

        Na przelomie

        Skonczyl sie stary rok, konczy sie moj urlop, czas wracac ze starych smieci na nowe i zaczac kolejne 12 miesiecy.

        Pobyt w Polsce jak zwykle minal mi bardzo szybko, przyjemnosci mieszaly sie z obowiazkami, a lenistwo w fotelu z ksiazka ('Anna Karenina' Tolstoja po polsku na przemian z Houellebecq'iem po francusku) przeplatalam udzielaniem sie towarzysko.

        Niestety kaszel sprawil, ze po raz pierwszy od wielu lat nie dotarlam na pasterke, a gololedz narazala nas na niezwykle wygibasy, bo ledwo mozna bylo pod gorke wyjsc z podworka na oblodzona szose. W dodatku oddalam moj aparat do naprawy i na najblizsze miesiace az do kolejnej wizyty w Polsce musi mi starczyc ten w komorce.

        Udalo mi sie jednak spotkac mnostwo znajomych i krewnych, choc jak bumerang w rozmowach wracaly problemy, a to z praca, a to ze zdrowiem, a to generalnie aura nie sprzyja. Na szczescie gdzies w tym wszystkim zachowalo sie poczucie humoru i zasmiewalismy sie z meza kolezanki, ktory krople na zapalenie spojowek pomylil z kroplami do ucha dla kota (szczypalo ponoc okrutnie), z pierogow z serem doprawionych proszkiem do pieczenia zamiast wanilii czy z posolonego kompotu. Ja gubilam sie namietnie, mylilam tramwaje (16tka zamiast 6tki), kwitlam na przystankach, po Lodzi wedrowalam z mapa albo dzwonilam po pomoc, ktory, do krocset, blok jest tym, do ktorego mam wejsc, bo wszystkie dokola wygladaja identycznie ;-)

        No i przede wszystkim mialam okazje troche odpoczac i poleniuchowac. W ramach prezentu gwiazdkowego dostalam tomik wierszy mojego bylego 11-letniego wakacyjnego prawie-sasiada z dedykacja, a z 7-letnia byla prawie-sasiadka tworzac cos na wzor krotkiej tasmy produkcyjnej wyrobilysmy kolejna ogromna porcje piernikow z przeznaczeniem czysto konsumpcyjnym (te brukselskie byly dla ducha, a justynowskie - dla ciala). W dodatku prace (ja je packalam lukrem i czekolada, a moja towarzyszka obficie zasypywala je roznokolorowymi posypkami i srebrymi kuleczkami) umilalysmy sobie przyjemna rozmowa:

        - Aga, jak myslisz, czy moglabym wystartowac w konkursie na dekorowanie piernikow?
        - Na pewno bys mogla.
        - I mialabym szanse na pierwsze miejsce?
        - No tego nie wiem.
        - Ale jakbym nie wygrala, to tez by bylo dobrze. Bo wiesz, w grze chodzi o to, zeby dobrze grac. A nie wygrac. Ktos przeciez tez musi zajac ostatnie miejsce...

        My na szczescie bylysmy bezkonkurencyjne ;-) A nastepnym razem mam w planie sprobowac zrobic biale rudolfy ;-)

        Objadlam sie tez mnostwa innych swiatecznych pysznosci (makielki, makowce, serniki, pozniej tatar, bigosik itp), poprobowalam kilka nowosci (pierogi ze sledziem czy nalewki) i tylko pogoda (slizgawki i zamiecie) nie do konca sprzyjala spacerom i gubieniu kalorii (to zostawiam sobie na Bruksele od poniedzialku).

        Z reguly nie robie postanowien noworocznych, ale tym razem zanosi sie na wyjatek vel poczatek nowej tradycji. W zamysle mam 3 pomysly:

        • zapisac sie do biblioteki publicznej De Munt, skad oprocz ksiazek mozna wypozyczac plyty i filmy - jest to szansa na zachowanie jakiejs pustej przestrzeni w mieszkaniu, bo z moim tempem kupowania ksiazek niedlugo ono samo zamieniloby sie w biblioteke 
        • nauczyc sie szydelkowac. Znalazlam nawet internetowy poradnik dla poczatkujacych:  http://www.kuradomowa.com/zrobtosama/robotki_szydelkowe_podstwy_techniki.shtml. Moja praprababcia byla mistrzynia szydelkowania i do dzis mamy jej serwetki i misterne bordiury na chusteczkach. Prababcia bardziej upodobala sobie druty i robienie welnianych skarpet, babcia dziergala przepiekne swetry, pozniej tradycja umarla i zobaczymy, czy w genach przenioslam jakies umiejetnosci (bo upodobania do frywolitek mam od dawna i nawet dostalam teraz dzwoneczek, kwiatek, gwiazdke i aniolka od znajomej mojej Mamy i zabieram ze soba do powieszenia na lampie - kolo bombki z napisem Polska, szklanych motylkow i kanadyjskiego lapacza snow). Zreszta nawet moj Tata przyznal sie do popelnienia kilku chusteczkowych obwodek. W kazdym razie juz teraz w 'spadku po dziadku' zostalam wyposazona w ekwipunek do szydelkowania, wywoze go do Brukseli i zobaczymy czy cos mi z tego wyjdzie (osobiscie z moim wzrokiem zle rokuje, ale sie nie dowiem, poki nie sprobuje).
        • przynajmniej do wiosny, kiedy znowu mnie pewnie zacznie gonic w nature, pola, lasy, mam nadzieje znalezc troche czasu na spokojne spotkania z brukselskimi znajomymi. Bo mysle, ze ostatnie miesiace troche mi przelecialy nie-wiadomo-gdzie. Poki co z (pod)lodzka ekipa zaleglosci mam nadrobione. Poza tym zglaszaja mi sie kolejni goscie, a w glowie wykluwaja mi sie nowe pomysly. 


        A zeby uczynic zadosc noworocznym klimatom, zycze wszystkim, zeby mogli robic i realizowac to, co lubia lub czego pragna najbardziej. 


        Pieknego roku 2011!!! 


        (i choc nie zawsze jest rozowo i nie zawsze sie wygrywa, zebysmy umieli dostrzegac te pozytywne strony - patrz filmik ponizej) 




        PS A podsumowanie roku 2010 wypada mi niemal jak reklama korporacji transnarodowej: Amsterdam - Paryz - Toronto - Nowy York - Moskwa - Londyn ;-) W 2011 przydaloby sie zamienic metropolie na piekno przyrody i duzo swiezego powietrza!

        piątek, 24 grudnia 2010

        Niebieski Panie Dyrektorze...



        Radosnych Swiat!!!

        A pierniki niech nam nie mieszaja, tylko spokojnie wisza na choinkach












        PS dopisany nieco pozniej
        W naszym kosciele tegoroczna choinka rowniez jest ubrana ekologicznie - w owoce i ciasteczka. Po mszy wszystkie dzieci mogly do niej podejsc i wziac jedna z ozdob na pamiatke. Moja Mama udzielila mi pozwolenia, jako swojemu dziecku, ale spekalam ;-) Poprzestaje na swoich wyrobach.

        wtorek, 21 grudnia 2010

        Loteria swiateczna

        Zaczelo sie od sniegu w niedziele. Sypnal z cala sila, ci, co wzieli pare dni urlopu, zeby spokojnie doleciec na swieta, utkneli w BXLi. Z Francji zaczeto sciagac plugi sniezne, a w poniedzialek wprowadzono zakaz wjazdu dla TIRow na autostrady i glowne drogi w Belgii, zeby zaradzic na 700 km korkow (na tak male panstwo, to calkiem niezle osiagniecie). Wczoraj lotnisko Zaventem oglosilo, ze odwoluje wszystkie loty do srody rano (choc aura juz bardziej przyjazna) z powodu braku plynu do odmrazania samolotow, a zamowienie z Francji nie moglo dotrzec, bo przeciez sa ograniczenia dla samochodow ciezarowych. Ci co szybko zareagowali wczesnym wieczorem mieli szanse przebukowac lot na wigilie na klase biznes. Godzine pozniej byly juz miejsca tylko na 26 grudnia. W miedzyczasie plyn sie znalazl (jakies skrycie schowane zapasy), ale zabraklo samolotow, bo przewoznicy obawiajacy sie zablokowania ich maszyn w Brukseli odwolali loty do Belgii i nie mialo co z niej wyleciec (np.do Warszawy).

        Dzis od rana rozpoczelo sie targowisko: kto kiedy leci, jedzie, zostaje, gdzie kupic karpia, matjasy, skad Swiety Mikolaj, renifery z napedem odrzutowym. Dzieci rycza, rodzice dra wlosy z glow, prawdziwie swiateczna goraczka.

        Ja stwierdzilam, ze moje zmartwienia nic tu nie pomoga i poszlam na niderlandzki. Wiekszosc kursantow nie dojechala i przezorni lektorzy zebrali wszystkie grupy do kupy, podzielili nas na zespoly i zrobili quiz. Byl stol trzymajacych sie razem Walonow, francuskie towarzystwo wzajemnej adoracji, a ja zostalam liderka grupy odrzutow skladajacej sie ze mnie, Wloszki, Irlandczyka, Niemca i Francuza, ktorego sila oderwali od znajomych. I co? I to byla najlepsza mieszanka zawodnikow. Wygralismy z hukiem, wiwatami i wynikiem 22 punktow na 20 (sic!!!).

        Nie znalismy tylko odpowiedzi na 3 pytania: jaki jest drink robiony z uzyciem skorek od pomaranczy (nie grzaniec, ale prawidlowej odpowiedzi nie pamietam), jak sie nazywa sredniowieczne nakrycie glowy dla kobiet na obrazie Memlinga (hennin) i czego nie ma Mona Lisa: brwi, zmarszczek czy naszyjnika (my strzelilismy ze zmarszczkami, chodzilo o brwi).




        Za to wspolnymi silami wykombinowalismy, ze:


        • Artysta pochodzenia bulgarskiego, ktory zajmuje sie opakowywaniem budynkow to... Christo
        • Osoby z rudymi wlosami maja wieksza tendencje niz inni do… piegow
        • Biblijna rzeka i dzielnica w Amsterdamie o tej samiej nazwie to… Jordan
        • Potrawa, ktora spozywa rodzina na obrazie Van Gogha to… ziemniaki
        • Poeta/prozaik rosyjski, potomek czarnoskorego niewolnika i ulubieniec cara Piotra I to… Puszkin
        • Novgorod znaczy... nowe miasto
        • Wyspy w ksztalcie palmy wybudowano w... Dubaju (trzeba bylo podac panstwo, wiec zaryzykowalismy z VAE, bo zapisanie Verenigde Arabische Emiraten przekraczalo nasze umiejetnosci)
        • Najpiekniejszy plac w Europie to oczywiscie... Grote Markt
        • Najmniejsza belgisjka prowincja to... Vaals Brabant
        • Slynny belgijski kolarz to... Eddy Merckx
        • Izraelska transseksualna piosenkarka pop, laureatka Eurowizji w 1998 roku to… Dana International (nie moge wyjsc z podziwu, ze moi koledzy to wiedzieli)

        Slowem roznorodnosc doswiadczen wyniesionych z krajow calej Europy kluczem do sukcesu. Inne grupy nie mialy nawet polowy odpowiedzi.

        Wygralismy bombonierke z opakowaniem przypominajacym plik 100-eurowek, zawierajacy w srodku czekoladki w zlotku w ksztlacie 1 eur (z Niemiec, ale wyprodukowane w Amsterdamie).

        Mam nadzieje, ze passa sie odwraca, koniec z pierniczeniem sie, czas na swiateczny kiermasz radosci i nastroju. Nawet moje spojowki odzyskuja powoli swoja sniezna barwe. Lece jutro z samego rana.

        niedziela, 19 grudnia 2010

        Popierniczylo sie

        Nadal jestem uwieziona w domu, bo zle sie czuje, kaszle i choc snieg za oknem wyglada pieknie, doleczam sie w cieple domowego kaloryfera (bo ogniska sie u mnie nie doszuka). I zamiast pierniczyc na blogu, postanowilam tym razem popierniczyc w kuchni. Dla odmiany bez mieszanki Doktora Oetkera, a z maki, cukru i miodu okazalo sie, ze tez sie da stworzyc niezgorsze cudenka.

        Reszta tez mi sie lawinowo pierniczy. Najpierw popsul mi sie aparat. Obiektyw sie wysunal, dostalam informacje o bledzie i w zaden sposob nie chce sie zamknac spowrotem. Do tego cos mi sie stalo z okiem, bo zapuchlo, wygladam jak bokser po przegranej walce (czyli jakby mi ktos przypierniczyl) i cos mi sie z niego packa (zakladam, ze gdyby to byla alergia na pierniki, to objelaby oba oka, a nie jedno). Na szczescie pod moim domem otwarto nowy polski sklep i na dosc pustych jeszcze polkach wynalazlam pudelko rumianku i robie sobie oklad za okladem. 

        Wracajac zas do pierniczenia w pozytywnym tego slowa znaczeniu, dzis znajoma sprzedawala wyroby wlasnej roboty po niedzielnej mszy, a dochod ma byc przeznaczony na zakup ksiazek dla dzieci do przykoscielnej biblioteki. W piatek rozeslala nam kilka bardzo zachecajacych zdjec, ktore na mnie podzialaly tak, ze z zazdrosci sama sie wczoraj wzielam za wypiekanie. Najpierw jej osiagniecia:










        Niestety bylam w gorszej sytuacji, bo primo: brakuje mi know-how'u, secudno: posiadam tylko jedna foremke w ksztalcie choinki, tertio: pod koniec widzialam wlasciwie na jedno oko. Ale na coz ma sie kreatywnosc i samozaparcie! Poszperalam w necie i w ksiazkach i postanowilam zaczerpnac pomysly od rodziny Borejkow z powiesci pani Musierowicz ;-)

        Najpierw wyprobowany juz przeze mnie przepis:

        1 kg mąki
        350 g płynnego miodu
        przyprawy do pierników
        2 łyżeczki sody, 1 - kakao, 
        2 jaja
        350 g cukru
        150 g masła,

        Jezeli miod jest skrystalizowany, rozpuscic go na malym ogniu. Wymieszac 3/4 kg maki z soda, przyprawami i kakao. W garnuszku zbrazowic, mieszajac, 80 g cukru, zalac polowa szkanki wody, zmieszać i wlac tak powstaly karmel do maki. Dodac reszte cukru, roztrzepane jaja i maslo (ja je tez rozpuscilam). Zmieszac, zagniesc. Pozostale cwierc kilograma maki sluzy do podsypywania przy ugniataniu. Zagniecione do gladkosci, surowe ciasto wlozyc do lodowki (moze dojrzewac nawet tydzien). 

        Po rozwalkowaniu ciasta, mozna z niego foremkami wycinac gwiazki i choinki, albo przylozyc dowolnego ksztaltu szablon wyciety z papieru i obrysowac go czubkiem ostrego noza (tak powstaly moje aniolki i serduszka). 

        Piec 10 minut w temperaturze 180 stopni. 



        To efekt (zdjecie zrobilam telefonem, ktory, odpukac!, wciaz dziala):


        A to z make-up'em ;-)



        Dzis pierniki legly juz w walizce. W srode 'spierniczamy' do Polski. 

        PS A na przyszlosc, dowiedzialam sie, jak zapanowac nad lukrem, zeby zamiast jednej wielkiej plamy zrobic ladne kropki czy kreski. Otoz wlewamy go do zwyklej torebki foliowej, w ktorej robimy malenka dziurke. Wyprobuje nastepnym razem. Poki co moje wypieki maja dosc prymitywne wzornictwo. Za to sa bardzo smaczne (zabraklo mi pudelek i niektore egzemplarze zostawilam sobie na deser ;-). 

        sobota, 18 grudnia 2010

        czwartek, 16 grudnia 2010

        „Kilowaty nie na straty”

        Dzis w pracy udalo mi sie wymknac na lunch do kantyny (z tesknota, po niemal tygodniu jedzenia tego co sobie sama przyrzadzilam, czyli po 3 dniach kulebiaka, a trzech kolejnych z zupa jarzynowa). Tam zaskoczylo nas przycmione swiatlo i zaczelismy dywagacje, czy:


        • ciemnosc ma nas zniechecic do zagladania w talerze, bo w stolowkach lepiej czasem nie wiedziec co sie je, a smakuje i tak zwykle dosc podobnie
        • postanowiono wprowadzic swiateczny nastroj
        • zastosowano polityke oszczednosci elektrycznosci

        I gdy wrocilam do domu i wlaczylam TV Polonie, tam akurat nadawano retransmisje koncertu z okazji 60tej rocznicy powstania Zrzeszenia Studentow Polskich. I natrafilam na taka piosenke:



        Piosenka pozytywka elektryczna z elementami łagodnej perswazji

        Słowa i muzyka: Stanisław Klawe

        Obywatele, czy znacie poetę
        rodem z Weimaru, nazwiskiem Goethe?
        Ja znam, lecz sprawa zaczyna się gmatwać
        gdy mam zrozumieć: „więcej światła”
        Gdy tu tymczasem na łamach gazety
        po prostu rym wyszedł spod pióra poety
        (teraz już wiemy, dla kogo etaty):
        „Kilowaty nie na straty”


        Gaście światło, obywatele
        Elektrownie czekają na prąd
        Jasna przyszłość naszym jest celem
        Lepiej będzie widoczna stąd


        Tu pragnę wytknąć poecie Goethemu
        niekonsekwencję w obrębie systemu
        Gdyż słów rzuconych w euforii
        niepomny, odszedł w mrok historii
        Więc zamiast szukać w całym dziury
        spróbujmy zaniechać klasyków lektury
        Już czas się wziąć za współczesne cytaty:
        „Kilowaty nie na straty”


        Gaście światło, obywatele…


        I jescze mała prośba na koniec
        ponieważ mi się spieszy:
        Zostawcie może światło zielone
        na przejściu dla pieszych!

        http://zsprn.home.pl/public/images/stories/Blog/Aktualnosci/60_LAT_ZSP_program.pdf

        Zatem wcale nie jestesmy tacy innowacyjni z ta polityka energooszczednosci ;-)

        „Kilowaty nie na straty”

        środa, 15 grudnia 2010

        Filozofowanie w wirtualu

        Tak mi sie przypomnialo, ze jak sie przeziebilam, to mi znajoma poradzila, zebym zwolnila tempo i zostala filozofem. Dlugo nad tym myslalam, ale moje zastanawianie sie doprowadzalo mnie na manowce, bo na przyklad doszlam do smutnego wniosku, ze sobie wszyscy dobrze radza z moja nieobecnoscia i ze jestem latwo zastepowalna (to raczej w chorze, gdzie solowek zadnych nie mam i miec nie bede, bo w pracy w zwiazku z brakiem tak zwanego 'back-upa' jestem rzekomo niezbedna - przynajmniej az do transferu, ktorego mam pasc ofiara w przyszlym roku, czyli - ni mniej, ni wiecej - za 4 dni robocze, ktore mi do konca tego pozostaly). Na tym jednak moje przemyslenia skonczylam, bo nic z tego nie wynikalo, i zabralam sie do czynow (a o tym jest poprzedni wpis).

        Kiedy po uzupelnieniu bloga i zjedzeniu obiadu polozylam sie na chwile i zasnelam przy Monteverdim, a obudzilam sie z kaszlem niczym suchoty Chopina, postanowilam zmienic klimat i po przejrzeniu zasobow mojej filmoteki wyciagnelam po raz kilkunasty spektakl teatralny 'Chlip-hop' z Magda Umer, Andrzejem Poniedzielskim i ich wirtualnym wirtuozem, czyli Wojciechem Borkowskim. Przedstawienie ma forme wymiany internetowej 'na lekkim czacie', podczas ktorej 'bibrzenie' tej trojki przeplatane jest piosenkami. No i duzo w tym filozofowania na temat naszych czasow. Dodajmy, ze bardzo trafnego. Bo na przyklad ja przez ostatnie dni przenioslam sie na skejpa, mejla i fejsbuka i choc wokol rozsiewalam zarazki i nie wystawialam nosa za drzwi, moje 'zycie towarzyskie' nie zamarlo (no przynajmniej 'po tej drugiej stronie'). Bohaterowie 'Chlip-hopu' potwierdzaja, ze internet to taka lepsza wersja domofonu - sterujemy nasza goscinnoscia, rozmawiamy, a mieszkania nam sie nie niszcza (a i sasiedzi zyja spokojnie, bo dzis nawet odwolalismy solfez w realu, skutkiem czego moge sobie siedziec i guglac do woli).

        W necie oczywiscie placza sie fragmenty spektaklu i tu jeden z nich:




        A na rozterki serca autorzy stosuja dorobek narodow smielszych uczuciowo i wychodzi im cos takiego:



        Wniosek: zapatrujmy sie w przyrode, a nie w internet.

        I ja, mimo regularnie prowadzonego bloga, sie pod tym podpisuje.

        Jutro ze swiata wirtualnego wracam do rzeczywistego, ktory mnie od rana ta realnoscia zasypie jak snieg w Polsce i przydusi silniej niz kaszel stosem teczek do sprawdzenia.

        Ci co chcieliby blizej poznac klimat chlip-hopu, a nie maja DVD ze spektaklem pod reka (brukselczykom moge go w swoim czasie uzyczyc) odsylam do wspanialego cieplego bloga:  http://chlip-hop.bloog.pl/. To generalnie spelnia moja potrzebe filozofowania...

        Infekcja

        Tydzien temu nawet nie przypuszczalam, ze az tak sie rozloze. Tymczasem dzis koncze 2.5 dniowe zwolnienie lekarskie i choc czuje sie juz lepiej, to tradycjnie dusze sie jak astmatyk. Nie dosc, ze wszystkie spiewy przeszly mi kolo nosa (pozostaje jedynie nikla szansa, ze w niedziele pojade ze schola do domu spokojnej starosci, ale nawet tego nie jestem pewna), to jeszcze stracilam wspaniale zapowiadajace sie przedstawienie o rosyjskich swietach.

        Winowajaca prawdopodobnie jest zeszlotygodniowy wtorkowy koncert mlodych saksofonistow, gdzie w teatrze bylo zaskakujaco zimno, a ja ciarki, ktore mnie przechodzily, przypisywalam wrazeniom artystycznym, a nie rozpoczynajacej sie infekcji wirusowej. No i potem poszlo lawinowo i co dzien sypalam sie coraz bardziej.

        Jedynym plusem tego mojego uwiezienia w domu jest fakt, ze wreszcie udalo mi sie przygotowac do wywolania zdjecia z ostatnich 12 miesiecy oraz zlozylam w calosc album z wojazy po Norwegii i Lazurowym Wybrzezu z 2009 roku (takie porobily mi sie zaleglosci!).

        No i mialam wreszcie czas posluchac troche muzyki, ktora brzmi zupelnie inaczej jak w spokoju naloze sluchawki na uszy. Smiac mi sie chce, bo ze znajoma wszczelysmy sledztwo porownawcze, czy zachwalane nam 'Vespero Della Beata Virgine' i posiadane przez nas 'Vêpres de la Vierge' Monteverdiego maja ze soba cos wspolnego (okazalo sie, ze to jedno i to samo, tylko pierwsza nazwa jest po lacinie, a druga po francusku).

        Do tego przeczytalam piekna opowiesc o 'Zlodziejce ksiazek' Marcusa Zusaka i teraz przerzucam sie miedzy 'Gra' Kosinskiego i 'Rock-mannem' Manna.

        I obejrzalam pare zaleglych filmow. Przypadkiem sie zlozylo, ze o dwoch kompozytorach: Chopinie ('Pragnienie milosci' z Adamczykiem i Stenka - taki sobie) i Sainte Colombe ('Tous les matins du monde' na podstawie powiesci Pascala Quignarda pod tym samym tytulem w fajnym francuskim wydaniu z plyta, ksiazka - do ktorej wkrotce mam zamiar zajrzec - i broszurka opisujaca kontekst historyczny - film swietny, z bardzo oryginalna rola Depardieu - patrz ponizej).

        No i gdyby nie bol gardla, katar, kaszel, ogolne rozbicie i poczucie utraconych przyjemnosci, to by bylo calkiem milo...


        czwartek, 9 grudnia 2010

        Hej Koleda

        Trzeba miec pecha, zeby pierwszego dnia serii koncertow (praktycznie co dzien do wtorku wlacznie w roznych miejscach) sie... przeziebic!!! I to juz piaty raz w tym roku ;-( W domu zywie sie czosnkiem (w formie nie tylko zjadliwej, ale i smacznej z pomidorami i oliwa), w pracy popijam cieple mleko z miodem, odwolalam juz wszystko, co nie jest spiewaniem i wciaz mam cicha nadzieje, ze wydobrzeje. Gdyby nie gipex'y, to bym sobie serwowala jeszcze grzance (ostatnio podpatrzylam znajoma, jak je robi z wina z miodem, laskami cynamonu, listkami laurowymi, czarnym pieprzem i cytryna - efekt jest doskonaly), ale chyba nie bede przeginac z ta kuracja.

        Pierwszy wystep z chorkiem w pracy udal nam sie nadspodziewanie dobrze, jak na nasz poziom przygotowania i najbardziej mnie zaskakiwali panowie nagrywajacy filmiki komorkami (az mi sie nie chce wierzyc, ze ktos to bedzie pozniej jeszcze ogladal). Z bolem gardla, zanim przejdzie na krtan, spiewa sie calkiem niezle. A i repertuar mielismy fajny. Sporo po angielsku (Glorious Kingdom, Good News), nic po francusku (!), 'Cicha Noc' w 4 jezykach, z polskich koled tradycyjnie wzbudzilismy zachwyt 'Przybiezeli do Betlejem'. Ponizej youtube'owe wersje moich trzech ulubionych kawalkow:

        El noi de la mare (Katalonia)



        O ce veste minunata (Rumunia)



        Roshdectvo Christovo  (Bulgaria)